Runner's World poleca:

20-latek wygrał Western States Endurance Run

Poleć ten artykuł:

Andrew Miller - warto zapamiętać to nazwisko, bo być może już wkrótce zrobi się o nim tak głośno jak pewnego dnia o Scotcie Jurku. Jest ku temu powód, 20-letni Amerykanin został najmłodszym zwycięzcą prestiżowego ultramaratonu, który udało mu się ukończyć w czasie 15:39:36. 

Andrew Miller

Andrew to chłopak pochodzący z Corvallis w stanie Oregon. Obecnie mieszka w Flagstaff w Arizonie, gdzie studiuje na Northern Arizona University. Swoją przygodę z bieganiem zaczął od sporadycznych treningów z mamą. Szybko jednak mu się to spodobało i doszło do tego, że za każdym razem, kiedy ona wychodziła biegać, on szedł razem z nią. Pewnego dnia usłyszał od rodziców, że powinien zapisać się na bieg ultra. Posłuchał ich. Debiut na długim dystansie zaliczył w wyścigu McKenzie River 50K. Miał wtedy 14 lat.

Drugim biegiem ultramaratońskim, w którym wziął udział był McDonald Forest 50K. Po tym występie zdał sobie sprawę, że bieganie to jest to, co naprawdę chciałby robić. Przyznaje, że były inne rzeczy, które miały duży wpływ na jego życie, np. piłka nożna, która towarzyszyła mu aż do czasów liceum. Z czasem jednak zapał do tego sportu zaczął w nim wygasać. Miejsce futbolu zajęło bieganie, od którego - jak twierdzi - uzależnił się już po drugim ultramaratonie.

Pierwszy bieg na 100 mil, czyli 160 km zaliczył w 2013 roku. Miał wtedy 17 lat i jego wyborem był Pine to Palm. Ukończył go na 3. miejscu z wynikiem poniżej 20 godzin. Patrząc z perspektywy czasu na swoje pierwsze starty, przyznaje, że bieganie na tak długich dystansach, znacznie pomogło mu osiągać sukcesy na krótszych, np. na 50 km. Twierdzi, że dzięki temu dowiedział się, jak daleko może się posunąć.

W następnym roku powtórzył swój start w Pine to Palm, ale tym razem niestety nie poszło mu już tak dobrze. Odpadł około 65 kilometra, ponieważ przegrał z kontuzją, która dokuczała mu już przed startem. Wie, że nie powinien był się tak nadwyrężać, jednak mimo wszystko nie żałuje wzięcia udziału w tym biegu. Dzięki niemu dużo dowiedział się o swoim ciele i zdecydowanie więcej czasu poświęcił potem na trening wzmacniający, który ma nie mały wpływ na coraz lepsze starty.

Mimo nieudanego startu w Pine to Palm, rok 2014 był nie najgorszy dla Andrew. Zaliczył świetny występ w Orcas Island 50K, a także wygrał Waldo 100K. Rok później wygrał także The Bighorn Trail 100 Mile Run i jednocześnie ustanowił rekord trasy.

W Western States chciał pobiec już rok temu. Aby się zakwalifikować, wziął udział w Gorge Waterfall 100K. Jednak zrobił to jedynie dwa tygodnie po starcie w równie wymagającym Georgia Death Race (110 km). Czuł się zregenerowany, ale na trasie przekonał się, że jednak nie udało mu się odzyskać wystarczającej ilości sił. To doświadczenie nauczyło go, że dwa tak ciężkie biegi w przeciągu zaledwie dwóch tygodni to jednak za dużo dla jego organizmu. Mimo wszystko - podobnie jak w przypadku nieudanego Pine to Palm - tego startu także nie żałuje. Docenia każdą okazję, która może mu dostarczyć informacji na temat swojego ciała.

Obecny sezon Andrew rozpoczął wiosną od ponownego udziału w Georgia Death Race. Był to przedsmak jego udziału w Western States Endurance Run, który odbył się w ostatni weekend czerwca. Wiedział, że ten start nie będzie należał do najłatwiejszych, ponieważ brało w nim udział kilku świetnych zawodników. Andrew podkreśla, że przez cały czas czuł się bardzo dobrze. Nawet gorące kaniony nie stanowiły dla niego wielkiej przeszkody.

Szczególnego wiatru w żagle nabrał, kiedy zobaczył swoich najwierniejszych kibiców: mamę, tatę oraz brata, którzy krzyczeli, że jest w czołówce. Niedługo potem dowiedział się także, że zawodnik, który dotychczas prowadził (Jim Walmsley), zboczył z trasy. Ten błąd prawdopodobnie kosztował go utratę możliwości pobicia rekordu Western States 100. Dla Andrew z kolei był to moment, w którym uświadomił sobie, że w takim razie powinien wygrać ten bieg, a wielki skok adrenaliny pozwolił mu jeszcze bardziej przyspieszyć.

Na mecie zameldował się 15 godzinach 39 minutach i 36 sekundach jako najmłodszy zawodnik w stawce i najmłodszy zwycięzca tego kultowego biegu w historii. W osiągnięciu tak wielkiego sukcesu pomogli mu niezawodni pacemakerzy: jego brat oraz przyjaciel. Drugi na mecie - niecałe trzy kwadranse po Andrew - zameldował się Norweg Didrik Hermansen.

Wyczyn 20-letniego Amerykanina na pewno przejdzie do historii. Być może jesteśmy świadkami narodzin kolejnej legendy biegów ultra. Już teraz można dostrzec cechy, które plasują go w gronie najwytrwalszych. Bieganie pomimo kontuzji czy bardzo krótkie przerwy pomiędzy kolejnymi, niezwykle wymagającymi, startami. Jednak jedno go na pewno wyróżnia, mianowicie debiut w biegach ultramaratońskich w wieku 14 lat, a także zwycięstwa w kilku z nich jako nastolatek.

Wiele osób zapewne sceptycznie będzie odnosić się do wyczynów Andrew, zwłaszcza że od niejednego eksperta usłyszymy, że do tak wymagającego biegania należy dojrzeć i a zbyt wczesne starty na takich dystansach mogą mieć poważne konsekwencje w przyszłości. Niemniej dalsza kariera Amerykanina zapowiada się fascynująco i na pewno warto ją śledzić.

RW

Tagi: Western States Endurance Run | Western States 100 | Andrew Miller

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij