Runner's World poleca:

Grand to Grand: Bieg Wielkiego Kanionu [zdjęcia i relacja]

Poleć ten artykuł:

W Grand to Grand 113 sportowców z 24 krajów przez 6 dni przemierza trasę liczącą 273 km. Prowadzi ona od północnej krawędzi Wielkiego Kanionu aż do szczytu płaskowyżu Różowych Klifów, leżącego na wysokości 2621 m. To kalejdoskop krajobrazów.

Grand to Grand Zobacz całą galerię

Żwirowe ścieżki, łąki, wydmy, leśne dukty i wyboiste pagórki. Do tego spore różnice poziomów. Kolejne etapy ciągną się przez pustynie, doliny, wyschnięte koryta rzek, jaskinie, wąwozy i skalne wzniesienia. Trasa jest wymagająca, więc kto biegnie za szybko, trwoni siły i ryzykuje odwodnieniem lub hipotermią. Z każdym kolejnym odcinkiem jest coraz trudniej.

Dzikie tańce z pęsetami w dłoniach

Dwanaście kilometrów przed metą pierwszego etapu teren zmienia się w strefę walki. Biegacze kijami torują sobie drogę i z wielkim trudem przedzierają się przez krzaki. Niektórzy jęczą z bólu, inni gorączkowo skubią buty. O tym, jak jest trudno, niech świadczy fakt, że Vincente Beneito – zawodnik, który prowadził na tym fragmencie w ostatnim wyścigu – nie wytrzymał z bólu i rozdzierającymi powietrze krzykami odreagowywał frustrację.

Jego buty i nogi były po prostu naszpikowane kolcami. Hiszpański biegacz nigdy wcześniej nie musiał przedzierać się przez pole kaktusów. Podobnie jak pozostali. Sytuacja na mecie jest dość groteskowa, bo wszyscy biegacze jak jeden mąż sięgają po pęsety.

Etap drugi liczy 43,3 km i prowadzi przez Ścieżkę Navajo, piaszczyste szczyty i tzw. hard packed roads, czyli utwardzone polne drogi. Start kolejnego odcinka przygotowano na położonym na uboczu pastwisku. W południe słońce świeci najmocniej i prosto w twarz. Dla niektórych biegaczy to istna tortura, bo połączona z kolejną udręką dla stóp. Tym razem nie kaktusy, ale drobny piasek wżera się we włókna skarpetek.

Są tacy, którzy opisują ten bieg jako triathlon, na który składają się tradycyjnie bieg, ale zamiast pływania i jazdy na rowerze jest walka z żywiołami i wymuszony marsz. Dlatego przed najdłuższym etapem nastroje są podłe. Nad ranem poziom stresu sięga zenitu. Najpierw szybka toaleta, a potem pakowanie plecaków. Następnie wystrzał zwiastujący początek koronnego etapu o długości 84,7 kilometra.

Bieg po miękkim, piaszczystym terenie. W górę i w dół. Biegaczom nie pozostaje nic innego, jak z niegasnącą nadzieją wypatrywać kolejnego punktu kontrolnego. Wciąż zmieniające się podłoże stawia przed cierpiącymi z bólu biegaczami coraz to nowe wyzwania. Kaniony, wydmy i kolejne pola kaktusów. Niektórzy opadają z sił, inni są wykończeni nawet nerwowo. Dopóki nie wschodzi słońce, jest przynajmniej trochę chłodniej.

Wielu uczestników na punktach kontrolnych robi sobie przerwy na drzemkę. Noc na pustyni jest upiorna, ale jest też piękna. Wszędzie małe, migające światełka. Czołówki, latarki ledowe i wszechogarniające gwieździste niebo. Niezapomniany spektakl autorstwa człowieka i natury. Dla biegnącego sekundy stają się minutami, minuty dłużą się jak godziny.

Na mecie tego, jak i poprzednich etapów, czekają organizatorzy. Niewysoka, 55-letnia Filipinka wraz ze swoim mężem, Colinem. Ona to pełna pasji sportsmenka z międzynarodowym doświadczeniem biegowym, on – Szkot z krwi i kości, były bankier. Dlatego Grand to Grand traktuje przede wszystkim w kategoriach biznesowych. Na jego namiocie widnieje zresztą wszystko mówiący napis: „Management“. Mimo poziomu trudności biegu, zwycięzca nie może jednak liczyć na nagrodę pieniężną. Jedyne trofeum to symboliczna, prosta sprzączka od paska, która dla biegaczy jest jednak przedmiotem tak pożądanym, jak dla boksera pas mistrzowski najważniejszej z federacji.

Nie dość, że nic się nie wygrywa, to jeszcze sporo trzeba włożyć. Ile wynosi opłata startowa? Kto zgłosi się odpowiednio wcześnie, płaci „jedynie“ 2400 dolarów. Dla tych, którzy zdecydują się później, kwota wynosi nawet 3200 dolarów. Około godziny 21 każdy znika w swoim namiocie. Dookoła słychać ryk generatorów, ale ten hałas nikomu już nie przeszkadza.

Na początku biegu większość startujących miała jeden cel: po prostu go ukończyć. Na trzy pozostałe do końca etapy – dwa na dystansie maratońskim i 12-kilometrowy bieg górski – każdy mobilizuje jednak resztki sił.

Ten bieg powinien nazywać się inaczej

Wizja jak najszybszego dotarcia do mety zdaje się łagodzić nawet najbardziej dokuczliwe bóle. Zawodnicy wzajemnie się motywują, poklepują po plecach. Ostatniej nocy temperatura spada do ekstremalnych -7 stopni Celsjusza. Żeby się ogrzać, biegacze ciasno układają się w namiocie jeden za drugim.

Podobnie jak podczas Tour de France, tak też na ostatnim etapie Grand to Grand chodzi już tylko o finisz. Wszyscy zgodnie twierdzą, że te zawody nie powinny nazywać się Grand to Grand, ale raczej Sand to Sand.

Wideo zapowiedź ultramaratonu Gran to Grand

RW 04/2014

Tagi: Grand to Grand | ultramaraton | nietypowe ultramaratony

Oceń artykuł:

4.9

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij