Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy...

W biegu ultra Yellow River Stone Forest 100K wzięło udział 172 biegaczy. Aż 21 z nich nigdy nie powróciło z niego do domu. Zawody w malowniczym Kamiennym Lesie, znanym ze spektakularnych stalagmitów i filarów, dla wszystkich uczestników z wymarzonego startu stał się horrorem. Niestety, bez happy endu.

Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy... zhouyousifang/Getty Images
Biegacze walczyli na 100-kilometrowej trasie przez górzysty, surowy teren Kamiennego Lasu wokół Żółtej Rzeki w chińskiej prowincji Gansu (fot. zhouyousifang/Getty Images)

Biegacze na szlaku byli rozsiani wszędzie: w wąwozach i po drugiej stronie góry. Mozaika ludzkich sylwetek odzianych w pstrokate, sportowe stroje rozlała się po zboczu. Ciężko było cokolwiek zobaczyć. Ludzie poruszali się we wszystkich kierunkach, trafiając co chwilę na ściany lodowatego deszczu i podmuchy silnego wiatru. Reszta kuliła się w małych grupkach wokół krzewów i głazów.

Niektórzy z zawodników mijali Yan, schodząc z powrotem w dół góry. Wcześniej próbowali dotrzeć do trzeciego punktu kontrolnego, znajdującego się na 27. km trasy, ale im się nie udało. Wracali, kierowali się do drugiego punktu kontrolnego, żeby całkiem zrezygnować z rywalizacji.

"Na górze, przy trzecim punkcie, jest po prostu za zimno" - ostrzegał ją jeden z uczestników.

Od momentu gdy zaczął padać deszcz, temperatura stale spadała. Im Yan była wyżej, tym robiło się chłodniej, a cały czas się jeszcze wspinała. Większość biegaczy była ubrana w zwykłe spodenki i koszulki. Rywalizujących zachęcano do spakowania cieplejszych rzeczy do torby, którą mogliby odebrać na 62. kilometrze trasy, przy punkcie kontrolnym nr 6. Jednakże niewielu spodziewało się, że będą potrzebne dodatkowe ubrania: 100-kilometrowy bieg w Kamiennym Lesie w dolinie Żółtej Rzeki odbywa się bowiem na pustyni i w poprzednich latach biegacze bardziej obawiali się udaru słonecznego niż hipotermii. Torba z zapasami, jeśli w ogóle zawierała jakieś ciepłe ubrania, była do odebrania niemalże 32. kilometry od miejsca, w którym się znajdowali.

Yan miała akurat szczęście: cieplejszą odzież miała ze sobą od początku biegu. Założyła długie spodnie, kurtkę i zdecydowała, że będzie kontynuować zawody. Do następnego punktu kontrolnego zostało 1,6 km. Wzgórze zapełniło się kolorowymi, odblaskowymi koszulkami; niektórzy zawodnicy czołgali się, inni kładli się na ziemi, ale widać było też takich, którzy w ogóle się nie ruszali. Yan podeszła do starszego mężczyzny, któremu zaczęły krwawić oczy. Twierdził usilnie, że nic mu nie dolega.

Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy... Yan Daixiang
Zdjęcie wszystkich rzeczy, które Yan zabrała ze sobą na trasę Yellow River Stone Forest 100K (fot. Yan Daixiang)

Yan dotarła do najniebezpieczniejszego etapu wyścigu: prawie kilometrowego wzniesienia, po pokonaniu którego dotarłaby na wysokość ponad 2000 m. Szlak wiódł zboczem góry i był obsiany bardzo stromymi urwiskami; kamienie i piasek poddane działaniu wiatru i deszczu stały się wyjątkowo śliskie. Poza pustynnymi krzakami nie było żadnej innej roślinności, która pozwoliłaby znaleźć schronienie.

Yan nie mogła odnaleźć trasy: wiatr zwiał markery, a mgła spowiła całą trasę. Obrała za cel rozproszonych biegaczy i jak na wykresie punktowym wyznaczyła linię, którą zaczęła podążać. Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma. Yan wpadła na co najmniej trzy kolejne osoby, które miały na sobie tylko spodenki. Próbowała wołać innych, ale jej głos nigdzie nie docierał. Teraz już szła. Temperatura nie przekraczała 7 °C – tak jej się przynajmniej wydawało. Zakryła całe ciało, ale mimo to było jej lodowato. Trzeci punkt kontrolny wydawał się nieosiągalny, a drugi jeszcze dalej za nią. Pojawił się strach, potem przerażenie. Yan miała problem.

Yan, 43 lata, dotarła do prowincji Qinghai dzień przed zawodami, 21 maja; przywitały ją czyściutkie niebo i słońce. Była podekscytowana: przyjechała ze swojego domu w prowincji Chengdu (południowo-zachodnie Chiny). Podróż zajęła jej 10 godzin i była to jej pierwsza wizyta na pustynnych terenach rozciągających się aż po prowincję Gansu. Krajobraz był piękny na swój szalony i dziki sposób, a nietknięte zbocza gór wznosiły się nad pustynią niczym żagle. Zawody Yellow River Stone Forest 100K (znane również jako Huanghe Shilin Mountain Marathon) miały być dla niej rywalizacją na najdłuższym dystansie od momentu, gdy w Chinach zniesiono lockdown.

Biegała od 4 lat, a zaczęła w 2017 roku, parę lat po tym, jak złapała zapalenie płuc. Kiedy po chorobie wróciła do pracy na stanowisku pielęgniarki w jednym z największych szpitali w Chinach, czuła się osłabiona, bardzo szybko marzła i była podatna na zmęczenie.

Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy... STR/CNS/AFP Getty Images
Pasterz Zhu Keming pokazuje jaskinię, w której udzielił schronienia sześciu zawodnikom (fot. STR/CNS/AFP Getty Images)

Bieganie pomogło jej stać się silniejszą. Zaczęła spokojnie od biegania rekreacyjnego w okolicach Chengdu, ale wkrótce „dyszki” i półmaratony były już w jej zasięgu. W krótkim czasie zaczęła brać udział w zawodach w całych Chinach. Yan oszacowała, że od 2017 do 2019 roku przebiegała rocznie jedną „setkę”, trzy ultramaratony 60K, cztery zwykłe maratony i tuzin półmaratonów.

Bieganie sprawiło również, że stała się lepszą pielęgniarką. Przestała odczuwać zmęczenie, a jej medyczne umiejętności przydawały się w trakcie zawodów. Yan dokładnie monitorowała swój organizm w trakcie biegania i bardzo często pracowała jako wolontariuszka, udzielając pomocy medycznej na zawodach.

Gdy w kwietniu 2020 r. w Chinach ogłoszono koniec pandemicznego lockdownu, Yan wróciła do biegania. Na jesieni ponownie zaczęto organizować biegi, więc Yan na nowo wyruszyła na trasy po całym kraju. Znajomy polecił jej Yellow River Stone Forest 100K, zaraz obok Wyżyny Tybetańskiej, w okolicy pustyni Gobi.

Rejon, gdzie organizowano te zawody, charakteryzowały rozległe pustynne połacie, poprzecinane skalistymi górami i zerodowanymi zboczami. W czwartym roku imprezy szlak wiódł już surowymi wzgórzami i wzniesieniami nad Żółtą Rzeką, która nazwę wzięła od swego brązowego, ziemistego koloru. Yan nigdy nie widziała tak dzikiego krajobrazu Żółtej Rzeki i nieznane wywoływało w niej ekscytację.

O 20:12 w wieczór poprzedzający bieg Yan zamieściła post na WeChat i wrzuciła osiem zdjęć – siedem z krajobrazem i jedno ze swoimi rzeczami. Pod postem można było przeczytać: „Podbić Żółtą Rzekę, zasiąść na tronie Kamiennego Lasu. Moim celem jest bezpiecznie ukończyć zawody!”.

Następnego ranka Yan wstała o szóstej i za oknem ujrzała czyste, błękitne niebo. Na zewnątrz było ok. 10 °C. Założyła długie spodnie, rękawiczki oraz rozgrzewające rękawy, a do plecaka wrzuciła tabletki z elektrolitami, żele energetyczne, batony i litr wody.

Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy... Xinhua News Agency via Getty Images
Ratownicy w poszukiwaniu zaginionych biegaczy. 23 maja, dzień po biegu (fot. Xinhua News Agency via Getty Images)

O godzinie 7 słońce nadal świeciło, a na niebie zaczęły pojawiać się kosmyki chmur stratusowych. Temperatura oscylowała w okolicach 15 °C. Dla ochrony przed słońcem założyła bandanę i czapkę z daszkiem, której boczne klapki chroniły policzki.

W trakcie jazdy autobusem transportującym zawodników na linię startu, na wysokości 1500 m.n.p.m. zrobiła jeszcze szybko kilka zdjęć pustyni. Ale gdy dotarła do namiotu startowego, porywy wiatru były już tak silne, że zaczęły przewracać znaki i flagi. Ustawiła się na starcie razem ze 171 pozostałymi zawodnikami.

Burmistrz Baiyin, miasteczka, które znajduje się najbliżej linii start/meta, dał sygnał do rozpoczęcia biegu o godzinie 9:00. Trasa wiodła kamienną ścieżką, następnie skręcała pod kątem 90° w pobliską dolinę. W tym miejscu biegacze poczuli niezwykle silny podmuch wiatru. Wszędzie latały czapki i okulary słoneczne. Daszek Yan odleciał, a klapy wychodzące spod czapki zaczęły gwałtownie łopotać. Udało jej się złapać daszek i okulary, poprawiła ubiór i pobiegła dalej.

Biegnący w czołówce stawki Zhang Xiaotao uśmiechnął się, gdy dotarł do wspomnianego zakrętu: wolał biegać w chłodne dni. Z czapką ściśniętą w prawej dłoni parł naprzód, doganiając liderów biegu. Jako jeden z najlepszych ultramaratończyków Zhang rywalizował tego dnia z innymi chińskimi gwiazdami ultra – najważniejszym z nich był Liang Jing, który wygrał w 2018 r. pustynny bieg 400L Ultra Gobi i miał na koncie krajowy rekord w biegu 24-godzinnym.

Zhang wspominał później: „Gdy wystartowaliśmy o dziewiątej, uderzenia wiatru były naprawdę bardzo silne i wielu ludziom zwiało czapki z głów, ale pierwsze 20 kilometrów było w miarę OK – sytuacja była względnie normalna”.

Zhang dorastał w centralnej prowincji Henan, gdzie zajmował się wypasaniem kóz i zbieraniem kukurydzy. Ciągły ruch i wysiłek bardzo dobrze przygotowały go do biegania na długich dystansach. W 2014 r. brał już udział w co najmniej dwudziestu maratonach rocznie, kończąc regularnie w pierwszej dziesiątce. Większą część zarobionych pieniędzy wysyłał swojej rodzinie.

Ultra dramat w Kamiennym Lesie. Zginęło 21 biegaczy... Xinhua News Agency via Getty Images
Liang Jing, jeden z czołowych ultramaratończyków w Chinach, zmarł podczas biegu Yellow River Stone Forest 100K. Tutaj na starcie biegu Panda Trail by UTMB w 2020 r. (fot. Xinhua News Agency via Getty Images)

W kwietniu, dwa dni po otwarciu list rejestracyjnych, zapisał się na bieg Yellow River Stone Forest 100K. Był podekscytowany. Spośród wszystkich chińskich krajobrazów ten suchy, pustynny północno-zachodnich Chin, był jego ulubionym. W kwietniu, w ramach przygotowań do, jak zakładał, pustynnych upałów, biegał do momentu, gdy organizm dawał sygnały o nadchodzącym udarze słonecznym. Gdy nadszedł czas biegu, czuł, że żaden upał nie może go zaskoczyć.

W nocy przed zawodami, gdy podmuchy wiatru uderzały w okna jego pokoju hotelowego, nie przykładał do tego najmniejszej wagi. Na briefingu przed zawodami, który odbył się kilka godzin wcześniej,  organizatorzy ostrzegali jedynie przed udarami i oparzeniami słonecznymi. „Burze i chłód były ostatnimi rzeczami, o których myślałem” – mówi Zhang.

Zhang minął drugi punkt kontrolny znajdujący się na 24. kilometrze trasy, daleko przed Yan. Kilka kilometrów za Zhangiem Yan, jeszcze przed wspinaczką, zaczęła odczuwać niszczącą siłę burzy. Podmuchy wiatru sprawiały, że do jej ust dostawał się pył. Zaczęło się oberwanie chmury. Zwolniła. Przy drugim punkcie kontrolnym zatrzymała się na chwilę, żeby odpocząć. Dotarło do niej, że na kolejnym punkcie nie będzie bufetu, wolontariusze będą jedynie podbijać karty biegowe. Yan zdecydowała się zjeść pomidory, trochę chleba i napić się wody.

Przed nią, za ośmiokilometrowym wzniesieniem, które było największym wyzwaniem zawodów, był trzeci punkt kontrolny. Deszcz przybrał na sile, daleko w dole Yan słyszała ogłuszający szum brązowo-żółtej rzeki. Nurt porywał ze sobą płaty lessowej gleby. Yan nałożyła kurtkę. Reszta ubrania była przemoczona, a jej buty wypełniły piach i żwir. Zaczęli ją mijać kolejni biegacze. Co najmniej połowa stawki była już przed nią i zaczęła się wspinać. 10 minut później, w okolicach południa, Yan ruszyła dalej, stawiając opór wichurze.

Tymczasem biegacze będący na czele prawie stanęli w miejscu. Wiatr i lodowaty deszcz spuszczał im łomot, redukując ich wysiłki do powolnego stawiania nóg przed siebie. Mniej więcej w połowie drogi do punktu kontrolnego nr 3 zaczął padać grad i uderzać w twarz Zhanga, powodując drętwienie i zaburzenia widzenia.

Zhang napotkał na swojej drodze dwóch biegaczy, którzy byli w opałach. Jeden cały się trząsł i miał drgawki – najwyraźniej na krawędzi hipotermii. Zhang próbował mu pomóc: objął go i szli razem. Szlak był jednak zbyt śliski i za wąski dla dwóch osób idących ramię w ramię. Wiało tak intensywnie, że zaczęli się przewracać.

Ostatecznie postanowili iść osobno. Spoglądając na skraj wzniesienia, Zhang zaczął powoli się wspinać. „Zachowaj zimną krew, pokonaj tę górę i wszystko będzie dobrze” – tak w myślach dodawał sobie otuchy.

Daleko nie zaszedł. Siłując się z wiatrem, przewrócił się jeszcze co najmniej dziesięć razy. Z dwoma biegaczami, którym starał się pomóc, Zhang był na czwartej pozycji – wyżej i dalej niż niemal cała reszta. Czuł, że jego kończyny zaczęły drętwieć i wraz z gęstniejącą mgłą pojawiły się objawy hipotermii. Wkrótce stracił panowanie nad swoim organizmem. Przewrócił się po raz kolejny i nie potrafił się podnieść. Ostatnim przebłyskiem świadomości owinął się kocem ratunkowym i GPS-em wysłał sygnał SOS.

20 maja, na 2 dni przed biegiem, z Syberii nad zachodnią część Ghansu przywędrował ogromny front niżowy i temperatury spadły poniżej zera. Wir polarny przemieszczał się w kierunku południowo-wschodnim, a stacje meteorologiczne zaczęły rozsyłać alerty pogodowe. 21 maja, dzień przed startem, gdy odbywał się briefing, władze okręgu wydały oficjalne ostrzeżenia informujące o stałych wiatrach o prędkości 40-50 km/h oraz o przewidywanych znacznych spadkach temperatury w ciągu kolejnej doby w całej prowincji.

Jednak tego popołudnia temperatury w prowincji Jingtai osiągnęły poziom niemal 26 °C. W chwili startu biegu front zimna zaczął schodzić nad szlak – zgrany idealnie czasowo, by trafić na biegaczy docierających do punktu kontrolnego nr 3. Gorące powietrze oraz różnice ciśnienia na skraju frontu spowodowały silne wiatry i około godziny 8:00 porywy dochodziły już do 40 km/h. Temperatura stale spadała. Wszystko to działo się w wyższych partiach gór; ekstremalne warunki nie dotarły jeszcze na niższy poziom doliny Żółtej Rzeki, do miejsca, gdzie zaczynał się bieg.

O godz. 10:30, półtorej godziny po rozpoczęciu biegu, zaczęły formować się gęste mgły. Ciepłe powietrze o wysokim ciśnieniu znad pustyni przemieściło się w górę, a zimne powietrze o niskim ciśnieniu z wiru polarnego opadło na zbocza gór. Wiatry i opady nasiliły się pomiędzy punktami kontrolnymi 2 i 3, w miejscu, gdzie biegacze zaczęli się wspinać prosto w czeluść opadającego frontu.

W tym czasie, kiedy prowadzący zawodnicy zbliżali się do punktu kontrolnego nr 3, temperatura obniżała się w tempie 4 °C na godzinę. W niższych partiach prowincji Qinghai – na wysokości 1600 m – temperatura spadła do 3 °C. Natomiast w wyższych partiach terenu, gdzie odbywał się bieg, temperatura oscylowała w okolicach lekko poniżej zera.

Przy tak drastycznych zmianach ciśnienia wędrujące zimne i ciepłe powietrze sprawiło, że wiatr przyspieszył do 65-90 km/h. Ochłodzenie spowodowane przez wiatr sprawiło, że odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Wszystkie te czynniki: wiatr, niska temperatura i deszcz były wystarczające, żeby wywołać hipotermię, tym bardziej że większość uczestników biegu miała na sobie jedynie spodenki i T-shirty.

Nie jest do końca jasne, czy organizatorzy na bieżąco śledzili postępy wiru polarnego i czy byli świadomi tego, że wydano oficjalne ostrzeżenia pogodowe, gdyż większość prognoz nie oddawała tego, jak poważne zagrożenie zmierza w stronę prowincji Qinghai.

Wieczorem przed startem Yan widziała prognozy mówiące o tym, że będzie chłodniej niż zwykle, ale nie było niczego alarmującego: rano lekka mżawka i wiatr z prędkością 20-30 km/h, przy temperaturze od 5 do 15 °C. Chłodniejsze temperatury nigdy nie miały większego wpływu na zawody, a większość uczestników ignorowała późniejsze komunikaty mówiące o nagłych zmianach, jeśli je w ogóle śledzili. Yan była jedną z nielicznych osób, które spakowały cieplejsze ubrania. Większość podjęła decyzję, by dodatkowe ciuchy zostawić w domu.

Yan traciła czucie w policzkach. Wspinała się do trzeciego punktu kontrolnego, gdy rzęsisty deszcz, któremu towarzyszyły silne podmuchy wiatru, zalał trasę. Trasa z kamieni stała się śliska jak lód, co sprawiło, że bardzo łatwo można było spaść z urwiska. Widoczność ograniczała się do niespełna 5 metrów, więc znaki wyznaczające trasę zniknęły z pola widzenia; tak samo ślady ludzi – nie było ich. Gdy Yan wpadła na biegacza, który używał pseudonimu Ke Le, postanowili spróbować razem zejść ze zbocza.

„Kręciliśmy się bez żadnego poczucia kierunku” – relacjonuje Yan. Za każdym razem, gdy się zatrzymywali, czuła, jak serce bije jej szybciej. Oddychała z trudem. Traciła czucie w rękach i stopach. Była przekonana, że zamarznie. Ale w trakcie schodzenia Yan i Ke Le dostrzegli zamieszkałą jaskinię. Odkrycie to sprawiło, że poczuli ogromną ulgę.

Pasterz z pobliskiej wioski, Zhu Keming, stał przed wejściem i przywoływał ich do środka. Udzielił już schronienia jednemu biegaczowi: leżał na łóżku uformowanym z ubitej ziemi, owinięty w koce. Trzęsąc się z zimna, Yan usiadła na łóżku, a potem zdjęła skarpetki i buty. Wszystko miała przemoczone. „Wydawało mi się, że już po mnie. Było mi po prostu za zimno” – mówi Yan.

Schowała stopy pod biodrami pierwszego z uratowanych, żeby je zagrzać, i owinęła się zakurzoną folią termiczną. Poprosiła Zhu o wezwanie pomocy – już to zrobił, ale żadna pomoc nie dotarła. Siedziała bardzo blisko dwóch pozostałych osób, ale nadał drżała z zimna.

„Nie uda mi się przeżyć – Yan zwróciła się do Zhu. – Czy jest szansa, żeby rozpalić ognisko?”.

Zhu skierował się ku wyjściu. 20 minut później pojawił się z drewnem na rozpałkę i wzniecił ogień, zaraz obok łóżka. Yan zrzuciła mokre ubranie i położyła je tuż obok ogniska. Powoli zaczęła się regenerować.

O godz. 14:30, 45 minut po Yan, pojawiło się dwóch kolejnych biegaczy. Mówili, że na trasie pełno ludzi po prostu leży na ziemi w bezruchu. Jeden z nich dodał: „Prawie wszyscy biorący udział w biegu pochowali się albo zrezygnowali z dalszego udziału”. Próbowali u niektórych sprawdzać puls, ale często go nie wyczuwali. Jeden z biegaczy, którego mijali, dostał skurczów, ale nie byli w stanie zabrać go ze sobą.

Zhu wyszedł go szukać. O godz. 15:00 wrócił i powiedział, że znalazł tego biegacza oraz trzech innych, którzy już nie żyli. Ocalały mamrotał: „Jestem na czwartym miejscu”.

To był Zhang Xiaotao. Leżał w bezruchu ponad dwie godziny. Jego wezwanie pomocy pozostało bez odpowiedzi. Zhang ledwo mógł się ruszać. Zhu wezwał Ke Le, żeby pomógł mu wnieść Zhanga do jaskini. Aby ochronić go przed dymem, położyli go zaraz przy samym wejściu.

Zhang w dalszym ciągu był oszołomiony i zafiksowany na rywalizacji. „Jestem na czwartym miejscu – powtarzał. – Przewróciłem się z siedem albo osiem razy. Chcę się ścigać”.

Z pomocą innych Yan zdjęła z niego mokre ubranie i położyła je przy ognisku. Zaleciła innym, żeby nie zbliżali jego kończyn do ognia ani ich nie masowali. Martwiła się, że lodowata krew mogłaby dotrzeć do jego serca i je zatrzymać. Wyciągnęła z plecaka wodę, baton i kilka żeli energetycznych. Zhang zaczął powoli jeść. Nie mógł rozprostować skostniałych palców lewej dłoni, ale nalegał na ponowne dołączenie do biegu. „Mentalnie w dalszym ciągu uczestniczyłem w zawodach” – wspomina Zhang.

Ostatecznie innym udało się go uspokoić i skłonić do zrezygnowania. „Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że to była kwestia życia lub śmierci. Byłem aż tak skołowany” – opowiada Zhang.

Około godz. 17:00 do jaskini dotarli mieszkańcy lokalnej wioski. Przynieśli ze sobą koce, termosy i papierowe kubki, ale Yan powiedziała im, żeby lepiej poszli szukać biegaczy, którzy pozostali na trasie.

Pół godziny później cała grupa z jaskini owinęła się w ręczniki przyniesione przez mieszkańców i zdecydowała się zejść z góry, zanim zapadnie zmrok. Burza ucichła. Pozostały ciężkie chmury, ale zrobiło się zdecydowanie cieplej i zejście nie było już takie groźne.

Zhu, pasterz, pokierował ich skrótem po zboczach, ścieżką, którą zwykle chodzą kozy. Zejście zajęło im ponad godzinę. Po drodze napotkali kolejnych mieszkańców, którzy nieśli więcej koców i gorących napojów. Pojawili się medycy i pielęgniarki z apteczkami pierwszej pomocy. Za nimi jechał buldożer przecierający szlak, aby można było wwieźć na górę więcej sprzętu medycznego, a za nim pojazdy terenowe z napędem na cztery koła.

Yan wróciła do hotelu o godz. 20:00 i wraz z innymi ocalałymi udała się na kolację. Nastrój był posępny, a rozmowy dotyczyły głównie spekulacji na temat tego, kto zdołał przetrwać. Liang Jang, czołowy ultramaratończyk, jeszcze się nie odnalazł, wielu innych również.

Następnego ranka potwierdzono 18 zgonów, a 3 osoby uznano za zaginione. Wiadomości o tym dramacie zaczęły pojawiać się w programach informacyjnych na całym świecie.

Ze 172 startujących 21 zmarło, a 8 doznało poważnych kontuzji. Przyczyną większości, jeśli nie wszystkich zgonów była hipotermia. Z grupy sześciu biegaczy ze ścisłej czołówki przeżył tylko Zhang. Śmierć Liang Janga była największym szokiem. Ekstremalne zawody nie były dla niego niczym nowym. Zwyciężył przecież w biegu Ultra Gobi 400K, który odbywał się w innej części pustyni Ghansu – tam też dochodziło do ekstremalnych skoków temperatur.

Bieg w dolinie Żółtej Rzeki został rozwiązany bezterminowo. Czy pogoda była jakimś wybrykiem natury? Czy organizatorzy powinni być lepiej przygotowani i bardziej uważni? Po czyjej stronie leżała wina?

Fakt, że organizatorzy nie śledzili postępów zimnego frontu, a w zasadzie ignorowali informacje na ten temat, było co najmniej zaniedbaniem. Mimo to wielu zwracało uwagę na to, że podjęto środki ostrożności. Od biegaczy wymagano, żeby posiadali GPS, tak samo jak gwizdki i innego rodzaju lokalizatory, których zwykle wymaga się w trakcie zawodów ultra. Trzeba jednak pamiętać, że wielu uczestników – w tym Zhang i Zhu – wzywało pomocy, ale nigdy jej nie otrzymali. Sygnały dotarły do grup ratunkowych, ale gdy przybyły one na miejsce, było już za późno na uratowanie wielu zawodników.

Zdolność przewidywania sytuacji oraz odczytywania prognoz pogody – umiejętności, których nabywa się z doświadczeniem – być może tego zabrakło. Wiele osób zastanawiało się też, dlaczego organizatorzy nie zatrzymali biegaczy na drugim punkcie kontrolnym – już wtedy było wiadomo, że pogoda cały czas się pogarsza.

Reakcja chińskich władz była stanowcza, ale jednowymiarowa. Prawie natychmiast zakazano wszelkich biegów ultra, tak samo jak innych zawodów „wysokiego ryzyka” w terenie – pojęcie to jest dosyć szerokie i nigdy go nie doprecyzowano. Organ dyscyplinarny Komunistycznej Partii Chin, która zwykle zajmuje się tropieniem korupcji, dostał zadanie przyjrzenia się tragicznym wydarzeniom podczas biegu.

Kilka tygodni później sekretarz partii prowincji Qinghai, Li Zuobi, popełnił samobójstwo, skacząc z dachu budynku. Możliwe, że przeczuwał, co będzie dalej. Niedługo potem lokalny komitet partii rządzącej wydał surowy wyrok, uznając niemalże wszystkich powiązanych z organizacją zawodów, także sponsorów, za potencjalnie współodpowiedzialnych.

Całe środowisko organizatorów biegów w Chinach wstrzymało oddech. Do tej pory 27 oficjeli zostało ukaranych albo postawiono im zarzuty – wyroki nie zostały jeszcze wydane. Do tego cały magistrat prowincji Qinghai został zwolniony. Organizatorzy podobnych zawodów uważnie obserwują rozwój sytuacji, część z nich jednak zrezygnowała i zmieniła branżę.

Kilka miesięcy później wielu zawodników wciąż boryka się z traumą i doznanymi podczas burzy kontuzjami. Palec wskazujący lewej dłoni Zhanga jest cały czas zdrętwiały, co uniemożliwia mu pomaganie rodzinie na roli. Niechętnie rozmawia o śladach, jakie pozostały w psychice. Gdy przedstawił swój punkt widzenia na to, co się wydarzyło, w sieci, komentujący nękali go w mediach społecznościowych, więc zawiesił konto. Odciął się od świata i skupił na rekonwalescencji.

Yan przez długie miesiące dręczyły koszmary. Pojawiły się też problemy z zasypianiem: przez pierwsze tygodnie po biegu niemal codziennie prześladowały ją tragiczne obrazki z trasy oraz wspomnienia. Jednak w dalszym ciągu utrzymuje kontakt z Zhangiem oraz innymi ocalałymi – wspierają się duchowo. Nie zapomniała także o pasterzu Zhu Kemingu. Ostatnio zaczęła wysyłać mu różne lokalne przysmaki. Ma nadzieję, że cała grupa uratowanych z jaskini spotka się na miejscu tragicznych wydarzeń, aby osobiście podziękować Zhu.

Po zawodach w dolinie Żółtej Rzeki Yan i Zhang zrobili sobie przerwę. Ostatecznie jednak zdecydowali się na powrót do biegania. Mniej więcej miesiąc po tragedii, przy zachmurzonym niebie i zimnym wietrze, Yan wybrała się na 13-kilometrową przebieżkę po mokradłach na terenie rezerwatu. Dłuższa przerwa od wyczynowego biegania sprawiła, że tempo było wolniejsze niż zwykle, ale akurat na tym najmniej jej zależało. Rezerwat był jej ulubionym miejscem w Chengdu i wkrótce radość z uprawiania sportu do niej powróciła. Po części biega też dla upamiętnienia zmarłych koleżanek i kolegów.

„Już niestety nie biegają na tym świecie. Dlatego bez względu na wszystko, ja będę biegać dla nich i dla siebie samej – stwierdza Yan. – Kiedyś rozpamiętywałam wiele drobnych spraw. Przychodzi jednak chwila, gdy uświadamiasz sobie, że życie samo w sobie jest dobre. Bardzo dobre”.

Zhang odpoczywał jeszcze krócej. 10 dni po powrocie z Gansu za zgodą lekarza wrócił do biegania. Pewnego słonecznego wieczora, przy temperaturze 30 °C, założył białą bluzę z kapturem i pobiegł wiejską ścieżką. 5 km dalej poczuł, że jego życie wróciło na właściwe tory.

„Będę trzymał się obranej drogi, biegał, kochał tych, którzy są blisko mnie, i pomagał  im spełniać marzenia – mówi Zhang. – Przede mną jeszcze długa, długa droga do przebiegnięcia”.

RW 07-08/2022

Zobacz również:
REKLAMA
}