Runner's World poleca:

Jungle Marathon: 250 km przez dżunglę [zdjęcia i relacja]

Poleć ten artykuł:

Sześć dni, morderczy upał i ponad 90-procentowa wilgotność powietrza. Do tego czające się w wodzie piranie, dwumetrowe węże i jadowite pająki. Siła przyrody kontra odwaga biegaczy. A to wszystko na trasie 250 km w samym sercu puszczy amazońskiej.

Jungle Maratjhon Zobacz całą galerię

Kadr pierwszy

Niewielką salę powoli wypełnia kilkudziesięcioosobowa grupa. Wszystkie oczy skierowane są na umundurowanego żołnierza brazylijskiej armii. Scena przypomina szkolenie bojowe, tyle że zamiast wyspecjalizowanego oddziału wojska słowa kierowane są do biegaczy amatorów. Cel jest jeden: ostrzec ich przed niebezpieczeństwami czyhającymi na trasie i nauczyć, jak nie wpaść w panikę w sytuacji zagrożenia.

Przez dwa dni eksperci przekazują uczestnikom najważniejsze zasady dotyczące przetrwania w dżungli. I tak, przykładowo, w wielu miejscach mogą czaić się dzikie świnie. Rozwiązanie: jak najszybciej wspiąć się na drzewo. Ale uwaga! Wiele z nich ma kolce, a wśród liści mogą kryć się jadowite węże i pająki. Poza tym tylko nieliczne gatunki drzew mają gałęzie, po których można się wspiąć. Najpóźniej na tym etapie dla wszystkich staje się jasne, że nie są w Disneylandzie…

Kadr drugi

Zaczyna się niewinnie. Pakowanie plecaków i rozmowy przy akompaniamencie lokalnego zespołu. Wesoło. Zielono. Spokojnie. Potem odliczanie i start. 63 uczestników przebiega przez prowizorycznie ustawioną bramkę. Na filmach Amazonia wydaje się być prawdziwym rajem na Ziemi.

Zachwyca bogactwem barw, różnorodnością zwierząt i pięknem flory. Ale to tylko pozory. Klimat, fauna i roślinność mogą w jednej chwili stać się ogromnym zagrożeniem, zwłaszcza gdy w pobliżu znajdzie się niedoświadczony biegacz, samotnie przemierzający gęstą puszczę w poszukiwaniu przygód.

Jungle Marathon jest jak ultrabieg przez ogromne zoo, pełne jadowitych i najbardziej niebezpiecznych okazów świata. Tyle że wszystkie klatki są otwarte. Przeróżne gady, normalnie zamknięte w terrarium za grubą szybą, tutaj biegają wolno. Równie dobrze przygoda może zakończyć się w wodzie. Zatroszczą się o to piranie albo elektryczny węgorz.

"Jest jak żywy paralizator, który razi prądem na tyle mocno, że może zabić słonia. Najbardziej zdradliwy jest fakt, że zazwyczaj atakuje drugą osobę, która wchodzi do wody. Pierwsza tylko go budzi" – wyjaśnia Joe Perreira, brazylijski biolog.

Także świat roślin w dżungli stanowi potencjalne źródło zagrożenia. Otarcia i skaleczenia wywołane przez kolce, cier Dunnie, liany i ostre liście mogą w najlepszym wypadku boleśnie zranić skórę, w najgorszym – wywołać śmiertelne zakażenie.

Kadr trzeci

Przeciskając się przez zielony gąszcz pełen ogromnych owadów i mięsożernych roślin, zawodnicy wytężonym wzrokiem wypatrują małych, czerwonych znaków ustawionych na drodze. Kto się zgubi, może przeżyć bez pomocy co najwyżej dobę – lepiej więc nie liczyć na zakończoną sukcesem akcję poszukiwawczą. I jeszcze powietrze, zbliżone do tego w łaźni parowej.

W takich warunkach skóra się marszczy, a krople potu zachodzą na oczy. Jedzenie i ekwipunek na cały tydzień każdy musi nosić sam, w punktach kontrolnych można jedynie uzupełnić zapas wody. Średnio każdy z biegaczy ma ze sobą 12-kilogramowy plecak, hamak i moskitierę. Taki kurs byłby z pewnością wyzwaniem nawet dla zaprawionych w boju żołnierzy amerykańskich oddziałów marines.

Kadr czwarty

Kilkoro biegaczy ostrożnie stawia kroki na podmokłej, wąskiej ścieżce. Każdy z nich zdaje sobie sprawę, że porusza się właśnie po trasach, które na co dzień przemierzają rdzenni Indianie. Jeden fałszywy krok może kosztować zdrowie. Zwłaszcza gdy do biegu dochodzi jeszcze wspinaczka, brodzenie przez błoto i pływanie w brudnych rzekach.

Nowy etap oznacza kolejną walkę o przetrwanie z niewiadomym skutkiem. Nawet czołowi biegacze, jak Brite Dunnie can MacRae czy niemiecki lekarz Ralf Jacobi, przyznają, że nigdy wcześniej nie biegali po tak wymagającym terenie. 23-kilometrowy odcinek nierzadko pokonuje się w 6 godzin. Troszczą się o to grząskie ścieżki, nierówności podłoża i głębokie do klatki piersiowej bagna. Oczywiście trasa jest do tego pełna wystających korzeni i gęstego listowia.

W zasadzie nie można mówić o czystym bieganiu. Raczej o połączeniu wspinaczki, ślizgania się, balansowania, pływania i pełzania – zawsze z nadzieją, że nie jest się samym. Bez pracy zespołowej niektóre przeszkody byłyby dla przestraszonych uczestników nie do pokonania.

Kadr piąty

Boleśnie przekonuje się o tym grupa biegaczy. "Na nocnym etapie usłyszeliśmy nagle łamiącego poszycie jaguara – Matthias Metz, Austriak, na samo wspomnienie wciąż dostaje gęsiej skórki. W tamtej chwili jest jednak zbyt zmęczony, by się bać. – Zaczęliśmy głośno śpiewać. Postawiłem też za sobą wysoki na metr liść palmowy, żeby zasymulować dużą grupę. Jaguary zazwyczaj nie atakują większej liczby ludzi przebywających w jednym miejscu".

Ponad godzinę dziki kot prycha i krąży wokół biegaczy, w końcu odchodzi. Szczęście w nieszczęściu? Można tak powiedzieć, zwłaszcza że na terenie, na którym rozgrywa się bieg, żyje najwięcej jaguarów. Te drapieżniki atakują bez wahania, kiedy tylko zobaczą "świeże mięsko" zataczające się z wyczerpania na ich oczach. Jaguar ma najsilniejsze zęby ze wszystkich kotów drapieżnych.

Zawsze chwyta ofiarę od góry. Zanim go zauważysz, jest już za późno – wcześniej jest niewidzialny. W przeciwieństwie do innych drapieżników nie zabija jednym ugryzieniem w gardło, ale rozgryza ofierze czaszkę. I dziwnym trafem właśnie w październiku młode uczą się polowania. Dlatego obozy, w których nocują uczestnicy, są ściśle chronione przez uzbrojonych żołnierzy.

"Jaguar zalicza się do drapieżników aktywnych w nocy, dlatego w ciągu dnia biegacze powinni czuć się względnie bezpiecznie. Ale gdy tylko zaczyna się ściemniać, należy jak najszybciej zameldować się w bazie noclegowej" – mówi organizatorka, Shirley Thompson.

Kadr szósty

Najpierw ciało, potem psychika. Obydwa w którymś momencie odmawiają posłuszeństwa każdemu z uczestników. Brazylijskie jednostki elitarne, specjalnie wyszkolone do walki w zielonej gęstwinie, zalecają pokonywanie w puszczy nie więcej niż 20 km dziennie. Trasa każdego z pięciu etapów jest dłuższa, a dystans przedostatniego odcinka maratonu wynosi 108 km.

Przy temperaturach wahających się między 35 a 45 °C organizm jest narażony na odwodnienie i problemy sercowe. Już po drugim etapie sporo uczestników jest wykończonych. 209 km jeszcze przed nimi, a niektórzy wyglądają jakby mieli ten dystans za sobą. Dżungla zabiera człowiekowi 10 litrów wody dziennie.

Jeśli strata nie zostanie uzupełniona, grozi to omdleniami, skurczami mięśni, delirium, zapaścią i schorzeniami nerek. Pracujący na miejscu lekarze i pielęgniarki godzinami walczą z problemami układu krążenia, odwodnieniem i wszelkiego rodzaju ranami. W sumie nad bezpieczeństwem biegu czuwa 220 osób. Także noce nie są dla mięczaków. Sześć dni na hamaku, na brzegu rzeki, to nie lada wyzwanie dla kręgosłupa.

Do tego nieznośny hałas dobiegający z puszczy. Tysiące wyjców swoim krzykiem pozwalają wykończonym biegaczom co najwyżej na 3-4 godziny względnie spokojnego snu.

Kadr siódmy

Nawet ten budzący grozę scenariusz niczym z horroru nie powstrzymuje niektórych zatwardziałych biegaczy od ponownego zjawienia się na linii startu. Wasz pierwszy maraton w dżungli? Piekielna męczarnia, której nie da się wyrzucić z głowy. Tak jak w przypadku walijskiego przewodnika górskiego, Gery’ego, który może się pochwalić zdobyciem Mount Everestu.

Maratonu w dżungli za pierwszym razem niestety nie ukończył. Halucynacje spowodowały u niego gwałtowne napady paniki. Widział liany, które chciały go udusić. Strach zmusił go do wycofania się. Jeszcze gorzej trafiło się kanadyjskiemu strażakowi o imieniu Roy. Uciekając przed rojem pszczół, wpadł w bagnistą kałużę. Uwięziony w gęstym błocie stał się łatwym celem dla owadów, które użądliły go ponad 200 razy w klatkę piersiową i szyję. Stracił świadomość i o mało co się nie udusił. Obaj w zeszłym roku ponownie stanęli na linii startu.

Kadr ósmy

31 wraków pada z wyczerpania na mecie w Maracana Beach w Satarem. Czas zwycięzcy (Duncan MacRae z Wlk. Brytanii) wynosi niewiarygodne 39:08 godz. – klasa sama w sobie. Mieszkańcy małego miasteczka szykują bohaterom triumfalne przyjęcie. Zmęczenie i ból odchodzą w niepamięć. Niektórzy mówią, że to jest jak nałóg.

Gdy tylko mięśnie odpoczną po jednym biegu, już zastanawiasz się nad kolejnym startem. Kryterium wyboru jest proste: ma być dłuższy, niebezpieczniejszy lub bardziej szalony. Jungle Marathon to z pewnością jeden z najtrudniejszy biegów ultra na świecie. Ten, kto chce wziąć w nim udział, musi być świadomy ryzyka.

Można starać się je zminimalizować, trzymając się brazylijskiego przysłowia: "Dżungla jest dla cierpliwych, nie dla odważnych". Latem tego roku startuje kolejna edycja biegu.

  • Kiedy: 1-10.10.2015
  • Gdzie: Floresta National de Tapajos (stan Para w północno-wschodniej Brazylii)
  • Zapisy: www.junglemarathon.com
  • Cena: 2500 funtów
  • Dystans: 254 km (6 etapów), 127 km (4 etapy) lub 42 km (1 etap)
  • Przygotowanie: zalecane szczepienie przeciwko żółtej febrze

RW 03/2013

Tagi: bieg | dżungla | Jungle marathon | ultramaraton | wyzwanie

Oceń artykuł:

3.5

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij