Runner's World poleca:

Historia biegania w Polsce. Początki i rozwój imprez masowych

Poleć ten artykuł:

Żywa świnia, kanapa albo stół - takie nagrody wygrywali pierwsi polscy długodystansowcy, a słowo "maratończyk" pachniało dekadencją na równi z coca-colą i Disneyem. W tych warunkach w 1980 r. w Warszawie odbył się maraton większy od nowojorskiego i berlińskiego.

Wizerunek maratończyka tworzyły w latach 60. nie relacje telewizyjne, ale radiowe. Bosonogi Bikila Abebe rozpalał wyobraźnię. Biegacz z Afryki wpisywał się w socjalistyczną optykę walki z Zachodem. To ten niepozorny Etiopczyk był idolem Dustina Hoffmana z pamiętnego filmu „Maratończyk". Dziś jest idolem innej legendy biegów, Haile Gebrselassie, który również rozpalał emocje kibiców.

Masowe bieganie w Polsce zawdzięczamy Amerykanom. To właśnie oni jako pierwsi podchwycili ideę „biegu po zdrowie" i organizacji masowych imprez. „Jogging" stał się już w latach 70. XX wieku bardzo popularny. Oczywiście, prym wiodły duże metropolie, a biegacze najbezpieczniej mogli czuć się w nowojorskim Central Parku.

„Wisła się pali!"

W Polsce w latach 70. zaczęły pojawiać się nieśmiało pierwsze masowe imprezy. W prasie drukowano artykuły o dobroczynnym wpływie biegania na zdrowie. Do kraju napływało coraz więcej informacji o zachodnich maratonach. Wiosną 1978 roku z inicjatywy gnieźnieńskich działaczy Szkolnego Związku Sportowego zrodziła się myśl zorganizowania masowej imprezy biegowej dostępnej dla wszystkich.

„Były to czasy, kiedy pod adresem biegnących dla zdrowia dorosłych kierowano uwagi: nie męcz się, ojczulku, wariat, Wisła się pali!" - wspomina jeden z organizatorów imprezy. Organizatorzy z obawą oczekiwali na zgłoszenia do pierwszego biegu. Z pomocą w propagowaniu biegu przyszli dziennikarze: Andrzej Martynkin - „Sztandar Młodych", Tadeusz Radkowski - „Sport", Janusz Kalinowski - „Kurier Polski".

Do propagowania kolejnych edycji biegu dołączyli gnieźnieńscy dziennikarze: Krzysztof Łukasik, Jarosław Walerczak, Janusz Michałowski, Radosław Kossakowski. Do nich doszli Zbigniew Cendrowski, Jerzy Bednarz, Lech Gołyński i Przemek Walewski. W kronikach znajduje się przeszło 260 artykułów. Takiego dossier mogliby pozazdrościć organizatorzy niejednej obecnej imprezy.

Na miejsce pierwszego startu wybrano Ostrów Lednicki, skąd w 1000 roku Otton III pieszo wędrował do grobu św. Wojciecha w pierwszej stolicy Polski - Gnieźnie. Wystartowało kilkudziesięciu pionierów biegania. Od pierwszego biegu wszyscy jego uczestnicy wyznają zasadę: „Jeśli stanąłeś na starcie wraz z innymi, to już wygrałeś, choćbyś przybiegł na metę ostatni". Gdy debiutowałem w tej imprezie w 1986 roku, to biegłem już w tłumie kilkuset zawodników. W dwudziestu ośmiu biegach (1978-2005) udział wzięło 5160 „lechitów", zaledwie 95 nie ukończyło biegów.

Świniak dla zwycięzcy

Jeszcze pod koniec lat 70. prowadzono dwie odrębne klasyfikacje: dla zawodowców (zawodników zrzeszonych w klubach) i amatorów. Już wtedy zaznaczył się trend do gadżetów, jakimi obdarowywani byli zwycięzcy w kategoriach generalnych i wiekowych: kryształowe (a potem blaszane) puchary, nagrody rzeczowe. Tutaj organizatorzy przechodzili samych siebie.

Zwycięzcy dostawali 30 lat temu np. żywą świnię, kanapę lub stół. Trudno było zapakować takie trofeum do plecaka i wsiąść w pociąg powrotny do domu. Potem, w latach 80. i 90., zaczęły królować kołdry, koce, śpiwory i sprzęt AGD. 40-letni Andrzej Krzyścin, jeden z najlepszych polskich maratończyków, wspomina, że wabikiem dla asów asfaltowych szos był kolorowy telewizor.

Większość biegających obecnie 50-60-latków zaczynała swoją przygodę z bieganiem 30 lat temu. Niektórzy chcieli sprawdzić swoje siły, inni założyli się z kumplami. Niejeden musiał ukrywać swoje hobby przed żoną. „Mówiłem żonie, że jadę w delegację" - zdradza tajniki swojego kamuflażu Zbyszek, jeden z „cichociemnych".

„Ubierałem się w garnitur, do teczki wkładałem termos i kanapki, a po drodze od kolegi odbierałem torbę z butami do biegania i strojem startowym. Tak kombinowałem przez dwa sezony. Bieganie było dla mnie jak narkotyk. Potem żona, jak się dowiedziała, nie robiła mi awantur. Powiedziała, że bieganie jest lepsze niż kumple po pracy".

Marian Kapitańczyk chciał się sprawdzić, zobaczyć, czy forma nabyta w czasie żołnierskich zapraw nie uleciała. „Byłem ciekawy, czy dam radę przebiec dystans 12,5 kilometra. Miałem 26 lat, byłem po wojsku i wydawało mi się, że mam wystarczająco dobrą kondycję. Od tego czasu datuję moją, trwającą do dziś, przygodę z bieganiem" - wspomina weteran biegowych tras, wielokrotny mistrz Polski.

„Nie da się ukryć, poczułem ducha rywalizacji. Bieganie zawsze było dla mnie sensem życia. Uczyłem dzieciaki biegania i sam biegałem" - dodaje inny weteran, 60-letni Tadeusz Rutkowski, który potrafi „sprawdzić" 20-letnich młokosów, finiszując na dystansie 10 km nawet kilka minut przed nimi. Najpopularniejsze były biegi na dystansach 10 km, 20 km i 15 km. Organizatorzy imprez często nie mieli doświadczenia w „branży" i wytyczali trasy o nietypowych długościach, bo tak akurat pasowało. Potem przyszła moda na półmaratony i maratony.

Trening "na czuja"

Marian Kapitańczyk ma na swoim koncie prawie 700 biegów i prawie... 30 kilogramów medali. Sam dla siebie był „królikiem doświadczalnym". „Dwadzieścia lat temu nikt z nas nie słyszał o specjalistycznych treningach, zakresach czy ćwiczeniach komplementarnych" - opowiada mi podczas treningu na poznańskiej Malcie.

Biegniemy tzw. Swarzędz, czyli pętelkę liczącą 25 kilometrów. „Biegało się równo. Każdy trening wyglądał podobnie, a o jego skuteczności świadczyć miały hektolitry przelanego potu. Im więcej, tym lepiej. Nie istniały płyny izotoniczne, suplementy, odnowa biologiczna. Biegało się w trampkach. Nikt też nie przejmował się dietą. Ot, schabowy z ziemniakami i tyle".

Tagi: historia biegania | Maraton Pokoju | Tomasz Hopfer | bieganie w Polsce | bieganie w PRL

Oceń artykuł:

4.2

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij