Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Bieg metodami UEFA [felieton Jacka Fedorowicza]

Wimbledonowy finał Radwańskiej, potem zwycięstwo siatkarzy, teraz olimpiada – o Euro 2012 pewnie nikt już nie pamięta. A ja owszem, tak. Nie, żebym był szczególnym fanem piłki nożnej. Na pytanie, czy lubię tę grę, odpowiadam zawsze, że do pewnego stopnia. A potem przytaczam scenkę z życia Jeremiego Przybory, której byłem świadkiem.

Otóż pan Jeremi, z którym miałem zaszczyt występować w objazdowym teatrze satyrycznym Wagabunda, któregoś dnia w restauracji zielonogórskiego hotelu Staromiejski jadł bryzol opatrzony dodatkiem warzywnym w postaci groszku zielonego. Siedząca obok Maria Koterbska, widząc, że Przybora starannie omija groszek, spytała:

– Dlaczego nie jesz groszku? Nie lubisz?

– Lubię – odparł Przybora – ale nie do tego stopnia, żeby go jeść.

Więc ja lubię piłkę nożną, ale nie do tego stopnia, żeby ją oglądać na okrągło. Jednak podczas polsko-ukraińskiego Euro 2012 obejrzałem sporo. „Jeżeli miliony rodaków coś oglądają, to felietonista też musi” – tak sobie pomyślałem i realizując pomysł, trafiłem na zdarzenie, od wspomnienia którego wciąż nie mogę się opędzić.

Zaczęło się od tego, że – wsłuchując się w liczne relacje i komentarze – oceniłem wymagania, regulaminy i przepisy ustalane przez firmę UEFA jako po prostu imponujące. Do głowy by mi nie wpadło, że trawa musi mieć wysokość zgodną z wymogami niemal co do milimetra, że to samo dotyczy grubości słupka bramki, że na trybunach nie można mieć teleobiektywu, a jak zawodnikowi pokazały się majtki z napisem firmy, która nie należy do grupy sponsorów, to zawodnik musi zapłacić karę w kwocie, za którą mógłby sobie nabyć willę z ogródkiem.

No a potem, w tej orgii przepisów regulujących wszystko (a każdy Czytelnik umiałby do moich przykładów dorzucić setkę jeszcze bardziej wymyślnych), nagle podczas kolejnego meczu zdarzyło się coś niewiarygodnego. Ukraińcy strzelili gola. Czyli dokonali czegoś, o co w całej tej grze chodzi najbardziej. Osiągnęli coś, czemu wszystkie te przepisy, ustalenia, regulaminy i restrykcje mają służyć, bo przecież po to ustala się i pilnuje dziesiątków tysięcy parametrów, żeby mecz przebiegał w optymalnych warunkach i żeby nie stało się nic przypadkowego. Żeby kępka trawy wyższa o centymetr od przepisowej nie zmieniła kąta odbicia piłki, a słupek węższy o milimetr nie przepuścił jej do bramki.

Domniemywam, że do tak starannego dbania, aby nikt nikomu nie przeszkodził w prawidłowym strzeleniu gola, na każdym stadionie musi być użyta technika na poziomie co najmniej ośrodka lotów kosmicznych na przylądku Canaveral. Ale tylko do mierzenia trawy, obserwacji każdego z kilkudziesięciu tysięcy kibiców w każdym dowolnym momencie, łączności i badania napisów na majtkach. W wypadku gola z żadnych wynalazków XXI wieku się nie korzysta – decyduje sędzia. Wszyscy widzieli na obrazku powtórkowym, że Ukraina gola strzeliła, sędzia bramkowy tego nie zobaczył. Sędzia główny na ekran z powtórką też nie spojrzał. W komentarzach działacze piłkarscy twierdzili, że na tym polega urok piłki nożnej. Poczułem się umocniony w poglądzie, że można taki sport lubić, ale tylko do pewnego stopnia.

Wyobraźcie sobie, koleżanki i koledzy, że jakiś wielki maraton organizuje nam UEFA. Na tydzień przed maratonem całe miasto zostaje zamknięte dla ruchu. Trasa wymierzona jest co do jednej dziewięćdziesiątej dziewiątej centymetra. UEFA żąda (i egzekwuje żądanie), by ekipy drogowców wypełniły asfaltem miejsca, w których jest on obniżony w stosunku do reszty o 0,02 milimetra. Wszystkie krawężniki pomalowane zostają farbą fluorescencyjną, a następnie – dla pewności – zlikwidowane.

Specjalna instrukcja podaje zawodnikom minimalną długość nogawek w spodenkach panów i maksymalną głębokość dekoltów w tiszertach pań. Porządkowi na całej trasie pilnują, by nikt nie podał zawodnikowi wody lub innego napoju poza napojem produkowanym przez firmę sponsorującą. W razie konieczności sięgają po broń. Nad co trzydziestym zawodnikiem leci helikopter. Co kilometr ustawiona jest aparatura do mierzenia prędkości wiatru.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz29.jpg

Na mecie jest dwóch sędziów i czterech asystentów. Mierzą czas, spoglądając na zegar umieszczony na wieży pobliskiego ratusza. Dla ułatwienia siedzą tyłem do linii mety. Czasem się odwracają i jeżeli jakiś zawodnik akurat do mety dobiega, to mu wpisują, że dobiegł. Chyba że się zagapią na przechodzącą modelkę – to wtedy nie. Klasyfikację końcową ustala sędzia główny, który bankietuje w pobliskiej restauracji. Czym się kieruje – nie wiadomo, ale UEFA mu ufa.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze sierpień 2012

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij