Runner's World poleca:

Maraton Wrocław: biegli po trampki

Poleć ten artykuł:

W tym roku Maratonowi Wrocław stuknie 30 lat. To historia pasji i słabości, hektolitrów potu i ogromnej satysfakcji. A wszystko to z miłości do biegania. Zobacz, jak na archiwalnych zdjęciach i w pamięci uczestników zapisał się wrocławski bieg.
Maraton Wrocław Zobacz całą galerię

Kiedy w 1983 roku Marek Danielak organizował pierwszy Maraton Ślężan (tak na początku nazywała się dolnośląska impreza),w Polsce panował stan wojenny, a w sklepach, cytując jednego z klasyków, "nie było niczego". Problemy w kraju nie mogły jednak przeszkodzić największym zapaleńcom biegania.

"Sport był świetną odskocznią od codziennych kłopotów - wspomina Jan Leśniak, emerytowany górnik z Wałbrzycha, należący do tzw. Złotej Czwórki (elitarnej grupy zawodników, którzy wystartowali we wszystkich 24 edycjach maratonu). - Zawsze lubiłem biegać i czołgi nie mogły mi w tym przeszkodzić. Człapał człowiek w tych polsportach i zapominał o całym bożym świecie".

W pierwszych Maratonach Ślężan w latach 80. nagrodami były tajwańskie tenisówki. Dziś kosztują kilkanaście złotych, ale wtedy warte były fortunę.

Całusy za tenisówki

W czasach socjalizmu buty wałbrzyskiej firmy Polsport były w Polsce szczytem marzeń. Nikt nie słyszał o kosmicznych technologiach Adidasa, Nike czy Reeboka, do których na Zachodzie swobodny dostęp miał każdy amator biegania.

"Młodzi ludzie pewnie tego nie zrozumieją, ale by kupić trampki do biegania, trzeba było mieć znajomości - śmieje się Marek Musiał, drugi weteran maratonu, mieszkający w Bystrzycy Górnej. - Kiedy już kupiłem moje polsporty, poszedłem do szewca, aby mi je dodatkowo podkleił przy podeszwie. Dzięki temu wytrzymywały kilka lat. W takich butach przebiegłem kiedyś 100 km i nawet nie obtarłem nóg".

W pierwszych maratonach nagrodami były m.in. tajwańskie tenisówki z odrzutu. W dzisiejszych czasach ich cena nie przekraczałaby kilkunastu złotych. "Jeden Czechosłowak serdecznie mnie za nie wycałował. Nic dziwnego,wcześniej występował niemal boso" - tak Danielak ocenia sprzęt sąsiada zza południowej granicy.

Czereśnie zamiast batonów

Przez 10 lat trasa maratonu prowadziła z Sobótki do Wrocławia. Biegacze po drodze nie mogli liczyć na żadne wygody. W punktach kontrolnych dostawali zwykłą wodę z kranu. Banany czy pomarańcze były niedostępnym luksusem. Nie mówiąc już o batonach energetycznych. Pomysłowi Polacy inaczej radzili sobie z odżywianiem na trasie.

"Biegacze zatrzymywali się po drodze i jedli czereśnie w sadach. Mieszkańcy okolicznych wiosek nie robili z tego problemu. Nawet wystawiali ciasto i kompoty na stołach"- relacjonuje Marek Danielak.

Wszyscy starali się pomagać sportowcom amatorom. Dyżurni ruchu na kolei zatrzymywali pociągi, żeby uczestnicy zawodów mogli bez problemu przebiec przez tory. Z kolei milicjanci, a po zmianie ustroju policjanci prowadzili stawkę i pokazywali drogę liderom. No może nie zawsze dobrą drogę. W 1992 roku samochód policyjny pomylił trasę...

"Stróże prawa zapatrzyli się na karetkę na sygnale i pojechali krótszą drogą" - wspomina dyrektor maratonu. - Kiedy pierwsi zawodnicy zaczęli dobiegać do mety, jeden ze współpracowników poinformował mnie, że szykują się świetne wyniki. Jak się okazało, tamten maraton był o kilkaset metrów krótszy niż zwykle" - irytuje się Danielak.

Dla biegaczy poważnym problemem zawsze był majowy upał. Na szczęście o zdrowie maratończyków dbali strażacy, którzy polewali ich wodą z sikawek. Z kolei punkt odświeżania był zlokalizowany w miejscu obok... odkręconego hydrantu.

Tagi: biegi | maraton | Maraton Ślężan | Maraton Wrocław

Oceń artykuł:

4.5

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij