Runner's World poleca:

The Last Secret: Ultramaraton w Bhutanie [zdjęcia]

Poleć ten artykuł:

Tajemnicze świątynie, malownicze trasy i bajeczne spotkania. 200-kilometrowy, etapowy wyścig „The Last Secret” otwiera przed biegaczami wciąż jeszcze trudno dostępne królestwo Himalajów, a zarazem jeden z najbardziej fascynujących krajów świata - Bhutan.

„The Last Secret”, czyli 6 dni w bhutańskiej krainie szczęścia Zobacz całą galerię

Noc kończy się o 4.30. Jest jeszcze ciemno, jednak nowy dzień daje o sobie znać nawet bez specjalnej pobudki. Mnisi Kenley, Tsering i Tadin recytują buddyjskie mantry, których dźwięki łagodnie niosą się po korytarzach. Dla 50 mieszkańców 700-letniego klasztoru Phajoding jest to poranek jak każdy inny.

Jednak przyjezdnym początek tego dnia już krótko po przebudzeniu zapiera dech w piersiach. Podczas gdy słońce powoli wschodzi ponad ośnieżonymi szczytami siedmiotysięczników, Thimphu, stolica Bhutanu, zanurza się w dolinie za gęstą, białą kołdrą z chmur.

Gorąca herbata ogrzewa zmarznięte dłonie i zachęca do walki zmęczone dusze biegaczy. Noce w Bhutanie są krótkie, a poranki chłodne, ale widoki pozwalają zapomnieć o wszelkich niedogodnościach.

Bieg czy wyprawa

„Nocleg w klasztorze to przywilej dla turystów” – zapewnia Stefan Betzelt, dawniej bankowiec, a dziś dyrektor zawodów. Niepotrzebna uwaga, ponieważ od dawna wszyscy uczestnicy zdają sobie sprawę z faktów: już samo bieganie w Bhutanie jest wyróżnieniem, które nawet w dzisiejszych czasach globalnych eventów biegowych trudno znajduje sobie podobne.

Ultramaraton „The Last Secret” obejmuje 6 etapów, podczas których łącznie do pokonania jest 200 kilometrów, 10 000 metrów różnic poziomów i 8000 metrów zbiegów. 35 uczestników z 14 krajów mierzy się z trasą, której najwyższy punkt dochodzi do 3750 metrów nad poziomem morza i gwarantuje przede wszystkim dwie rzeczy: zauroczenie otaczającym światem i samotność.

Pierwsi turyści przybywają do odległego królestwa, które geograficznie wciska się klinem miedzy Nepal, Indie i Chiny, dopiero od 1974 roku. Do dziś kraj ten odwiedza nie więcej niż 40 000 podróżnych rocznie. W miejscu, w którym nawet turyści są podziwianą osobliwością, biegacze należą już do kategorii prawdziwych ekscentryków. W 2002 roku w tym wyjątkowym kraju podjęto się pierwszej próby zorganizowania maratonu; potem panował długi okres przestoju.

Od 2013 roku w Thimphu znów odbywa się maraton – z dumnymi 65 finiszującymi na koncie. Prawdziwą atrakcją biegową Bhutanu jest jednak „The Last Secret”, który miał swoją premierę trzy lata temu.

Wielke przełęcze, wielke paprocie

Punakha Dzong to nie tylko świątynia, ale także przez wieki duchowe i polityczne centrum Bhutanu. Zapewnia godne kulisy startu: po hymnie narodowym błogosławieństwa zawodnikom udziela dwóch wysokich lamów, następnie biegacze ruszają w drogę przez szpaler 500 dzieci z okolicznych szkół.

„The Last Secret” rozpoczyna się niebanalnie i zaskakująco: ten, kto oczekuje już na pierwszych kilometrach górskiej wspinaczki, cierpi raczej z powodu ekstremalnych temperatur przewyższających 30 °C i wyschniętych dróg. Upał i wysokość około 2400 metrów nad poziomem morza zbierają haracz po znaczniku 22. kilometra, za którym ciągnie się stroma, kamienista ścieżka prowadząca zboczami gór, bez cienia i punktów odżywiania.

Ostatnie 9 kilometrów to istna tortura, którą rekompensuje jedynie emocjonalny wbieg w towarzystwie licznych mnichów na dziedziniec klasztoru Chorten Nyingpo. Po prowizorycznym prysznicu pod wężem ogrodowym przed kuchnią klasztorną szybko i bezgłośnie zapada zmrok. Podczas kolacji wzrok zawodników pada w kierunku zachodu, na 3400-metrową przełęcz Sinchula, która ma pokazać się z imponującej strony następnego dnia.

Wzdłuż zielonych pól ryżowych, poprzecinanych jedynie małymi gospodarstwami, w których dzieci szykują się w długą drogę do szkoły, trasa prowadzi coraz wyżej, by następnie zagonić biegaczy niespodziewanie w rodzaj zielonego piekła: na omszałych, gigantycznych drzewach pną się potężne paprocie.

Od czasu do czasu promień słońca przedziera się przez ogromny dach z liści, pod którym biegacze walczą z tropikalną duchotą. Po 12 kilometrach wspinaczki gęste chmury owiewają szczyt przełęczy, po czym trasa wije się ciasno w dół ku Timphu.

Drużyna biegaczy

W Bhutanie wprowadzono pojęcie szczęścia narodowego brutto. W przypadku biegaczy przychody warte są każdego podatku.

Noc w prowizorycznej bazie jest spartańska, wilgotny chłód wciska się do pokojów. Jednak tego wieczora w Paro, po prawie 60 pokonanych kilometrach, 35 uczestników, na co dzień indywidualistów z krwi i kości, zbliża się do siebie tak, jak to tylko możliwe podczas wyścigów etapowych Wika z Hongkongu parę tygodni później wyjdzie na ulicę w proteście przeciw polityce Chin. Doradca inwestycyjny Mark będzie występował ze swoim zespołem rockowym, a Joany będzie ze swoją firmą walczyć przeciwko wrogiemu przejęciu na kanadyjskiej giełdzie.

Peter z Tokio kolejny raz poleci do Azji jako CEO swojej firmy IT, by analizować międzynarodowe rynki surowców. Niemiec Hans będzie – mimo swoich 75 lat – rozkoszować się najpiękniejszymi trasami swojej przybranej ojczyzny San Francisco, a marokańska legenda biegania, Karim Mosta, ukończy swój 160. ultramaraton w Omanie. Ale tej nocy w Thimphu, po wzmacniającej kolacji składającej się z ryżu, zupy jarzynowej i kurczaka, grono startujących stanowi wspólnotę.

Tagi: ultramaraton w Bhutanie | The Last Secret | nietypowe ultramaratony

Oceń artykuł:

4.5

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij