[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
5.0

Comrades Marathon: 90 kilometrów równości

Morderczy Comrades Marathon to nie tylko najstarszy i największy ultramaraton na świecie. To również bieg, który zasypuje apartheidowe różnice w RPA, a tysiące startujących w nim biegaczy ma nadzieję, że naprawdę zjednoczy ten borykający się z obustronnym rasizmem kraj.

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Sindy Magade trenuje w Diepsloot, gdzie mieszka z trójką swoich dzieci i siostrzeńcem. (fot. J. Torgovnik)

Tuż po wschodzie słońca Sindy Magade wyrusza ze swojego jednopokojowego mieszkania w slumsach, które dzieli razem z trójką swoich dzieci oraz siostrzeńcem, i zaczyna biec. Pofałdowana, 15-km trasa to jej droga do szykownej, ogrodzonej rezydencji, gdzie pracuje jako pokojówka. Ten bieg to podstawa jej przygotowań do 90-kilometrowego Camrades Marathon – najstarszego i największego biegu ultra na świecie, który odbywa się każdego czerwca w Republice Południowej Afryki.

Biegiem do pracy

42-letnia Sindy biegnie przez ulice zapełnione już ludźmi zmierzającymi do pracy. Wielu z nich to pracownicy zakładów zieleni miejskiej lub prywatnych agencji ochrony, którzy stoją na pierwszej linii walki z ogromną falą przestępczości, która zalewa RPA. Każdego ranka tysiące z najbiedniejszych dzielnic ruszają w kierunku sklepów, domów i biur, które należą do najbogatszych. Do lat 90. czarnoskórzy mieszkańcy wciskani byli w slumsy, bez pracy czy jakichkolwiek udogodnień. Tysiące żyją tak do dziś, a dodatkowo powstają slumsy białych, których obecny rząd traktuje tak jak dawny czarnoskórych.

Sindy od 20 lat mieszka w Diepsloot – miejscu, które rozrosło się z kilku chałup do małego miasteczka, ale któremu daleko do tego, co my rozumiemy pod tym pojęciem. Tylko kilka ulic jest pokrytych asfaltem i w niewielu miejscach jest kanalizacja – nadal z większości domów ścieki wylewa się po prostu na ulice, a stosy śmieci zalegają praktycznie na każdym rogu.

Kiedy Sindy dobiega do głównej drogi, dzieli ją z wysłużonymi minibusami, które wiozą ludzi do pracy w lepiej rozwinięte rejony miasta. W przeciwieństwie do maszyn Sindy wygląda, jakby mogła biec w nieskończoność. Z lekkością przeskakuje nad śmieciami i omija porozbijane butelki, rozmyślając o szkolnych testach 5-letniej córki, piłkarskim turnieju nastoletniego syna czy o nowych butach biegowych, które chce sobie kupić w nadchodzący weekend.

„Mówię sobie, że nie mogę odpuszczać, że muszę to zrobić” – zapewnia Sindy.

REKLAMA

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Większość treningów Sindy Magade to 15-kilometrowe poranne biegi do pracy. (fot. J. Torgovnik)

Ultrarównouprawnienie w RPA

Ultramaratończycy to specyficzny rodzaj ludzi. Uwielbiają wakacje w parkach narodowych, jeżdżą Subaru, z reguły pracują za biurkiem i w ogromnej większości są biali (jedno z badań z roku 2013 pokazuje, że Murzyni to tylko 1% amerykańskich ultramaratończyków).

W RPA ultramaratony są może nieco ekscentryczne, ale to ekscentryzm bardzo popularny. W kraju, w którym rasa i klasa nadal dzielą społeczeństwo w bolesny i oczywisty sposób, bieganie wydaje się być rzadkim przykładem czegoś, co łączy. Może również właśnie dlatego Sindy chce pobiec w Comrades.

„Dla nas staje się to czymś, co po prostu musimy zrobić” – mówi Cheryl Winn, wiceprezes Comrades Marathon Association i zwyciężczyni tego biegu z 1982 roku.

Sindy nie jest szybka, ale jest wytrwała. Często jej ostatnie kilometry są szybsze niż te początkowe. I im głębiej zatapia się w biegu, tym bardziej komfortowo się czuje.

„W biegach długich możesz się po prostu zrelaksować. Krótsze dystanse na to nie pozwalają” – twierdzi.

Po kilku kilometrach biegu krajobraz miasta się zmienia. Sindy przebiega obok Steyn City – pełnego przestrzeni osiedla, na którym znajdują się bardzo drogie rezydencje ( jedna z willi warta jest 19 milionów). Potem zaczyna się rząd wystawnych sklepów i salonów samochodowych. Billboardy reklamują szwedzkie meble i trenerów personalnych. Kiedy biegnie przez rejon zwany Fourways, jest już prawie pusto, a ciszę przerywa tylko równy rytm jej kroków i dźwięk elektrycznych zamków w bramach wysokich ogrodzeń.

Jest prawie 8 rano, kiedy Sindy dociera do domu na przedmieściach, w którym pracuje. Ma jeszcze chwilę, by wziąć prysznic, zanim zacznie swój długi dzień pracy – prasowanie i gotowanie dla białej pary w średnim wieku, którzy płacą jej za to 400 dolarów miesięcznie.

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Mimo braku luksusów w slumsach Diepsloot zawsze można się pośmiać z dzieciakami - swoimi i tymi od sąsiadów. (fot. J. Torgovnik)

W weekend Sindy zamierza przebiec 42 kilometry, może więcej. Ma nadzieję, że takie przygotowania jej wystarczą, by być gotowa, kiedy już stanie na linii startu Comrades. Przecież czeka na ten bieg praktycznie całe życie.

Złudna lekkość ultra

Comrades nie jest elitarny, jeśli chodzi o kwalifikacje: wystarczy przebiec standardowy maraton poniżej 5 godzin, czyli nie musisz praktycznie szukać punktów w innych biegach ultra. Tu nie musisz również szykować się na trailowe ścieżki: w odróżnieniu od większości ultra praktycznie cała trasa prowadzi po twardych drogach. Bufety ustawione są co 2 kilometry, a limit czasu na pokonanie 90 kilometrów wynosi 12 godzin. Wydaje się, że właściwie nie trzeba być biegaczem ultra, by go ukończyć.

Ale na tym dobre wiadomości się kończą. Trasa Comrades prowadzi przez teren między Durbanem a Pietermaritzburgiem, który lokalesi nazywają Doliną Tysiąca Wzgórz, z których 800 czy 900 wydaje się być na trasie biegu. Najbardziej znanych jest 5 najwyższych, przy których słynny Heartbreak Hill w Bostonie to właściwie spowalniająca hopka na trasie (takiego porównania użył 9-krotny zwycięzcy Comrades Bruce Fordyce). Trasa właściwie cały czas faluje, i to niezależnie, w którą stronę się biegnie.

Warto przeczytać: Cliff Young: Szurająca zjawa z Australii

Co roku bowiem biegnie się w innym kierunku. W latach, kiedy trasa wiedzie z Durbanu do wyżej położonego Pietermaritzburga, wyzwanie jest bardziej aerobowe – dla płuc i nóg. W innych latach wyzwaniem staje się ból w pełnych kwasu mlekowego mięśniach.

Jedno jest pewne: nie cierpisz w samotności. Tutaj biegniesz prawie jak w tłumie kibiców Super Bowl w czasie parady z okazji amerykańskiego Święta Niepodległości 4 lipca. Co roku bieg gromadzi ponad 20 tysięcy uczestników.

REKLAMA

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Diepsloot to z pewnością ani najpiękniejsze, ani najbezpieczniejsze miejsce do biegania, ale Sindy Magade nie ma innego wyjścia, jeśli chce trenować. (fot. J. Torgovnik)

Telewizja transmituje go przez pełne 13 godzin – od świtu, kiedy na trasę wyruszają pierwsi biegacze, po chwilę, w której ostatni ultramaratończycy przekroczą linię mety. Wzdłuż całej trasy gromadzą się tłumy kibiców; niektórzy z nich grillują, energicznie dopingując tych, którzy powoli biegną na końcu stawki.

Wspólna butelka wody

W dodatku ten karnawał jest dziwnie – jak na Południową Afrykę – zintegrowany. Dla wielu mieszkańców RPA są to pierwsze pozbawione segregacji rasowej zawody sportowe, jakie widzą w życiu.

W latach 70. XX wieku, kiedy protesty antyapartheidowe przybrały na sile, zezwolono na udział w biegu kobiet i czarnych biegaczy. Co prawda przy relacjach telewizyjnych próbowano tak kadrować, aby nie było widać, jak ludzie różnych ras dzielą sią butelką wody, ale pewnych rzeczy nie można było już cofnąć. Z boku mogło się nawet wydawać, że segregacji już nie ma. Biali i czarni, ogrodnicy i profesorowie, biedni i bogaci. Jakby te 90 kilometrów wspólnego biegu i takiego samego bólu burzyło wszelkie różnice klasowe i rasowe.

Sport zawsze odgrywał pewną rolę w historii RPA. W czasach apartheidu kraj ten był często niedopuszczany do igrzysk olimpijskich czy piłkarskich mistrzostw świata, bo nie godził się na połączoną rasowo reprezentację. Po zniesieniu segregacji we wczesnych latach 90. kilka wydarzeń sportowych pomogło zjednoczyć ten naród. Np. kiedy prezydent Nelson Mandela wręczał puchar reprezentacji RPA za zdobycie mistrzostwa świata w rugby, ubrany w zieloną bluzę z żółtym kołnierzykiem. A przecież do tego momentu był to praktycznie sport białych.

„Sport może zmienić świat. Jest o wiele skuteczniejszy w znoszeniu różnic rasowych niż jakikolwiek rząd” – powie później Mandela.

Bieganie po celi

Chociaż mistrzostwa świata w rugby były najbardziej widoczne w mediach, to dla Mandeli bardziej liczyły się inne dyscypliny. Znany był ze swoich umiejętności bokserskich, ale najbardziej kochał bieganie.

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Ostatnie przygotowania Sindy do biegu. Ze względów finansowych zakup nowych butów musiał być dobrze przemyślany. (fot. J. Torgovnik)

Przez niemal całe dorosłe życie robił to regularnie – niezwykłe, biorąc pod uwagę fakt, że udawało mu się to nawet wtedy, gdy nie wychodził ze swojej celi o wymiarach 3 x 2 metry, w której spędził 18 z 27 lat przeżytych w więzieniu.

Bieganie nauczyło mnie cennej lekcji – napisał w swojej autobiografii pt. „Długa droga do wolności”. – Trening liczy się bardziej niż wrodzone zdolności, a braki talentu można nadrobić pracowitością i dyscypliną. Stosowałem tę zasadę we wszystkim, co robiłem”.

W 1995 roku, na tydzień przed słynnym finałem w rugby, Mandela gratulował zwycięzcom Comrades. Białym zwycięzcom, ale dla Mandeli również ta uroczystość miała większy wymiar niż może nam się dzisiaj wydawać.

Sindy urodziła się w roku 1976. Według historyków był to rok, w którym krwawe zamieszki w Soweto rozpoczęły proces upadku apartheidu. Ale tam, gdzie żyła Sindy, niespecjalnie było to widać. W prowincji Przylądkowo-Wschodniej, gdzie mieszkała, podziały rasowe trzymały się mocno. W styczniu jej rodzice wyjeżdżali praktycznie na cały rok do Johannesburga do pracy: mama jako służąca, a tato sprzątał lotnisko. Tylko Afrykanerzy mieli piękne domy i baseny.

Ucieczka w bieg

Od najmłodszych lat Sindy startowała praktycznie w każdych zawodach, jakie były w szkole: rzucała oszczepem, grała w siatkówkę, a nawet w piłkę nożną z chłopakami, bo nie było drużyny dziewczyn. I biegała, ścigając się boso na dystansach 100, 800 czy 5000 metrów.

Nie była szybka, ale uwielbiała to uczucie. W czasie biegu życie możesz zostawić z tyłu, a wtedy nie może cię ono zranić. A było mnóstwo rzeczy, od których chciała uciec: zaczynając od chłopaków w szkole, bezlitośnie nabijających się z jej pierwszych w życiu prawdziwych butów. Albo od świadomości, że nie ukończy szkoły, bo jej rodziców na to nie stać. Od bólu po stracie chłopaka po nieudanym napadzie, czy wreszcie od nieustannego strachu o dzieci, które muszą żyć w dzielnicy, gdzie przemoc jest na porządku dziennym.

REKLAMA

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Ostatnie przygotowania Sindy Magade do startu w Comrade Marathon. (fot. J. Torgovnik)

W 2000 roku 24-letnia Sindy przeniosła się do Johannesburga, gdzie znalazła pracę na pół etatu jak służąca. Kiedy tylko mogła, wysyłała pieniądze mamie, ale to trudne, kiedy dostajesz 6 dolarów na tydzień. Oszczędzała na czym tylko się dało. I zamiast jechać 10 km do pracy minibusem, zaczęła docierać tam biegiem. I naprawdę to pokochała.

Większość biegaczy wraz z kilometrami jest coraz bardziej zmęczona, a jej wydawało się, że jest wręcz odwrotnie. Im dalej, tym głębiej wpadała w rytm wyznaczany przez jej oddech czy dźwięk przejeżdżających samochodów. Bieganie stało się dla niej swego rodzaju resetem. Na tyle istotnym, że kiedy dostała pracę kilka kilometrów od domu, nadal w ten sam sposób docierała do pracy.

Mistrzowie bez chwały

W przeddzień Comrades Marathon w Durbanie królują stroje biegowe. W hotelach, na ulicach, w kolejkach po lody. Następnego dnia ponad 17 tysięcy ludzi ruszy na trasę.

Kiedy Sindy wyjdzie o 7 rano na swój ostatni trening wzdłuż Oceanu Indyjskiego, miasto już jest obudzone do życia. Rybacy i surferzy ciągną w kierunku plaży, a z niej wracają niedobitki nocnych imprezowiczów. Ale tym razem wszystko znika między grupami biegaczy.

„Randburg!”, „Soweto!”, „Kagiso!”, „Hello, Diepsloot, hello!” – pozdrawiają się w truchcie.

Przeczytaj również: Dean Karnazes: Jak to jest przebiec 560 kilometrów

Kluby biegowe z oczywistych względów związane są z miejscami, w których żyją jego członkowie. Większość grupy z Diepsloot pracuje, sporo jest w niej ochroniarzy, ale jest też nauczyciel. Prawie wszyscy trenują, biegając do pracy. Od czasu do czasu spotykają się na wspólnych biegowych wypadach poza miasto. Ale mimo segregacji kluby wytwarzają swego rodzaju braterstwo, które widać jak na dłoni w czasie biegu.

W USA czy w Europie, jeśli na maratonie nie wspiera cię rodzina, przyjaciele czy znajomi, to na trasie zostajesz z własnymi myślami. W RPA biegacze tworzą przez te kilka godzin coś w rodzaju jednego plemienia, w którym każdy wspiera każdego.

REKLAMA

Sindy Magade, uczestniczka ultramaratonu Comrades Marathon Sindy Magade ze swoją kolekcją biegowych trofeów w swoim domu w Diepsloot. (fot. J. Torgovnik)

Comrades nigdy nie miał być wydarzeniem politycznym, ale właściwie od zawsze tak było. Już w 1923 roku maszynistka Frances Hayward pojawiała się na trasie i ukończyła bieg bez numeru startowego, tylko po to, by pokazać, że kobieta też może. To samo zrobił czarnoskóry Robert Mtshali w 1935 roku. Dopiero w późnych latach 70. zniesiono regułę „tylko dla białych mężczyzn”.

W 1981 r. grupa białych studentów protestowała przeciw świętowaniu Dnia Republiki, co było w tamtym czasie swego rodzaju dniem chwały represyjnego rządu RPA. W ramach protestu chcieli też, by biegacze zbojkotowali Comrades, który był częścią tego święta.

Bruce Fordyce, wtedy wschodząca gwiazda biegów, nie chciał rezygnować. Rok wcześniej był drugi i teraz chciał w końcu wygrać. Zgadzał się jednak ze studentami i dlatego pobiegł z czarną bandaną na ramieniu, która była symbolem protestu. Wielu zrobiło to samo, ale to ramię Fordyce’a przyciągnęło najwięcej uwagi – po prostu dlatego,  że zwyciężył.

Fordyce wygrał w sumie 9 edycji Comrades, zdobywając oczywiście miano absolutnego mistrza. Ale już w połowie lat 80. w grupach, które go goniły, wielu biegaczy było czarnoskórych, a przekaz telewizyjny na żywo dawał obraz, jak zmienia się bieg od początkowych czasów segregacji: już od 2009 roku każdy zwycięzca był czarnoskóry.

Ale o ile Comrades mogło niwelować apartheid w czasie zawodów, to nie miało niestety wielkiego wpływu na politykę poza trasą. Fordyce prowadzi teraz wygodne życie w domu z pięknym ogrodem na przedmieściach Johannesburga. Dla kontrastu Hoseah Tjale, który na Comrades był drugi za Fordyce'em i wygrał inny znany ultramaraton, Two Oceans Marathon, po zakończeniu kariery wrócił do swojej rozpadającej się budy w slumsach i do pracy jako kurier.

Historia innego wielkiego biegacza jest jeszcze mroczniejsza. W 2010 roku rozeszła się wieść, że Gabashane „Vincent” Rakabaele, pierwszy oficjalny czarnoskóry finiszer Comrades Marathon i pierwszy czarnoskóry zwycięzca Two Oceans Marathon, zmarł w poprzednim roku w rodzinnym kraju Lesotho. Ale wtedy wyszła na jaw o wiele boleśniejsza prawda. Rakabaele tak naprawdę zmarł prawie siedem lat wcześniej; w 2009 roku tylko odkryto jego grób.

„To złe wieści - mówi Fordyce. - Oni znikają i po prostu nie możesz ich już znaleźć”.

REKLAMA

REKLAMA

Comrade Marathon: 90 kilometrów równości Bruce Fordyce, 9-krotny zwycięzca Comrades Marathon, na mecie w 1986 roku.

Droga do wolności

4 czerwca. Jest jeszcze ciemno, kiedy Sindy i jej biegowi kumple wstają, ubierają swoje czarno-pomarańczowe koszulki i kierują się do Durban City Hall. Sindy rusza do swojej strefy startowej, która zależy od czasu kwalifikującego do startu.

Zaczyna się hymn RPA, a potem słychać pieśń robotników, którzy dotarli tutaj z kopalni w Zimbabwe. Sindy słyszy, jak pociąga nosem wielki biały gość, który stoi obok i wygląda jak gracz rugby. Podobnie wzruszeni są Indianin w średnim wieku i młoda kobieta, która jeszcze chwilę temu śmiała się, robiąc sobie selfie. I wtedy

Sindy, po raz pierwszy tego dnia, rozkleja się. „Jezu, jestem w niesamowitym miejscu!” – przebiega jej przez myśl.

To nie jest normalny bieg. Najpierw będzie łatwo, a potem ciężko. Potem znowu będzie łatwo, a potem jeszcze ciężej. Podbiegi są dłuższe niż jakiekolwiek, na których trenowała, ale liczy na głośny doping. Przy uporządkowanych i ogrodzonych murami bogatych przedmieściach kibicują głównie biali, ale potem, w małych mieścinach, tłum stanowią głównie czarnoskórzy.

Na każdym praktycznie kroku słyszy wykrzykiwane swoje imię. Zaczyna myśleć, że jeśli nie dotrze do mety, zawiedzie nie tylko swoją rodzinę i przyjaciół, ale też tych wspaniałych kibiców. Myśli o wszystkich, którzy pomogli jej się tu znaleźć.

O 5-letniej córce, Somalii, która widząc, że mama ma ciężki dzień, opowiada długie historie o pięknym domu, który dla niej kiedyś wybuduje. „Będzie miał schody, miejsce do ćwiczeń dla mamy i pokój, w którym nikt nie będzie jej przeszkadzał” – snuje marzenia dziewczynka.

Myśli o Simmone, u której pracuje. Znajdują się oczywiście po dwóch stronach społeczności, ale są trochę jak rodzina. Kilka lat temu Simmone dodała odwagi Sindy, by opuściła brutalnego męża, a teraz pomogła jej zebrać 1000 dolarów na biegowe buty, podróż do Durbanu i jedzenie dla dzieci, kiedy mama będzie na zawodach.

Obserwuje biegaczy, którzy mają na trasie duże problemy. Nigdy ich wcześniej nie widziała i pewnie więcej nie zobaczy, ale daje im, co może: zachętę, aspirynę, woreczek z wodą. Inni robią to samo dla niej. Ból i radość tworzą dziwną mieszankę, która sprawia, że w czasie Comrades zapominasz o tym, co dzieje się w RPA każdego dnia.

Sindy wyprzedzają „busy” – wielkie, kolorowe grupy biegaczy, które są swego rodzaju pacemakerami. Kiedy krzyczą, tańczą i śpiewają, Sindy zastanawia się, skąd oni biorą na to siły. Czasami czuje, jak ją wchłaniają, ale wie, że na Comrades trzeba biec swoje i wraca do własnego rytmu.

REKLAMA

Blisko końca biegnie obok biała kobieta z Fourways – przedmieść, gdzie Sindy pracuje. Każdego innego dnia, w każdym innym miejscu minęłyby się bez słowa. Ale dziś, po 10 i pół godzinach najdłuższego biegu w ich życiu, mają wiele wspólnego i przez następne kilka kilometrów biegną razem, rozmawiając o miesiącach treningu, które przygotowały je do tego dnia, i jak nieprawdopodobne wydaje się im obu, że to już prawie koniec mordęgi.

Zanim Sindi dobiegnie do mety (w czasie 11:21:10), czuje, jak bardzo bolą ją płuca i nogi. Ale czuje, że nikt nie każe jej tego robić: ani wściekły były mąż, ani właściciel mieszkania, ani szefowa, ani nawet dzieci. W życiu, które ma tak wiele ograniczeń, ostatnie kilometry tego długiego biegu zależały tylko i wyłącznie od niej.

W tym momencie, choć wszystko Sindy niemiłosiernie bolało, prawie nie chciała, by ten bieg się skończył. Bo zrozumiała, że teraz, w czasie kolejnego obłąkanego podbiegu, na tej obłąkanej trasie i tak długo jak ten obłąkany bieg będzie trwał, znajduje się dokładnie tam, gdzie chce tego ona sama.

Zobacz także: Scott Jurek: mistrz ultramaratonu, król bólu

Comrade Marathon – najstarszy, największy, morderczy

Comrades Marathon to najstarszy i największy ultramaraton na świecie, organizowany co roku od 1921 roku (z przerwą w latach 1941-1945 z powodu II wojny światowej) w RPA pomiędzy miastami Durban i Pietermaritzburg. W 2019 roku zapisało się na niego rekordowe 25 tysięcy biegaczy, a przyjmowanie zgłoszeń zakończyło się już po tygodniu.

Co roku trasa Comrades Marathonu zmienia się – raz bieg startuje z Durbanu (87-kilometrowy bieg „pod górę”), raz z Pietermaritzburga (90-kilometrowy bieg „w dół”). Po drodze biegacze mają do pokonania pięć wysokich wzgórz: Cowies Hill, Fields Hill, Botha's Hill, Inchanga i Polly Shortts. Na trasie rozlokowanych jest 80 bufetów i 8 punktów medycznych z lekarzami i fizjoterapeutami.

Warunkiem uczestnictwa w tym ultramaratonie jest ukończenie dowolnego maratonu w czasie poniżej 5 godzin. Aby z kolei ukończyć Comrades Marathon, biegacze muszą podczas zawodów w określonym limicie czasu dotrzeć do 5 punktów kontrolnych. Do lat 80. limit czasu na dotarcie do mety wynosił 11 godzin, obecnie zawodnicy mają na to godzinę więcej.

Rekordziści Comrades Marathon (stan na 2019 rok):

bieg "w dół":

  • mężczyźni: David Gatebe (RPA) - 5:18:19 (2016)
  •  kobiety: Frith van der Merwe (RPA) - 5:54:43 (1989)

 bieg "w górę":

  • mężczyźni: Leonid Shvetsov (Rosja) - 5:24:49 (2008)
  • kobiety: Gerda Steyn (RPA) - 5:58:53 (2019)

RW 09-10/2018

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij