Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Biec albo nie biec [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś o rozterkach pokontuzyjnych, a dylemat jest poważny...

Oto zdarzyło się przeciążenie. Wszyscy – mam nadzieję – zgadzamy się, że przeciążenia leczy głównie przerwa w bieganiu. Ja co prawda zwykłem twierdzić, że nie głównie, lecz wyłącznie, i podkreślałem przy tym bezużyteczność wszelkich elektrodrażnień, laserów, solanek, borowin, pól magnetycznych, naświetlań, doświetlań i podświetlań. Po latach gotów jestem kompromisowo zgodzić się, że czasem, u niektórych osobników, pilne uczęszczanie na kąpiele, zabiegi i masaże może nieco przyspieszyć leczenie.

Jednak terapeutą podstawowym jest czas. Miejsce zdewastowane przez biegacza musi od biegania odpocząć i nic tego odpoczynku nie zastąpi. Ale powstaje problem niesłychanie trudny do rozstrzygnięcia: kiedy można do biegania wrócić. Stopniowo, nie gwałtownie. Tak, wiem, niemniej jest spora różnica między codziennym, zwyczajnym poruszaniem się na własnych nogach, a tym pierwszym, odpowiednio celebrowanym wyjściem na trening.

Mieliście już tak? Siedzi sobie biegacz na skraju tapczanu i maca to ścięgno albo co mu tam nawaliło, wstaje, wspina się na palce, robi drobny trucht w miejscu. Twarz mu się rozjaśnia, bo czuje, że chyba go już nie boli, więc zaraz będzie szybka przebiórka w biegowe ciuchy! No tak. Ale przed chwilą bolało jednak trochę. To znaczy bolało przed tym macaniem i przed tym truchtem. Macanie i trucht rozgrzały pobolewające miejsce, nic więc dziwnego, że ból przeszedł. I to pewnie nie znaczy niestety, że miejsce już się zregenerowało i że już można biegać. Nie będzie przebiórki, rzecz trzeba odłożyć. Przynajmniej do jutra.

Taką decyzję podejmuje biegacz superrozsądny. Są też jednak biegacze rozsądni, ale z lekkim skrzywieniem ryzykanckim. Ci uważają, że można zawierzyć tym fachowcom, którzy radzą, żeby nie regenerować miejsc przeciążonych, fundując im pełny urlop – przeciwnie, należy lekko je obciążać. I teraz: co to znaczy lekko? Do granicy bólu – mówi większość fachowców. A jeżeli ból jest i po kilkuset metrach mija? To wtedy przekracza się tę granicę czy nie? Dylematy się mnożą.

Biegam od lat czterdziestu kilku. Mam na koncie nieprzebrane bogactwo przeciążeń wszelkich. Po latach dochodzę do wniosku, że nigdy nie kończyłem pauzy we właściwym momencie. Bo jak ból całkowicie mijał po skromnej rozgrzewce, to myślałem, że naprawdę już można, byle ostrożnie. I naprawdę starałem się ostrożnie, na co organizm odpowiadał coraz lepszym stanem. Po czym nagle ni stąd, ni zowąd, ze zdumiewającą łatwością wracał do stanu wyjściowego. I – wróciwszy – trwał w nim dłużej niż za pierwszym razem, co po jakimś czasie budziło niecierpliwość, a potem strach, że szybko spadnę o kilka poziomów w dół. A w latach późniejszych refleksja, że co mi z tego: kontuzja minie, jeżeli wiek podeszły biegać nie pozwoli w ogóle.

I jeszcze problem natury psychologicznej: człowiek z natury jest leniwy i wolałby posiedzieć na kanapie, zamiast biegać po słocie. Biegacz o tym wie, zna swoje słabości, samokrytycznie więc zadaje sobie pytanie: „Czy ja przypadkiem nie pauzuję nadmiernie z lenistwa?” „Tak! Na pewno z lenistwa, nie wolno mi się poddawać! Gdzie moje buty?”. I rusza. Z niedoleczoną kończyną dolną.

Rzut oka w przeszłość wydaje się wskazywać, że racja jest chyba po stronie tych, których określiłem jako superostrożnych. Choć mnie samemu trudno się z tym pogodzić i metodę pauzowania do końca przyjąć. Żal tych nieprzeczłapanych kilometrów, które już zawsze będą leżały odłogiem.

Dla ryzykantów mam słówko pocieszenia. Otóż w ciągu tych czterdziestu paru lat biegania miewałem przeciążenia, złamania, naderwania czy czort wie co, o których myślałem, że nie wyjdę z nich nigdy. Mijały po pauzie, nawet takiej źle wyczutej, choć – zdarzało się – wieloletniej. Trafiały się nowe i też mijały, potem wracały te wcześniejsze i znów mijały. Ktoś obserwujący to z boku mógłby powiedzieć, że oto mieliśmy do czynienia z bezustanną, uporczywą autodestrukcją. Możliwe. Ale wciąż głęboko wierzę, że bardziej można sobie zaszkodzić siedzeniem na kanapie.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze marzec 2014

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij