Runner's World poleca:

Maraton Piasków: Pustynna wolność [zdjęcia i relacja]

Poleć ten artykuł:

6 maratonów, dzień po dniu, z tygodniowym wyżywieniem na plecach, po rozgrzanej do białości pustyni. Bez prysznica, regenerujących masaży i odżywek. Zamiast tego obowiązkowa - pompka do odsysania jadu skorpiona. Poznaj bliżej Maraton Piasków.

maraton piasków, pustynia, Zobacz całą galerię

Maraton Piasków to impreza legendarna. Przez długi czas polskich uczestników tego biegu można było policzyć na palcach, do 2012 roku nawet jednej ręki. Wtedy coś drgnęło – po raz pierwszy pojawił się polski zespół. Wówczas na starcie w Ait Saadane stanęło sześciu naszych rodaków. Na metę w Merzouga dotarło ich już jednak ośmiu, w tym jedna kobieta.

27. Sultan Marathon des Sables Sultan (sponsor tytularny – producent herbaty) podzielony był na etapy: 33,8 km, 38,5 km, 35 km, 81,5 km (ten miał limit czasowy – dwudniowy; pierwsza pięćdziesiątka zawodników wystartowała w południe, 3 godziny po reszcie biegaczy, aby i oni mogli pobiec w nocy), 42,2 km i 15,5 km. Łącznie mordercze 246,5 km.

Pustynia jest demokratyczna

W Polsce kończyły się wielkanocne procesje rezurekcyjne, kiedy na marokańskiej Saharze szóstka Polaków wstawała do pustynnego śniadania. Ale nie było kiełbasek, jajek i babki wielkanocnej. Tylko wysokoenergetyczne kaszki – podstawa porannego wyżywienia każdego uczestnika 27. Sultan Marathon des Sables, którzy w liczbie 853 stawili się na linii startu do pierwszego etapu.

Maratończycy w tamtym roku podążali na wschód wzdłuż granicy z Algierią. Maraton Piasków to nie jest zwykła impreza biegowa. Można biegać maratony poniżej 3 godzin i nie ukończyć tygodniowych zmagań na pustyni. To dlatego, że po „zwykłych” ulicznych maratonach zawodników czeka prysznic, regenerujące masaże i odżywki.

Na Saharze po przekroczeniu linii mety dostają jedynie 3 butelki wody mineralnej, które muszą wystarczyć do ugaszenia pragnienia, zrobienia posiłku czy choćby powierzchownej toalety, która najczęściej ogranicza się do mycia zębów, bo o kąpieli nie ma nawet co myśleć. Wszelkie inne środki higieny byłyby ekstrawagancją, choć zdarzali się esteci, którzy nie zapomnieli wrzucić do bagażu elektrycznych maszynek do golenia. Impreza jest rozgrywana w formule samowystarczalności. To znaczy, że wszystko, co potrzebne do regeneracji, snu i odżywiania się, zawodnicy muszą nosić na własnych plecach.

„Mój plecak pierwszego dnia ważył 11 kilogramów łącznie z półtoralitrowym zapasem wody na pierwszy etap” – mówił Jacek Łabudzki, sandomierski lekarz, popularniejszy w swoim mieście nawet od serialowego ojca Mateusza. – Dużą pomoc praktyczną otrzymaliśmy od młodszych kolegów, Gawła Boguty i Stefana Batorego, dla których był to kolejny start w pustynnym maratonie”.

Organizatorzy mają listę ekwipunku obowiązkowego. Jest w nim legendarna już pompka do odsysania jadu skorpiona. Na szczęście nikomu się nie przydała, ale co tak naprawdę jest konieczne?

„Nawet dla mnie, mimo trzeciego startu, nie jest to łatwy wybór – mówi Gaweł Boguta. – Zawsze w środku imprezy przychodzi zmęczenie batonami energetycznymi i liofilizowanym jedzeniem. Przychodzi ochota na zwykłą colę”. Ale takie same warunki mają wszyscy i takie same kryzysy przechodzą wszyscy. Demokratycznie.

Nic nie zależy od ekipy serwisowej czy wspomagającej. Na niektórych ultramaratonach, kiedy dostępna jest pomoc z zewnątrz, do legendy przechodzą campery z wannami wypełnionymi lodem. Na Maratonie Piasków liderzy wyścigu i maruderzy mogą o tym tylko pomarzyć i tak samo są kontrolowani. Ci pierwsi nawet częściej. Przekonali się o tym boleśnie zawodnicy jednej z drużyn. Znaleziono u nich świeży placek chleba arabskiego. Skończyło się na karnej godzinie, co w przypadku liderów oznacza wypadnięcie z czołówki.

Plaża to nie Sahara

Czołówkę od lat stanowią mieszkańcy południowej Europy i krajów arabskich. W naszej strefie klimatycznej trudno jest na początku roku znaleźć warunki, jakie panują na początku kwietnia na Saharze: wysokie temperatury i piach. Wydawało się więc naturalne, że najlepszym polskim zawodnikiem będzie Zbigniew Malinowski, znany weteran ultramaratonów. Zbigniew pochodzi z Kołobrzegu, gdzie, choć temperatury bywają zimą różne, to piachu jest pod dostatkiem.

„Nie przebiegłem po plażach kołobrzeskich, skądinąd bardzo pięknych, nawet 100 metrów – mówi Zbigniew. – Zresztą na piachu młodsi i lżejsi biegacze byli ode mnie o wiele szybsi. Dobrze, że przed ostatnim etapem po wydmach, który liczył zaledwie 15 km, miałem taką przewagę, by bez problemu skończyć w pierwszej pięćdziesiątce”. Mowa o największych marokańskich wydmach Erg Chebbi w Merzouga, znanych choćby z filmu „Legionista”.

Skojarzenia nasuwają się same. Tu też jest jedna wielka, międzynarodowa armia biegaczy z czapkami niczym kepi legionistów. Ale takich piaszczystych wydm jest niewiele. Duża część Sahary to twarda, kamienista pustynia, wiele jest suchych dolin i okresowych rzek, zwanych wadi. Warunki w tym roku były o tyle nietypowe, że po raz drugi w historii Maratonu Piasków zawodnicy musieli pokonywać... okresowe potoki. Może więc nazwa jest na wyrost?

Nie, jednak nie jest. Piach jest obecny wszędzie przy byle podmuchu. Jak to działa na stopy zawodników, nie trzeba tłumaczyć. Trawestując stary dowcip o wyższości kamienia w bucie nad ziarnkiem piasku w prezerwatywie, niektórzy zawodnicy woleli to drugie. Dlatego wszyscy bez wyjątku zakładali stuptuty – ochraniacze zapobiegające wsypywaniu się piachu do butów. Tu też trzeba mieć swoje patenty.

„Po naklejeniu rzepów przytrzymujących ochraniacze okazało się, że nieco zmieniła się geometria buta” – mówił Stefan Batory. Przy krótszych dystansach mogło to nie mieć znaczenia, ale po 100 kilometrach może doprowadzić do odcisków uniemożliwiających bieg.

Wszyscy Słowianie to jedna rodzina

Niezależnie od stopnia przygotowania, czy na nogach były krótkie, czy długie stuptuty, kolejka poszkodowanych do namiotu szpitalnego wydłużała się z każdym dniem. Odwodnionych przyjmowano poza kolejnością. Jeżeli lekarze stwierdzili konieczność kroplówki, zawodnik dostawał godzinę kary. Druga kroplówka równała się dyskwalifikacji. Jednak najczęściej skatowane były stopy. Niektórzy mieli skórę zdartą do krwi, oklejoną metaliczną taśmą. Nawet najlepsi mieli bolesne otarcia i rozległe bąble. Mniejsze zadrapania czy oklejanie plastrem zawodnicy załatwiali we własnym gronie. Był to swoisty rytuał, przy którym zacieśniano więzi koleżeńskie czy przyjacielskie.

„Na chłodno, już w Polsce, i po wypłukaniu saharyjskiego piasku, mogę powiedzieć, że to jedno z najważniejszych zdarzeń w moim niekrótkim życiu – mówi Jacek Łabudzki. – Atmosfera i w naszym namiocie, i na trasie była fantastyczna. Nawiązaliśmy nowe znajomości i przyjaźnie, czy to z Włochami, czy to z Rosjanami”. Na przekór obiegowym opiniom, polsko-rosyjski namiot wspierał się nie tylko psychicznie.

„W porównaniu z 2005 rokiem, kiedy startowałem po raz pierwszy, to wielka różnica – mówi Gaweł Boguta. – Wtedy nie tylko byłem »wystrzelony w kosmos« jako początkujący, ale także jedynym Polakiem”. W zeszłym roku i w tym Polacy, startując w większej liczbie, mogli liczyć na wsparcie rodaków. Choćby – co nie było takie oczywiste przy innych namiotach – przy zbieraniu chrustu na ognisko czy dopilnowaniu przechodzącego kryzys kolegi, aby zjadł, nawodnił się i odpoczął. Naszym zawodnikom dużą frajdę sprawiło spotkanie z Leonidem Szewcowem. Trener maratończyka Henryka Szosta Jackowi, Zbigniewowi i Stefanowi udzielił kilku wskazówek przed czekającym ich wtedy Maratonie Camrades (ukończyli go na początku czerwca).

Przy okazji okazało się, że na starcie – oprócz „oficjalnej” szóstki z Polski – są też emigranci: Zofia Swinarski-Huber z Genewy i Jean-Marc Mikołaj Laventure z Abu Dhabi. To dlatego zbiorowa fotografii a Polaków na mecie liczy o dwie osoby więcej niż na starcie. Daleko nam wprawdzie do liczebności Francuzów czy Brytyjczyków (którzy muszą czekać w kolejce do zapisów nawet kilka lat), ale jest to już wyraźna grupa.

Życie zaczyna się po pięćdziesiątce

„Z punktu widzenia ultramaratończyka to tak naprawdę łatwa impreza, prawie dla każdego. Prawdopodobnie zaledwie 20% jej uczestników ukończyłoby np. 246-kilometrowy Spartathlon – mówi Zbigniew, który słynny bieg z Aten do Sparty ukończył 8 razy. – Ale oprócz niezwykłej atmosfery mamy tu do czynienia z niezwykłą, dziką przyrodą. W czasie biegania czuję wolność: tu to uczucie było wielokrotnie silniejsze”.

Rzeczywiście, rzadko kiedy zdarza się, że na trasie biegu nie ma ani jednego kibica. Trasa jest poprowadzona pustkowiem. Czasem, w pobliżu oazy, wybiegną na spotkanie dzieciaki. To jedyni – oprócz sędziów, lekarzy i dziennikarzy – widzowie tych zawodów. Niektórzy biegacze specjalnie dlatego przyjeżdżają na pustynię, traktując to jako sposób na wyciszenie. Ale nie oznacza to, że nie ma kontaktu z zawodnikami.

Bieg relacjonowano w wieczornych serwisach Eurosportu i na stronach internetowych organizatora. Jednym z wieczornych rytuałów było też czytanie mejli od kibiców. Kiedy obsługa obozowiska roznosiła na kartkach pocztę, biegaczy od lektury nie oderwałby nawet dystrybutor piwa (czy raczej – wszak jesteśmy w kraju muzułmańskim – herbaty). Kilka słów (wielkość przekazu jest ograniczona) od rodziny, przyjaciół, ale i obcych osób potrafiło dodać więcej energii niż kaszka czy powerbar. I mimo że papier jest ciężki, wszystkie mejle pieczołowicie chowano do plecaków. Na Zbyszku największe wrażenie zrobił mejl od nieznanego kibica:

„Opowiadam o Tobie moim rodzicom, którzy przeszli na emeryturę, że biegać można w każdym wieku”. Zbigniew w lutym skończył 58 lat. Według niego to najlepszy wiek na ultramaratony. Młodsi nie mają tyle cierpliwości.

Maraton Piasków w liczbach

• 270 namiotów,

120 000 litrów wody,

52 lekarzy i pielęgniarek,

6500 metrów plastrów,

400 osób obsługi,

100 samochodów,

4 wielbłądy.

• 23 biegaczy wystartowało w pierwszym maratonie w 1986 roku.

Przeczytaj też relację z innych wyjątkowych biegów:

 

RW 07/2012

Tagi: Maraton Piasków | maraton | pustynia | Sahara

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij