Runner's World poleca:

Agnieszka Kobierska: Bieganiem wygrałam z bulimią

Poleć ten artykuł:

Ta dziewczyna jest bieganiu coś winna. Ona to wie i nie pozostaje dłużna. Biega, ile sił w nogach, bo właśnie tak uratowała się od bulimii - choroby, która przez ponad 10 lat zatruwała jej życie. Zaczęła jednak biegać po to, żeby jeszcze bardziej schudnąć...

Agnieszka Kobierska: bieganiem wygrałam z bulimią

Patrz, jaka laska

W wielu kulturach jest tak, że jeśli ktoś uratował ci życie, to już zawsze jesteś mu winien, jesteś od niego zależny. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że Agnieszka Kobierska z Gliwic całe życie już będzie dłużna bieganiu lojalność. Dlaczego? Bo to właśnie ta pasja uratowała ją od bulimii. Choroby, która przez ponad dziesięć lat zatruwała jej życie.

Wszystko zaczęło się w 2000 roku od wyjazdu na wakacje do pracy. Agnieszka zatrudniła się w barze i cały dzień zasuwała. Bez chwili wytchnienia, bez regularnych posiłków, z małymi porcjami snu. Po robocie chodziło raczej o piwo ze znajomymi i zabawę, niż o odpoczynek i dobrą dietę.

W ten sposób w krótkim czasie sporo przytyła i do domu wróciła w nie najlepszej kondycji. Problem był tym większy, że jej ówczesny chłopak oglądał się za szczupłymi dziewczynami. "Ale laska, jaka szczupła, ale miała nogi, widziałaś?” – podgadywał. A Agnieszka nigdy nie była zbyt pewna siebie, zawsze porównywała się z innymi dziewczynami. No i jest bardzo ambitna. Okazało się, że to mieszanka tragiczna.

Zły power

Pierwszy raz zwymiotowała, jak chłopak wyjechał na dwa miesiące, a ona postanowiła na jego przyjazd wyglądać tak jak te chudziny, co się za nimi oglądał. Potem zauważyła, że te wymioty zaczęły dawać jej na krótko poczucie wielkiej siły, "powera”. Gotowała dla całej rodziny, ale sama skubała tylko kawałeczki. Jak zdarzało jej się porządnie zjeść, to wymiotowała. "Zwłaszcza gdy czułam się słabiej psychicznie, gdy coś szło nie tak, gdy miałam gorszy dzień” – opowiada.

Z każdą taką chwilą zamknięcia w łazience, zagłuszana przez szum puszczonej z kranu wody, odzyskiwała pewność siebie i przekonanie, że chudnie, że robi się coraz lepsza, ładniejsza. Jedno jabłko wystarczało jej nieraz na kilka dni. Szklanka soku była wszystkim, co zjadła i wypiła w ciągu doby. Do tego ćwiczenia. Codziennie siłownia i fitness.

Tylko 3:02

Dziś waży zdrowe, dobre, ładne 60 kilogramów. Gdy jej waga spadła do 45 kilogramów, na siłowni zaczęły się szepty znajomych. Sama więc doszła do wniosku, że takie życie do niczego nie prowadzi i poszła na terapię. Pierwszy raz w 2004 roku, kiedy oprócz bulimii trawiła ją też anoreksja. Poszła, ale bez przekonania. Znów wróciła do starych przyzwyczajeń. Ćwiczyła, wymiotowała, zostawił ją chłopak.

"To były najtrudniejsze chwile mojego życia. Wszystkich odtrącałam, robiłam się samotna” – wspomina ze smutkiem. Już wtedy Agnieszka zaczęła biegać. Po to, żeby schudnąć. Kto wie, czy nie po to, by się zniszczyć. Ale nowa metoda autodestrukcji zawiodła. Zdradziecko i skutecznie obracała się przeciw jej zamiarom.

"Szłam biegać, żeby zrzucając kilogramy, zdławić swoje nieszczęścia, żeby schudnąć, bo to dawało mi pewność siebie. Ale w pewnym momencie poczułam, że po biegu czuję się lepiej, że odchudzanie nie jest już tak ważne. Że jest… lżej” – wspomina z mądrym uśmiechem, jakby bawiło ją to, że sama sprawiła sobie takiego figla.

Ambicja, która w 2001 roku obróciła się przeciwko niej, znalazła nowe pożywienie. Zaczęła poważne treningi, bo po pierwszym starcie w półmaratonie, gdzie wyprzedziła wszystkich swoich kolegów i wybiegała świetne 1:40, uznała, że jest w tym przyjemnym bieganiu dobra.

I wszystko poszło już do przodu. Zapisała się na terapię – tym razem z solidnym postanowieniem pozbierania swojego życia do kupy. Udało się. Dziś stoi na własnych nogach, walczy o złamanie trzech godzin w maratonie, bo na razie zaliczyła "tylko” 3:02. "Z takim czasem czuję, że jestem w czymś po prostu dobra” – wyznaje.

Świętuję za stołem

Na tyle dobra, że nie boi się porównań. Lubi się ścigać i jeśli płacze w trakcie biegu, to już tylko ze wzruszenia. Ba, musiała szukać rady psychologa sportu, jak sobie z tymi pozytywnymi emocjami atakującymi w trakcie wyścigu poradzić. Tak bowiem reaguje na tłumy kibiców przy trasie.

"Bieganie zmieniło też moją dietę. W pewnym momencie poczułam, że bez jedzenia nie będę miała wyników – opowiada. – Zaczęło się też pierwsze powstrzymywanie się przed wymiotami. Po prostu czułam, że po nich gorzej biegam”.

Dziś nie wychodzi z domu bez śniadania, a udane biegi świętuje z siostrą w restauracji. Siedzą razem i nie mogą się nadziwić, że celebrują sukcesy przy jedzeniu. Jedzeniu, które kiedyś wzbudzało tremę, niechęć i nerwowość.

Śniadanie, czapka, bieg

Kiedyś w ogóle było inaczej. Pierwsze biegi Agnieszka zaliczała z zegarkiem kwarcowym. Teraz ma fachowy sprzęt. Teraz ma też trenera, który jej pilnuje, bo ma ćwiczyć tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. A potrafi wystartować w maratonie kilka dni po zakończeniu kuracji antybiotykowej albo chwilę po zaleczeniu kontuzji. Trener jest po to, żeby złamać te 3 godziny. Czy się uda? Musi.

"Jeśli stawiam sobie cele, to dążę do nich naprawdę uparcie. Tylko że teraz, po terapii, po tylu latach biegania, to nie jest chorobowe. To jest zdrowe i piękne. Wstaję rano, o świcie, jem śniadanie, wkładam buty, czapkę i nawet jak jest minus 20, to biegnę. Mróz wyciska mi z oczu łzy, ale nie są to, jak kiedyś, łzy rozpaczy. Wracam zmarznięta, ale buchająca szczęściem” – śmieje się.

Wszystko jest w głowie

Sprawiła sobie nawet tatuaż. Kiedy podciągnie rękaw bluzki, można zobaczyć prosty, ale jasny w przekazie napis w języku angielskim: "Możesz dokonać wszystkiego. Musisz tylko chcieć”. Dziś, nawet jak specjalista powie jej, że dla złamania 3 godzin w maratonie musi schudnąć, to ona idzie do dietetyka i prosi o taki program, żeby schudła z głową.

"Kiedy patrzę na te dziesięć lat, to mam przytłaczające poczucie straconego czasu” – wspomina z żalem. Ale z drugiej strony wie, że bieganie odmładza. Więc nie przeszkadza jej nawet to, że tak się dziwnie składa, iż wiatr ma zawsze w twarz. "Rozbijam go głową – śmieje się. – Wszystko jest w głowie. Pamiętam, że na jednym z biegów zaczął obcierać mnie but. Wyciągnęłam plaster i pomyślałam, że zaraz przestanie mnie boleć. I ta myśl załatwiła sprawę – obeszło się bez plastra". 

RW 04/2014

Tagi: bulimia jak leczyć | leczenie bulimii | bieganie bulimia

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij