Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Bieg wokół Mont Blanc [RELACJA]

98-kilometrową trasę wokół najwyższego szczytu Europy rozpoczyna się nogami, ale kończy głową. I choćbyś dotarł na metę jako ostatni i tak jesteś zwycięzcą, bo pokonałeś nie tylko morderczy dystans, ale i samego siebie - pisze redaktor naczelny RW, który ukończył The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc.

The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc (fot. Jacek Heliasz - heliasz.com)

O biegu wokół Mont Blanc usłyszałem pod koniec maja. Marcin Zatoński z działu marketingu powiedział, że mamy zaproszenie na The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc. Z niewinnym uśmieszkiem dodał, że najlepiej, byśmy wzięli czynny udział.

To był jeden z tych dni, kiedy robisz wszystko "na wczoraj". Myśląc o czymś zupełnie innym, odparłem bez zastanowienia, a co ważniejsze - bez sprawdzenia, w co się pakuję: "OK, spróbuję".

12,3 km - Refuge Bertone

Przybyłem, zobaczyłem i struchlałem. Do Chamonix, gdzie mieliśmy nocleg, dotarliśmy w czwartek, dzień przed startem do biegu CCC - Courmayeur, Champex, Chamonix. Jego trasa nie oplata całego masywu Mont Blanc, tak jak trasa biegu UTMB (168 km), ale by wystartować w tym drugim, trzeba zdobyć punkty, docierając do mety jednego lub dwóch biegów ekstremalnych z listy ułożonej przez organizatorów.

Miałem sporo szczęścia. Dojechaliśmy na miejsce dosyć późno, a rejestrację zamykali w tym dniu o godz. 19. Byłem na miejscu o 18:58. Dwie minuty później i musiałbym procedurę sprawdzającą zrobić w dniu startu. By być dopuszczonym do biegu i otrzymać numer, trzeba okazać sprzęt obowiązkowy: pojemnik na płyny (co najmniej litr - miałem plecak z camelbagiem), dwie działające czołówki i zapasowe baterie, bandaż elastyczny, spodnie (co najmniej za kolano), kurtkę przeciwdeszczową, nakrycie głowy, zapas jedzenia (batony energetyczne), folię NRC, gwizdek.

Zarejestrowałem się bez problemów i mogłem spokojnie pójść spać. "Spokojnie" w moim przypadku nie jest dobrym słowem, bo mimo zmęczenia przewracałem się z boku na bok. Może dopiero w Alpach zdałem sobie sprawę, co mnie czeka. Nawet nie chodziło tu o dystans. 98 km w 26 godzin można przejść ze średnią prędkością 3,76 km/h, jaki problem!? Po płaskim żaden. Ale na tym dystansie trzeba było pokonać sporą różnicę wzniesień: 5505 metrów, pnąc się w górę, i 5690 m, zbiegając w dół. Ogarnął mnie strach, czy dam radę.

Początek biegu CCC wyznaczono na godz. 11 w Courmayer. Dojechaliśmy tam przez tunel pod Mont Blanc - ten sam, w którym w marcu 1999 roku po wybuchu ciężarówki wiozącej mąkę i masło zginęło w pożarze 39 osób. Strażacy gasili wtedy ogień przez pięć dni. Otwarty po 3 latach 11-kilometrowy tunel jest teraz na pewno bezpieczniejszy, ale z radością wita się światło na jego końcu.

Na starcie biegu zjawiło się 2100 osób. Różne narodowości, wiek, płeć. Wszyscy jednak skupieni i spokojni, chociaż wydawałoby się, że tylko wariaci piszą się na taką zabawę. Na kilka minut przed startem zagrano hymny 3 państw, przez które biegła trasa. Zrozumiałem, co czują sportowcy w takim momencie. Stojąc w tej grupie ludzi, poczułem, że mam w sobie siły, by dojść do mety, nieważne w jakim czasie. I taki postawiłem sobie cel.

Ruszyliśmy. Za radą Rafała Tyszkiewicza, który startował w tym biegu w zeszłym roku, na pierwszych kilometrach biegłem przesuwając się do przodu, ile się tylko dało. Pozwala to oszczędzić nawet do 1,5 godziny czasu. Tłum po prostu blokuje ruch, bo trasa nie pozwala na wyprzedzanie. Poruszasz się w rytmie osób, które są przed tobą. "Lepiej przeznaczyć ten czas na odpoczynek później" - mówił Rafał.

Jakże się potem cieszyłem, że go posłuchałem. Biegłem, dopóki pozwalała na to i szerokość, i nachylenie trasy. Całe Courmayer pozdrawiało nas na tych pierwszych kilometrach. Pomyślałem, że chciałbym, by kiedyś tak kibicowali ludzie w Polsce. Wszystko szło świetnie. Do pierwszego bufetu dotarła zwarta grupa. Kolejka po napoje, uzupełnienie camelbagu, krótki oddech dla stóp i w drogę!

26,2 km - Arnuva: Pierwsze lekcje.

Wejście na pierwszy szczyt - Tete de la Tonche (2584 m n.p.m.) bez problemów. Cieszyłem się, że wziąłem ze sobą kijki: były naprawdę użyteczne. Potem jednak zdałem sobie sprawę, że problemy będą na zejściach. Niestety, we Wrocławiu i okolicy, gdzie biegam, nie ma dużych wzniesień, a te, na których trenowałem podbiegi, nie przygotowały moich mięśni do pracy, jaka mnie czekała.

Do Arnuvy, gdzie był kolejny bufet, trasa prowadziła prawie 6 km w dół. Nauczyłem się tam lepiej oceniać dystans, jaki mam do pokonania. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem w dole punkt kontrolny w Arnuvie, myślałem, że mam jeszcze tylko 20 minut drogi. Okazało się, że zejście trwało godzinę. Wiedziałem już, że nie mogę za bardzo polegać na swoich oczach (niestety, GPS w zegarku szybko zżerał baterię, więc go wyłączyłem).

W bufecie zjadłem nieco krakersów z salami, rodzynek, bananów i, oczywiście, uzupełniłem płyny. Tutaj też po raz pierwszy zmieniłem skarpetki (miałem 4 pary, zmiana co 6 godzin, bo po tym czasie jest już tyle bakterii, że szybciej powstają pęcherze i odparzenia). Z dużą przyjemnością pozbyłem się też testowej czołówki Petzla. Firma chyba nie do końca przemyślała oferowane modele, bo ten, który miałem (ACCU 2 Ultra), ważył jakieś 360 g. Twoje nogi muszą unieść ciężar ciała i sprzętu przy każdym kroku. Przy prawie 100 km, czyli 100 000 kroków, 360 gramów to przeniesione w sumie 36 ton. Kiedy zdasz sobie z tego sprawę, opróżniasz plecak ze wszystkiego, co zbędne.

Kryzys dopadł mnie na 29. km - przed drugim, najwyższym szczytem na trasie. Problem polegał na tym, że do końca zostało mi jeszcze tych kilometrów 69. Na szczęście w biegu wokół Mont Blanc nawet zejście z trasy jest trudniejsze niż w maratonie - z gór helikopter zabiera tylko tych, którzy nie mogą ruszyć o własnych siłach.

40,1 km - La Fouly: Gdy wydaje ci się, że nie masz sił, to często tak tylko się wydaje.

Teraz czekało mnie wejście na najwyższy punkt rajdu - Grand Col Ferret, 2537 m n.p.m. Wężyk zawodników zrobił się bardzo rozciągnięty, porwany. I nagle poczułem, jak dopada mnie kryzys. Pierwsza gwałtowna reakcja na zmęczenie (to była jakaś 8. godzina w drodze), połączona z wysokością. Zaczął mnie łapać skurcz w łydce.

Chociaż bardzo tego nie chciałem, musiałem usiąść z boku ścieżki. To nie jest fajne uczucie, kiedy widzisz mijających cię kolejnych zawodników, a ty wiesz, że w tym momencie jesteś po prostu słaby. Ta świadamość jest chyba najgorsza. Sięgnąłem po środki zaradcze - preparat magnezowy i żel energetyczny. Po kilku minutach poczułem, że mogę ruszyć dalej. Nie ma wiary we własne siły w tubkach, więc tej musiałem szukać w inny sposób.

1 2
STRONA 1 z 2

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij