Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Andrzej Radzikowski: Nowy król Sparty

Do trzech razy sztuka sprawdziło się w przypadku Andrzeja Radzikowskiego. Tyle prób potrzebował, żeby jako pierwszy Polak wygrać Spartathlon Ultra Race, czyli liczący 246 km legendarny bieg z Aten do Sparty. Zobacz, jak - ucząc się na własnych błędach - dokonać rzeczy z pozoru niemożliwej.

Andrzej Radzikowski, Spartathlon, ultramaraton Sparta, polski zwycięzca Spartathlonu Andrzej Radzikowski - pierwszy Polak, który wygrał Spartathlon!

„Ale numer, co?” – siedzący w namiocie medycznym na mecie Spartathlonu mężczyzna uśmiecha się lekko, spoglądając na stojącego obok przyjaciela. Przypadkowy świadek tej sceny mógłby się nie zorientować, że autor tych słów właśnie dokonał rzeczy dla zwykłych śmiertelników pozornie niemożliwej. Pozornie, bo jeszcze niedawno sam takim zwykłym śmiertelnikiem był, a teraz spełnił swoje wielkie marzenie o zwycięstwie w jednym z najtrudniejszych ultramaratonów na świecie.

Andrzej Radzikowski raczej nie jest typem człowieka, który na sukcesy reaguje wybuchami dzikiej radości. To bardziej zadaniowiec, matematyczny umysł, który definiuje cel, precyzyjnie opracowuje strategię działania, a później z żelazną konsekwencją ją realizuje, by wyznaczony cel osiągnąć.

Że ma się to nijak do romantycznej wizji sportu, który uprawia? Cóż, kto jak nie on wie najlepiej, że w ultramaratonach nie ma za bardzo miejsca na emocjonalne uniesienia, spontaniczne decyzje i podziwianie widoków – jest za to mnóstwo ciężkiej pracy na treningach i wyrzeczeń w życiu osobistym, długie godziny analiz i planowania oraz regularna walka na trasie o to, by wciąż przeć do przodu, nie poddając się zwątpieniu.

Jak przekonuje, nie ma innej opcji, jeśli chce się w tym sporcie coś osiągnąć. I niekoniecznie chodzi mu o wygrywanie w wielkim stylu Spartathlonu.

Dekada nicnierobienia

Andrzej Radzikowski niespecjalnie lubi mówić o sobie. Lubi za to mówić o swoim bieganiu i ludziach, dzięki którym zaliczany jest dziś do światowej czołówki ultrasów, a pod koniec września znalazł się na czołówkach wszystkich gazet i stron sportowych w Polsce. To bieganie zaczęło się dość dawno, bo dwadzieścia lat temu, kiedy jako nastolatek skończył podstawówkę. Ale już wtedy wybór sportowej drogi był wynikiem chłodnej kalkulacji.

„Poszedłem do technikum elektronicznego, które, jak się okazało, było jednocześnie szkołą sportową. Bieganie było jedną z dyscyplin do wyboru – zdecydowałem się na nie, żeby mieć pewną swobodę, nie musieć na okrągło siedzieć w sali gimnastycznej” – opowiada Andrzej Radzikowski. Szybko okazało się, że ma nie tylko predyspozycje fizyczne – ważył 55 kg przy 173 cm wzrostu („Na komisji wojskowej nie mogli uwierzyć, że nieźle biegam. Byli przekonani, że jestem wychudzony z powodu ciężkiej choroby” – wspomina ze śmiechem) – ale i dryg do biegania.

Zauważyli to jego szkolni trenerzy: Zbigniew i Barbara Broniakowie. Zaczął wygrywać międzyszkolne, powiatowe i międzypowiatowe zawody, startując na 3000 m i 5 km, po płaskim i w przełajach. „Czułem moc, ale w tamtych czasach bieganie nie było jeszcze modne, nikt nie interesował się młodymi biegaczami, nawet tymi utalentowanymi, więc na tym się skończyło. Kiedy poszedłem na studia, a później do pracy i pojawiły się różne obowiązki, bieganie poszło w odstawkę” – mówi zwycięzca Spartathlonu.

Musiało minąć dziesięć długich lat nicnierobienia, by ponownie założył na nogi buty do biegania. Do powrotu w 2010 roku namówił go kolega Piotr Krzos, świetny czterystumetrowiec. „Pewnego dnia powiedział, że jadą pobiegać w Puszczy Kampinoskiej i zaproponował, żebym się do nich przyłączył” – opowiada Radzikowski. Zmotywowała go nadwaga, której się dorobił przez dekadę kompletnej bezczynności.

Ile przytył? Musiał sporo, biorąc pod uwagę, że był niegdyś chudzielcem, ale o konkretnych liczbach woli nie mówić. „Dużo – kwituje krótko. – Jak teraz patrzę na swoje zdjęcia z tego okresu, to nie mogę uwierzyć, że można się do tego stanu doprowadzić, aż tak się zapuścić. Było tak źle, że nie dawałem rady przebiec 4-5 kilometrów, z łatwością wyprzedzali mnie nawet niedzielni biegacze”.

Well done!

Misja powrotu do dawnej formy i sylwetki została rozpoczęta. „Najpierw musiałem wrócić do punktu wyjścia, pozbyć się tego balastu. To udało się błyskawicznie: motywowały mnie coraz luźniejsze koszulki i paski w spodniach, które mogłem coraz bardziej zaciskać” – mówi. Forma jednak daleka była od tej z lat wczesnej młodości.

„Wtedy potrafiłem pobiec trzy raz 3 kilometry w tempie 3 minuty na kilometr, a w 2009 roku potrzebowałem 47 minut, żeby zrobić 10 km podczas biegu Biegnij Warszawo” – dodaje. Ale połknięty w technikum bakcyl biegania znów się uaktywnił. Przyczynił się do tego trener Zygmunt Karlicki, założyciel i wieloletni prezes klubu Olymp Błonie.

„To człowiek legenda, pierwszy lekkoatleta, który założył klub sportowy w powiecie warszawskim. Uprawiał skok w dal i w wzwyż, biegał 400 i 1500 metrów, grał w tenisa, wychował dwóch olimpijczyków. Po prostu kochał sport i żył sportem – Andrzej Radzikowski wyraźnie się ożywia, mówiąc o swoim szkoleniowcu. – Miał niesamowite oko i ogromną wiedzę. Wystarczyło, że spojrzał na mnie, a już mówił: »Panie Andrzeju, boli pana lewa noga« i od razu wiedział, co trzeba robić”.

Ultramaratony to przekraczanie granic swoich możliwości, szansa dotknięcia tego, co dla zwykłego człowieka jest niedostępne.
Kiedy tłuszcz stopił się już w ogniu treningów, przyszedł czas na coraz poważniejsze starty. Na sukcesy nie trzeba było długo czekać. Już w 2011 roku Andrzej Radzikowski wygrywa Biegową Koronę Himalajów – cykl 14 maratonów w ciągu roku, organizowanych w Katowicach ku pamięci himalaisty Jerzego Kukuczki i dla uczczenia zdobycia przez niego 14 ośmiotysięczników. Ale już wie, że jego przeznaczeniem są jeszcze dłuższe dystanse.

„Jestem już za stary na dobre wyniki w maratonie, poza tym zafascynowała mnie wizja przekraczania granic swoich możliwości, szansa dotknięcia tego, co dla zwykłego człowieka jest niedostępne – wyjaśnia biegacz. – Jest w tym także inspiracja książką »Urodzeni biegacze« czy książkami Scotta Jurka oraz chęć obcowania z naturą i głębszego poznania samego siebie, czego nie da się doświadczyć na krótszych dystansach” – dodaje.

Do kolejnych startów przygotowuje się zgodnie z treningową filozofią Zygmunta Karlickiego. „Jemu zawdzięczam biegową mądrość – przyznaje Radzikowski. – On mnie nauczył, że biegacz nad swoim ciałem musi pracować całościowo, różnicować treningi, dbać o dietę, regenerację. Tempówki, długie wybiegania, płotki, rozciąganie, siłownia, budowanie siły nie tylko nóg, ale też rąk i korpusu — to wszystko w bieganiu ultra jest niezbędne. Pan Zygmunt szczególny nacisk kładł na krok biegacza – uczył nas go wydłużać, bo tych 8-10 centymetrów z każdym krokiem na dystansach ultra przekłada się na kilometry zysku”.

O skuteczności takiego podejścia Andrzej Radzikowski przekonuje się bardzo szybko. W czerwcu 2012 roku zajmuje trzecie miejsce na mistrzostwach Polski w biegu 24-godzinnym i kwalifikuje się do kadry Polski, a tuż po wakacjach w Chorzowie staje na najniższym stopniu podium mistrzostw świata w biegu 24-godzinnym w drużynie (indywidualnie jest dziesiąty). Wchodzi do wąskiego grona polskich biegaczy, którzy mają międzynarodową klasę mistrzowską w biegu 24-godzinnym.

Jego nazwisko jest już nie tylko powszechnie rozpoznawalne, ale zaczyna też budzić respekt u rywali. „To przyjemne uczucie, kiedy mijani na trasie rywale unoszą wysoko kciuk do góry i mówią: »Well done!«. Dla mnie to bardzo ważne, że startuję z orzełkiem na piersi, że razem z innymi polskimi ultramaratończykami tworzymy fajną pakę, która może pokazać, że na wiele nas stać, że możemy napędzić stracha innym ekipom” – mówi.

1 2
STRONA 1 z 2

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij