Runner's World poleca:

Barbara Prymakowska: Nie patrz w PESEL – biegaj!

Poleć ten artykuł:

"A ile ma pani lat?" To pytanie Barbary Prymakowskiej już w ogóle nie krępuje. Bo tych lat ma... No, trochę. A zresztą, przeczytajcie sami - na końcu artykułu udzielamy odpowiedzi na to pytanie. Taki wiek z pewnością pasuje kobiecie twardszej niż kamień.

Barbara Prymakowska, bieganie seniorzy, motywacja do biegania, bieganie po 50 Zobacz całą galerię

Wiele kobiet nawet o dwadzieścia lat młodszych mogłoby pozazdrościć jej figury i urody. I opowiadamy o niej dlatego, by zdradzić, co ją tak konserwuje. Ona sama odpowiada bez wahania: „Sport. Bo sport to zdrowie, to szkoła charakteru, to sposób na pogodę ducha do późnej starości. Żeby nie robić z ciała muzeum, żeby mieszkał w nim zdrowy duch” – śmieje się kobieta, która cztery lata temu zdobyła Mont Blanc i jest mistrzynią Europy w biegach górskich.

Na skutej wodzie

Wiek Barbary Prymakowskiej żadną tajemnicą nie jest. Ba, to nawet sprawa publiczna, bo sportsmenka jest znana w kraju właśnie z tego, że w tak dojrzałym wieku odnosi takie sukcesu. Ale nie tylko jej osiągnięcia z ostatnich lat są imponujące. Cała droga jej życia to pochwała i promocja sportu. Jej przygoda z aktywnością fizyczną zaczęła się od podwórkowego berka i zbijaka na lekcjach wuefu. Bo kiedy pani Barbara chodziła do podstawówki, to kraj jeszcze lizał rany po wojnie, więc o przyzwoitej infrastrukturze sportowej można było tylko pomarzyć.

Dlatego mała Basia uprawiała swoje ukochane łyżwiarstwo na zamarzniętym stawie. Dziś cicho przyznaje, że raz się nawet skąpała. Mimo tych trudów, była zdeterminowana, żeby pójść na AWF. I poszła, do Krakowa. Poszła tam ze stalowym przekonaniem, że będzie uczyć w szkole, że to jest jej powołanie. Uparła się też, że będzie to szkoła podstawowa.

Dlaczego? „Bo dzieci w tym wieku są jak biała karta, nic jeszcze nie potrafią, nie są skażone lenistwem i nie trzeba ich wołami ciągnąć na boisko. Dziewczynki nie boją się jeszcze, że spłynie im makijaż, a chłopcy nie kaszlą jeszcze po pierwszych papierosach” – opowiada. Uczyła z oddaniem. Z drużyną łyżwiarek jeździła na treningi do sąsiedniej miejscowości, choć nikt jej za to nie płacił. Były wyniki, była zabawa – to jej wystarczało.

Gimnastyka wyszczuplająca

Zapłatą były też takie chwile, jak ta, gdy do jej dziewczyn podeszła zawodniczka z drużyny przeciwnej i powiedziała, że mają superwuefistkę, bo na wszystkim się zna. Że wszystko to, czego uczy, sama jednocześnie trenuje. I tak było. Pani Barbara żadnego sportu się nie boi. Gdy jeden z jej wnuków dostał rolki w prezencie, to też w nie na chwilę wskoczyła, żeby spróbować. I do dziś jeździ – pokonuje na nich maratony.

Nie rozmawiam o chorobach. Znam lepsze tematy. Ot, choćby podróże, życiówki, wybiegania i maratony. No i moje góry, oczywiście...
Praca pedagoga, nauczyciela i trenera nie ogranicza się w jej przypadku tylko do szkoły. Pani Barbara jeszcze za komuny założyła prywatny Ośrodek Rekreacji i Gimnastyki Wyszczuplającej. Czyli pięknie, po polsku nazwany, jeden z pierwszych w kraju klubów fitness. Przychodziły do niej panie, które wtedy jeszcze nie miały pojęcia, jak o siebie zadbać. Do dziś przychodzą, bo pani Barbara wciąż jest trenerką – na przykład prowadzi zajęcia gimnastyki wyszczuplającej w wodzie, czyli modnie dziś zwany aqua aerobik.

Ale jej największą pasją przez ostatnie piętnaście lat jest bieganie, które zaczęło się od nudy. Mąż, który też jest sportowcem i trenerem, nie miał dla niej za wiele czasu, więc któregoś dnia pomyślała, że trzeba spróbować sportu, który można uprawiać w pojedynkę. Niewiele myśląc, założyła dresy, adidasy i pobiegła na pobliskie działki w jej rodzinnym Tarnowie. Myślała, że trochę pobiega, ale po kilometrze z groszami dostała zadyszki, zakaszlała się, zapociła i niedługo potem wróciła.

„Mimo to poczułam jednak, że to coś dla mnie, że mi to odpowiada” – opowiada. Tak właśnie zaczęły się treningi. A potem znajomy przyniósł jej kalendarz biegowy. Jak zobaczyła tam pozycję „mistrzostwa Polski weteranów w biegu na 10 kilometrów”, to najpierw zdziwiła się, że takie „starocie” jeszcze się ścigają, a potem postanowiła wystartować. No i ten bieg przy debiucie wygrała. Tak zaczęła się jej kariera biegowa.

Uhonorować wuja

Kariera, która mimo jesieni życia ciągle rozkwita. Za Barbarą Prymakowską ponad czterdzieści maratonów. W zeszłym roku zrobiła ich aż pięć. Biegła w Berlinie, Frankfurcie, Londynie, Wiedniu, Nowym Jorku i Atenach, gdzie wygrała bieg w kategorii K70. To tam wydarzył się jeden z najbardziej wzruszających momentów w jej życiu, kiedy na trzydziestym kilometrze jeden z kibiców krzyknął: „Biegnij, Barbara, jeszcze Polska nie zginęła!”.

Ze łzami w oczach zrobiła ostatnią dziesiątkę. Ze łzami w oczach słuchała też, jak grają jej Mazurka Dąbrowskiego, kiedy wygrała mistrzostwa Europy w biegach górskich. Miłość do gór ujawniła się też, kiedy zdobyła Mont Blanc. Atak szczytowy był tak trudny, że jak wyszli z obozu o drugiej w nocy, to do bazy wrócili późnym wieczorem.

„Cały dzień ekstremalnego wysiłku prawie bez jedzenia i picia – wspomina. – Wtedy zrozumiałam, dlaczego kazali mi podpisać oświadczenie, że w razie śmierci rodzina nie będzie rościć sobie żadnych praw do odszkodowania” – śmieje się. Zdobyła szczyt dokładnie w 54. rocznicę śmierci poniesionej w tym miejscu przez jej wuja.

Nie patrz w PESEL

To było niezapomniane, wzruszające przeżycie. Ale każda podróż taka dla niej jest: pasjonująca, zajmująca, wspaniała. Dlatego żyją z mężem skromnie, w bloku, z meblami niewymienianymi od wielu, wielu lat. Z nie najnowszym samochodem. „To była nasza decyzja, żeby być, a nie mieć. Jeśli uzbieramy jakieś pieniądze, to wydajemy je na sport, na podróże. No, poza wydatkami na ciuchy, bo te bardzo lubię” – śmieje się pani Barbara.

Europę zjeździli najpierw syrenką, potem maluchem. A jak mąż rozbił toyotę, to pani Barbara zaraz mu powiedziała: „Nie martw się, kochany, mamy przecież sprawne nogi i rowery”. Jest życiową optymistką, wierną idei czerpania radości z życia. „Nie dąsam się na przeciwności losu, nie gorzknieję, nie rozmawiam o chorobach, nie gnuśnieję w fotelu. Biorę z życia pełnymi garściami i ono mnie nagradza wspaniałymi doświadczeniami. To jest moja metoda na życie, to jest moja dewiza. A PESEL? Jak chce, to niech się starzeje. Ja nie jestem już, co prawda, młoda, ale stara też na pewno jeszcze nie”.

No właśnie, to ile w końcu pani Barbara ma tych lat, których w ogóle nie czuje? Ano 73! Do setki jeszcze daleko.

RW 12/2015  

Tagi: Barbara Prymakowska | bieganie seniorzy | motywacja do biegania | bieganie po 50

Oceń artykuł:

3.3

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij