REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu

Ultra to ludzie. Ultra to trwanie w biegu nawet wtedy, gdy nasze ciało odmawia posłuszeństwa. Ultra to także spotkanie z naturą, która daje nam się poznać od nieznanej wcześniej strony. Dlaczego nie wspominam o zawodach? Okazuje się, że nie wszystkim są one potrzebne. Poznajcie historię czwórki biegaczy, którzy podjęli wyzwanie Drabiny Wałbrzyskiej.

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

„Gdy pierwszy raz usłyszałem o Drabinie, to wiedziałem, że chcę ją przebiec” – mówi Dawid Lulis, którego można nazwać kołem zamachowym całej inicjatywy. Nie tylko bowiem skrzyknął resztę biegowej ekipy, ale też zrobił rekonesans części trasy i ogarnął logistykę wyjazdu.

Wszystko to działo się na długo przed paraliżem, który u progu wiosny ogarnął środowisko biegowe i resztę kraju. Zamieszanie związane z brakiem zawodów, nieprecyzyjnymi wytycznymi dotyczącymi możliwości trenowania czy nawet poruszania się po terenach zielonych przyspieszyło jedynie decyzję o tym, by zawierzyć zasadzie „zrób to sam” i zrobić ultra „po swojemu”.

Dla Dawida ten bieg miał ponadto wyjątkowe znaczenie, pochodzi on bowiem z Wałbrzycha i pętla wytyczona po największych wzgórzach okolicy była niczym chwilowy powrót do czasów dzieciństwa i młodości. Marcin i Jacek na „listę startową” wpadli dopiero wtedy, gdy było już jasne, że na tradycyjne zawody biegowe nie ma co liczyć. Mieli przy tym całkowicie odmienne przeczucia odnośnie tego, co spotka ich na trasie. Podczas gdy Marcin spodziewał się stosunkowo lekkiej przeprawy, Jacek wiedział, że wałbrzyskie szczyty nie dadzą się łatwo okiełznać i czekają na nas raczej krew, pot i łzy niż słoneczny spacer wśród krzewów.

Ja do tej wesołej gromady dołączyłem na szarym końcu. Stojąc okrakiem między różnymi pomysłami na spędzenie nadchodzących weekendów, dopiero na dwa dni przed startem poczułem, że i mnie w tym roku pisana jest pętla przez Trójgarb, Chełmiec, Dzikowiec, Waligórę i Borową. Pozostało napełnić bidony, spakować batony i liczyć na dobrą pogodę.

Full wypas na trasie

Drabina Wałbrzyska to, w telegraficznym skrócie, 73 kilometry i 3500 metrów podbiegów. Nie widać ich na pierwszy rzut oka, bo wspomniane już szczyty nie należą do najwyższych w Polsce ani nawet na Dolnym Śląsku. Okoliczni biegacze wiedzą jednak, że są to góry charakterne.

REKLAMA

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

„Drabina” w nazwie tej pętli nie wzięła się zresztą z przypadku. Autorom tego projektu chodziło o zebranie w ramach jednej pętli najbardziej stromych wariantów podejść na każdy ze szczytów. Wyszło im to doskonale, bo na część z nich faktycznie znacznie łatwiej jest się wspinać z pomocą rąk niż wbiegać. Zbieganie z kolei momentami przypomina bardziej desperackie ratowanie się przed upadkiem niż pełne gracji i kontroli susy. Dorzućmy do tego luźne kamienie, sporo korzeni i mamy mieszankę wybuchową.

Z tego powodu support na trasie Drabiny wydaje się konieczny nie tylko ze względu na wygodę, ale przede wszystkim bezpieczeństwo. W przypadku klasycznych górskich biegów to organizator z wyprzedzeniem informuje GOPR o tym, że w danym dniu może się spodziewać interwencji. My mogliśmy polegać jedynie na sobie oraz na Ani i Ryśku – żonie i synu Dawida, którzy stanowili naszą obstawę na trasie. To na ich barki zrzuciliśmy część trosk, gdy wyruszyliśmy już na szlak, i nie da się ukryć, że bez tego wsparcia cała impreza pewnie by nie wypaliła.

Przekonanie, że gdyby któryś z nas miał gorszy dzień lub nieszczęśliwy wypadek, to pomoc nadejdzie odpowiednio szybko, to jednak to nie wszystko – dzięki staraniom Ani mogliśmy liczyć także na smaczny poczęstunek podczas trzech prowizorycznych przepaków. Dawało to wrażenie autentycznych zawodów, a nie spontanicznego wybryku czwórki zapaleńców.

Uroku dodawał też fakt, że Dawid do uwiecznienia naszego wyczynu zaprosił Filipa Gomułkiewicza, fotografa doskonale znanego czytelnikom „Runner’s World”. Dzięki jego fotografiom o Drabinie Wałbrzyskiej będziemy pamiętali przez lata.

Ultrakryzysy

„Pierwszy kryzys złapał mnie na 43. kilometrze. Początkowo nie wiedziałem, co się dzieje, ale z czasem zrozumiałem, że po prostu jest mi słabo. Nie spodziewałem się tego, ponieważ ciągle dużo piłem i jadłem maksymalną zalecaną dawkę żeli” – tak Jacek opisuje pierwsze chwile zwątpienia na trasie.

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

O kryzysach podczas biegów ultra napisano już niejeden rozdział i setki akapitów, ale nawet najbardziej wypieszczone linijki nie oddadzą tego, co tak naprawdę czuje biegacz, który jeszcze przed chwilą czuł się królem świata, by nagle stoczyć się niemal na dno. Dla nas najważniejsze było jednak założenie, że na całym przebiegu trasy trzymamy się razem.

Jeden może czuć się mocniej na zbiegach, drugi niczym metronom trzyma mocne tempo na płaskich fragmentach szlaku, a będą i tacy, którzy pod górę napierają jak wściekli. Podczas Drabiny graliśmy jednak do jednej bramki, a więc mocne strony każdego z nas należało przekuć w siłę całej drużyny. Zmienialiśmy się zatem na prowadzeniu, naturalnie ustępując miejsca temu, który akurat łapał wiatr w żagle.

To do pewnego stopnia oddaje ducha nieco zapomnianych już w Polsce rajdów przygodowych. Tam także złota zasada brzmi: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Sam miałem zresztą okazję doświadczyć tego wsparcia od grupy, gdy w okolicach 50.-55. kilometra mój brzuch napuchł nagle jak balon i zaczął mocno dawać się we znaki podczas biegu. Chcąc nie chcąc, musiałem na pewien czas zająć miejsce na końcu stawki i do pewnego stopnia „dać się ciągnąć” reszcie.

W przeciwieństwie do kryzysu Jacka mój nie ustąpił już do końca biegu, co świetnie obrazuje, jak wiele motywacji dała mi obecność i trzymanie tempa przez pozostałych członków ekipy. Bez nich część trasy pewnie bym przespacerował lub w ogóle odpuścił sobie końcówkę Drabiny.

Bez presji i wymówek

Czy coś bym poprawił? Chyba nie. „Wszystko dobrze się sprawdziło” – tak Marcin podsumował nasze zmagania już na chłodno, gdy opadły pierwsze emocje. Podobne wrażenia miała pozostała część ekipy i w moim odczuciu to zaskakująco kontrastuje z często słyszanym po zawodach: „Mogłem nie jeść tego”, „Mogłam wybrać inne buty”, „Trzeba było więcej trenować” itp.

REKLAMA

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

Nie oznacza to oczywiście, że wyśrubowaliśmy na Drabinie Wałbrzyskiej rekord, który przez wiele lat nie padnie łupem najbardziej nawet hardych zawodników, ale pokazuje różnicę w podejściu do ultra „po swojemu” i ultra w wydaniu znanym nam z większości zawodów.

„Po swojemu” nie mieliśmy żadnej presji, nadal zachowując jednak potężną motywację, by dać z siebie wszystko. Nie było miejsca na wymówki, bo robiliśmy to przecież wyłącznie dla siebie, a nie na pokaz. Tego rodzaju inicjatywy mogą być zatem świetną odskocznią dla tych, którzy nie odnajdują się w świecie coraz bardziej masowych biegów górskich.

„Po swojemu” można realizować się w skali mikro – przebiegając daną trasę solo – lub zebrać się w kilka czy kilkanaście osób i przypomnieć sobie, jak to było, gdy na temat Biegu Rzeźnika czy Sudeckiej Setki krążyło więcej legend niż fotek na Instagramie. Żeby jednak nie wyjść na marudę, zaznaczę, że samodzielna organizacja długiej górskiej wyrypy pomoże nam także zrozumieć, z jakimi problemami muszą się mierzyć i na jaką skalę działać organizatorzy dużych festiwali biegowych.

Ultra „po swojemu” może więc nie tyle odciągać część biegaczy od reszty środowiska, ile pomóc zacieśniać więzi, gdy już zrozumiemy, że organizacja przepaków czy przygotowanie punktu żywieniowego na 50. kilometrze trasy to nie błahostka, ale kawał roboty.

Urok lokalnych tras

Jeszcze kilka miesięcy temu sporo pisało się o rozwoju turystyki biegowej. Wielu z nas korzystało z coraz tańszych biletów lotniczych i okazyjnych cen noclegów, by splatać plany urlopowe ze startami w dużych imprezach z dala od domu. Ten trend łączenia przyjemnego z przyjemnym może dziś podupaść w wyniku stale rosnącej niepewności związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

Paradoksalnie nie musimy jednak na tym stracić. Drabina Wałbrzyska to dowód, że pięknych i wymagających szlaków nie trzeba szukać daleko. Wałbrzych od Wrocławia dzieli w końcu rzut beretem. Nie da się jednak ukryć, że przeciętnemu mieszkańcowi południowo-zachodniej Polski ta dawna potęga przemysłowa nie kojarzy się z bajkowymi widokami i na dźwięk słowa „Wałbrzych”, prędzej przyjdzie nam na myśl węgiel niż zielone łąki. Okalające to miasto wzgórza były więc dla mnie nieustającym pasmem niespodzianek i zachwytów.

Jeżeli więc niekoniecznie kręci Cię perspektywa ultra „po swojemu”, ale w najbliższym czasie nie chcesz ryzykować dalszych wyjazdów, postaw na krótsze treningi w swojej szeroko rozumianej okolicy. Jestem przekonany, że każdy region naszego kraju kryje takie niedoceniane perły, jak Góry Kamienne czy Wałbrzyskie. Decydując się na krótszy trening, unikniesz logistycznych wygibasów, a przy okazji oszczędzisz nieco sił na wyprawę rowerową z rodziną czy wieczorny spacer. Ultra to tylko jedna z możliwości realizowania swoich górskich ambicji i nie powinniśmy się do niej ograniczać.

Poznaj siebie

Całą wyrypę udało nam się zamknąć w czasie 9 godzin i 47 minut, z czego niecałe 8 h zajęło bieganie, a resztę spędziliśmy na przepakach i podziwianiu widoków. Każdy z nas wyciągnął z tego biegu lekcje, które z pewnością przełożą się nie tylko na ten sezon, ale i kolejne biegowe lata. Przy okazji zrozumieliśmy też, że ultra „po swojemu” może być świetną alternatywą dla imprez, w których dotychczas braliśmy udział.

Na osi łączącej zwykłe treningi z dużymi zawodami leży mnóstwo możliwości realizacji swoich celów: można biegać dłużej lub stosunkowo krótko, w górach bądź na wybrzeżu, ze znajomymi lub solo, w ciągu dnia lub nocą, wspomagając się supportem lub świadomie z niego rezygnując. W tym przypadku można śmiało powiedzieć, że ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia.

REKLAMA

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

Jak się przygotować do self-made ultra?

Sprzęt podobno nie biega, ale w przypadku wyryp realizowanych na własną rękę ma niebagatelne znaczenie. Podjęte przez Ciebie decyzje odnośnie przebiegu trasy, jej długości czy korzystania z supportu będą się w końcu bezpośrednio wiązały z tym, ile rzeczy musisz – mówiąc wprost – wziąć na plecy. Warto więc sprawdzić, czy nasz ulubiony plecak bądź kamizelka biegowa pomieszczą wszystko, co przyda nam się na trasie, ale też to, czy po zapakowaniu tego ekwipunku nadal będą tak wygodne, jak zazwyczaj.

Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy zazwyczaj bezproblemowa kamizelka zaczęła mnie obcierać po załadowaniu do niej wszystkich batonów, bidonów i rzeczy na zmianę. Podczas klasycznych zawodów nie miałem okazji biegać tak objuczony. Nie przyszło mi też do głowy, by pobiegać z takim ładunkiem na którymś z krótszych treningów, więc mam nauczkę.

Do tego dochodzą przygotowania logistyczne. Dla najdłuższych biegów na pewno warto opracować alternatywne zakończenia, na wypadek gdybyśmy gorzej się poczuli. Sprawdzić więc trzeba lokalne połączenia PKP i PKS, żeby w razie czego bezpiecznie dostać się z powrotem do pozostawionego na parkingu samochodu. Trzeba przy tym pamiętać, że rozkłady jazdy dość często się zmieniają.

To samo dotyczy schronisk i sklepów na trasie – te pierwsze mogą w określonych godzinach oferować ograniczone usługi, a te drugie być po prostu zamknięte. Co ważne, nie zawsze informacje o godzinach otwarcia lokalnych spożywczych znajdziemy w internecie. Trzeba być wobec tego przygotowanym na najgorsze i – szczególnie w przypadku biegów bez supportu – mieć ze sobą zapas wody i jedzenia na czarną godzinę.

Na koniec zostawiam kwestię treningu, bo wydaje mi się ona oczywista. Ultra „po swojemu” ma być świetną przygodą i zabawą. Musi mobilizować i nieco straszyć, ale nie pozwólmy sobie ponieść się fantazji i wyruszyć na trasę, która stanowczo przekracza nasze możliwości.

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu fot. Filip Gomułkiewicz

Wielką zaletą samodzielnie realizowanych wypraw jest to, że one nigdzie nie uciekną. Termin w zasadzie w każdym momencie można przesunąć i dostosować do samopoczucia, pogody czy niewielkiej kontuzji, która odbiła się na naszych przygotowaniach. Bądźmy w tym szaleństwie odrobinę rozsądni, a resztę wynagrodzi nam piękno przyrody i poczucie dobrze wykonanej roboty.

Ultrawyszukiwarka

Największym wyzwaniem dla początkującego self-ultrasa jest logistyka. Oto kilka pomocnych linków:

  • Mapy.cz Dzięki tej stronie bez problemu zaplanujesz swoją wyprawę. Dokładne mapy pozwolą Ci wybrać najlepsze opcje, a potem wyeksportować ślad GPS do telefonu lub zegarka. Dzięki temu na pewno się nie zgubisz.

  • E-podroznik.pl Wyszukiwarka połączeń autobusowych, kolejowych i komunikacji miejskiej pozwoli Ci ogarnąć logistykę biegu, który nie odbywa się na pętli. Tego typu przejazdy dodają uroku całej inicjatywie.

  • Meteo.pl Długie godziny na szlaku wymagają rozeznania się w warunkach, jakie sprawi nam pogoda. Szczególnie ważne jest to wtedy, gdy Twoja trasa prowadzi przez góry. Dokładne wykresy na tej stronie będą w tym przypadku pewniejsze od prognoz telewizyjnych. Prognoza 60/72-godzinna naprawdę sprawdza się praktycznie co do kwadransa i możesz określić ją dla każdej gminy.

  • Facebook.com Wbrew pozorom nie tylko po to, by zebrać kilku znajomych na wspólny wypad albo pochwalić się wyczynem. Na „fejsie” warto śledzić strony parków narodowych, krajobrazowych czy rejonów, które chcemy odwiedzić. To z nich dowiesz się np. o zamknięciu danego szlaku.

Drabina Wałbrzyska

Dystans: 73 km

Przewyższenie: 3540 m

Najlepszy znany czas: 9 h 47 m 29 s

Nowo wytyczony szlak biegnący przez 23 szczyty w regionie Gór Kamiennych, Wałbrzyskich i Suchych. Najwyższe szczyty na trasie: Waligóra (934 m n.p.m.), Suchawa (928 m n.p.m.), Kostrzyna (906 m n.p.m.) Włostowa (903 m n.p.m.), Jeleniec (902 m n.p.m.).

REKLAMA

REKLAMA

Drabina Wałbrzyska, czyli ultra bieganie po swojemu Bohaterowie artykułu i zdobywcy Drabiny Wałbrzyskiej: u góry po lewej - Jacek Niepala, u góry po prawej - Dawid Lulis, u dołu po lewej - Marcin Durkowski, u dołu po prawej - Grzegorz Soczomski (fot. Filip Gomułkiewicz)

Ultramani na Drabinie

Jacek Niepala

Zaczął biegać w 2014 roku, kiedy brat zapisał go na maraton. Ciągle poznaje nieodpowiednich ludzi i godzi się na biegi, po których tylko bolą nogi. Nie lubi bananów, preferuje kabanosy. Największe sukcesy:

  • Półmaraton Ślężański 2019: 1 h 23 m 33 s
  • Orlen Warsaw Maraton 2019: 2 h 59 m 17 s
  • Drabina Wałbrzyska 2020 – 9 h z lekkim hakiem
  • matura z matematyki na 5,0

Dawid Lulis

Z zawodu fizjoterapeuta, z zamiłowania biegacz górski. Najczęściej wybierane przez niego trasy to dystanse okołomaratońskie. Można go spotkać głównie w Górach Wałbrzyskich, Kamiennych i Karkonoszach, gdzie katuje podbiegi. Gdyby miał taką możliwość, to najchętniej by biegał, spał i jadł, ale żona i dwójka dzieci skutecznie mu to uniemożliwiają. Zawodnik Altra Team Red.

Marcin Durkowski

Jego przygoda biegowa rozpoczęła się najprawdopodobniej w 2013 roku, kiedy definitywnie skończył trenować siatkówkę. Kilka startów na asfalcie na samym początku biegowej przygody, po czym szybkie przejście w las i lokalne górki. Pierwszy start w pierwszym Górskim Półmaratonie Ślężańskim, a następnie w Chojnik Półmaratonie z Górką tylko umocniły go w postanowieniu, by poważniej potraktować przygodę z bieganiem i góry. Powoli przechodził na dłuższe dystanse: pierwszy maraton ukończył na I Zimowym Górskim Maratonie Ślężańskim, a pierwszą ”setkę” na Chojniku w 2019 roku. Zawodnik Topo Athletic Poland.

Grzegorz Soczomski

Zawodnik, trener i redaktor związany z Runner’s World. W 2020 roku zdążył jeszcze załapać się na 2. miejsce podczas zimowego maratonu po Rudawach Janowickich, by potem przejść do realizacji celów „po swojemu”. W ten sposób rozprawił się już z czerwonym szlakiem biegnącym od Strzelina do Sobótki (93 km) oraz z nową trasą Maratonu Gór Stołowych (50 km). Na co dzień w książkach. Zawodnik Altra Team Red.

Zobacz także:

RW 07-08/2020

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA