Runner's World poleca:

Aureliusz "Ironman" Kosendiak: Mistrz silnej woli

Poleć ten artykuł:

„Incredible!”, „You are crazy!” – ciszę austriackich Alp co rusz rozdzierają krzyki niedowierzania. Kto niepotrzebnie straszy świstaki? Ironmeni mijający pewnego Polaka, który już sześćdziesiąty kilometr górskiego wyścigu jedzie na flaku, żeby zaraz przebiec jeszcze czterdzieści. 

Aureliusz Kosendiak: Mistrz silnej woli

To Aureliusz Kosendiak, zwany Lelkiem, który całym swoim życiem udowadnia, że nie ma barier, a są tylko przeszkody. Że małe chuchro, jakim się urodził, może stać się ironmanem, a maratony biegać dla treningu. Że nie ma ludzi, którzy się nie nadają, a jego już w tym głowa, żeby podnosić ich z kanap.

Bo Lelek jest ortodoksem: sport ma cieszyć, najlepszym trenerem jest Twoje ciało, a kto spróbował, ten już wygrał. Oto jego trzy żelazne zasady. Właśnie dlatego Aureliusz Kosendiak trafił w 2013 roku na okładkę Runner’s World. A to, że pływanie trenuje w bajorze, w którym niechętnie stopy moczyłby nawet Wodnik Szuwarek, czy to, że dla hartu ducha potrafi pedałować 3 godziny, wpatrując się w ścianę – tylko nas upewniło.

Jak i to, że Lelek to maratończyk-naukowiec, który w okresie treningowym najmuje się jako kurier rowerowy.

Zaklej dziury taśmą

„Dla chcącego nic trudnego, ale nie od razu Kraków zbudowali”. „Co, ja nie dam rady?!” „Zawsze w końcu wyjdzie słońce”. „Nie sztuką jest upadać, ale sztuką jest podnosić się”. „Warunki do biegania są zawsze dobre albo bardzo dobre”. To tylko niektóre z powiedzonek, którymi Aureliusz Kosendiak – troszeczkę inny wykładowca akademicki – zaklina rzeczywistość.

Na wrocławskim Uniwersytecie Medycznym, gdzie pracuje, wszyscy wiedzą, że szarą codzienność koloruje sportowym szaleństwem. Spodziewają się więc wszystkiego i jak żartuje, że do pracy przypłynął Odrą, to naprawdę nikt się nie śmieje. Dlatego, że wszyscy wiedzą, gdzie Lelek trenuje. Rok temu, gdy szykował się do swojego trzeciego ironmana w austriackim Klagenfurcie, dał ogłoszenie: „Sportowiec szuka mieszkania z warunkami do treningu”.

Iwona Kasprzak – jego gospodyni, która dzięki Lelkowi zapisała się na jogę – zadzwoniła, że ma dom z dostępem do wody. No i Aureliusz został, bo choć akwen okazał się zarośniętym bajorem, to trening się zrobić dało. Nieważne, że wodne trawy łapią go za kostki, ważne, że nie zżarł go żaden lokalny Loch Ness.

„Tu nie można się kąpać” – krzyczała tylko jedna pani, gdy pierwszy raz właził do bajorka na wrocławskich Pawłowicach. „Ja nie będę się kąpał, tylko pływał" – odmachał Lelek. Czysta radość i szczerość. Bo Lelek prywatne i zawodowe życie poświęcił pasji udowodnienia światu – choć na razie zasięg ma krajowy – że nie ma rzeczy niemożliwych, że każdy może.

Jak? Ot, choćby tak, że tym, którzy marzą o ironmanie, a w kieszeniach mają tylko dziury, tłumaczy: „Nie martw się. Żeby zacząć, potrzebujesz adidasów, czepka, okularków pływackich, kąpielówek, jakiegokolwiek roweru (pożyczony ma tę zaletę, że nic nie kosztuje) i, oczywiście, ręcznika. A potem jakoś to będzie”– ostatnie zdanie to też Lelkowe powiedzonko. Facet zmyśla – powiedzą niektórzy. Ale nie, on sam tak zaczynał.

Gdy startował w pierwszym ironmenie w Czechach, to 120 kilometrów przejechał na starej jak świat kolarzówce wartej 400 złotych. Jak nie chcieli go dopuścić do startu, bo wypadła zaślepka przy kierownicy, to łatał ją na już, na zaraz. „Włożyliśmy w tę dziurę 50 groszy i zakleiliśmy taśmą izolacyjną” – wspomina przyjaciel Łukasz Panfil. Gdy więc jechał na tej kozie, czescy kibice łapali się albo za głowy, albo za brzuchy – ze śmiechu, oczywiście. No i trzaskali pamiątkowe foty jedna za drugą. Tym bardziej że był jednym z trzech zawodników, którzy przed odcinkiem rowerowym płynęli bez pianki.

Zaczęło się grubo

W ogóle do pierwszego startu Lelek podszedł na tak zwanego wariata. Wszystko zaczęło się od zawodów lekkoatletycznych, na których z taką pasją cisnął oszczepem, że trzy mięśnie uda utraciły ciągłość. Aureliusz pół roku leżał w łóżku. Jadł, spał, odkładał sadło.

Kiedy wrzucił już 20 kilo, zobaczył na YouTube filmik z zawodów Ironman, na których jeden z gości pada bez ducha na ziemię, żeby za chwilę wstać i biec ku chwale. Lelek postanowił, że też tak zrobi. Nie bacząc na to, że nie biegał już jakieś 12 lat, nigdy wcześniej nie przejechał na rowerze więcej niż 20 kilometrów i nie przepłynął ani metra ponad jakieś 250, zabrał się do pracy. Dziewięć miesięcy pracował na sukces. Chodził na basen o piątej rano, potem leciał dawać wykłady na dwóch uczelniach, po nich wsiadał na rower i doginał jako kurier, a wieczorem walczył z doktoratem. W międzyczasie, oczywiście, biegi. Dopiął swego.

Zrobił całość w 13 godzin. „Wiedziałem, że mu się uda, jak tylko do mnie przyszedł – wspomina Łukasz Kaczmarczyk, szef firmy kurierskiej, który przyjął go do pracy, a jednocześnie kickbokser z pewnym pojęciem o bólu i cierpieniu. – Pierwszy kurs zrobiliśmy razem i zdrowo dałem mu do pieca. Ledwo zipał, ale trzymał pion. Ma chłop charakter” – dodaje.

Lelek hartował swój duch również w piwnicy na rowerze. Stawiał jednoślad na trenażer i piłował po sto kilometrów, gapiąc się w ścianę. Trza głowę przyzwyczajać do monotonii. Kręcił więc kolejne metry, a urządzenie piszczało wrednie. „Za pierwszym razem myślałem, że to sąsiad szaleje z wiertarką – wspomina tato Lelka, Marek. – To był paskudny dźwięk. Oczywiście z każdym skokiem formy donioślejszy”. Nic nie mogli zrobić. Aureliusz trenuje bezkompromisowo. Co odbija się na jego życiu osobistym.

Bo jak nowo poznana dziewczyna proponuje mu wyjazd w góry, to Lelek zaraz kombinuje, że ona wsiądzie w auto, a on dojedzie rowerem do Karpacza. Mało która idzie na to, by tak wyglądała pierwsza randka. No cóż, Lelek ciągle jest w treningu. Ciągle gdzieś jedzie, płynie, a przede wszystkim biegnie. Czasem 100 kilometrów na półmaraton, tam życiówka, czternaste miejsce na 400 startujących i do domu. Czasem maraton z 38-stopniową gorączką. Nie ma, że boli.

Kiedy po czeskim Ironmanie wymarzył sobie oficjalne zawody w Klagenfurcie, to siedział przed komputerem po dwadzieścia godzin i zachęcał ludzi, żeby głosowali na niego w konkursie, w którym mógł wygrać pakiet startowy. Nie udało się, wyprzedził go jeden facet, ale firma była pod takim wrażeniem, że za rok dostał już pakiet za zaangażowanie – w końcu nawet panie w uczelnianych kadrach kazały głosować ludziom na Lelka.

„Dlatego jak mi strzeliła ta dętka na trasie, to od razu spojrzałem na zegarek, czy mam czas, żeby te pozostałe 60 kilometrów z odcinka rowerowego przebiec – wspomina Aureliusz. – Nie mogłem się poddać. Ci panowie na rowerach za 50 tys. mogli sobie pozwolić, żeby przyjechać tam za rok. Ja za długo czekałem na swoją szansę, za dużo ludzi mi pomogło”.

Tego, co zrobił, nie da się opisać inaczej niż kolokwialnie: gość cisnął na flaku 60 kilometrów. Potem już w domu wsiadł na ten rower i przejechał kilka metrów. Sam nie mógł uwierzyć, jak mógł pedałować taki kawał w Alpach na samej gumie. To było coś. Dlatego gdy na mecie usłyszał „You are an ironman”, to łzy cisnęły się do oczu. Tym bardziej że swoje jeszcze przeżył w wodzie, w której nie czuje się jak ryba. Był taki ścisk, że przez jakiś czas dwóch facetów płynęło nad, a trzech pod Lelkiem.

Tagi: Aureliusz Kosendiak | motywacja do biegania | motywacja do ćwiczeń

Oceń artykuł:

4.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij