Runner's World poleca:

Bieg po Koronę Gór Polski: 28 szczytów jeden po drugim

Poleć ten artykuł:

Grzegorz Łuczko i Agnieszka Korpal w 2013 roku ustanowili rekord, zdobywając 28 szczytów, wchodzących do Korony Gór Polski, w 89 godzin i 30 minut. Przebiegli łącznie około 200 km. Ich wyzwaniem było hołdem dla tragicznie zmarłego Tomasza Kowalskiego.

Korona gór Polski Zobacz całą galerię

Po drodze było Broad Peak

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej. Od tragedii, o której słyszeliśmy chyba wszyscy. Słyszał cały świat. Tą tragedią była śmierć himalaisty Tomka Kowalskiego podczas zimowego wejścia na Broad Peak w Himalajach. Wydarzeniem tym żyła cała Polska, ale Grzegorz i Agnieszka szczególnie.

Tak się złożyło, że Tomek był chłopakiem Agnieszki i przyjacielem Grzegorza. To z nim, jeszcze na długo przed jego śmiercią, rozmawiali o tym, że fajnie byłoby tak wsiąść w auto i jeden po drugim, na wyścigi, zdobyć wszystkie najwyższe szczyty naszych gór. Niestety, Tomek zginął, a Agnieszka zapomniała o tym wyzwaniu. Przypomniał jej Grzegorz, który zadzwonił do niej w maju, kiedy jeszcze dobrze nie oschły łzy po stracie ukochanego, i powiedział, że fajnie byłoby to jednak zrobić. Dla nich samych, ale także i dla niego. Dla Tomka.

No i Agnieszka się zgodziła. „Przez całą drogę miałam takie poczucie, że robimy to dla niego, że rekord jest w tle. To była główna motywacja. Zrobić to, co planowaliśmy razem – opowiada Agnieszka. – Były momenty, że sentymenty odbierały mi siły. Z Tomkiem spędziliśmy w polskich górach mnóstwo czasu. Pojawiały się różne refleksje, czasem wpadłam w zadumę. Ale z drugiej strony wiedziałam, że Tomek jest z nami i kopie nas po tyłkach: »Do przodu!«”. Czy dzięki temu było łatwiej? Pewnie trochę, ale łatwo nie było wcale.

Jeśli chodzi o przygotowania, to kondycyjnie podeszli z marszu. Agnieszka, co prawda, była świeżo po wyprawie na Broad Peak, której celem było odnalezienie ciał dwóch himalaistów, ale nie trenowali nic ponadto. Zresztą, jeśli chodzi o bilans potrzebny do sukcesu, Grzegorz podaje takie proporcje: 30 procent przygotowanie fizyczne, które oboje mieli, bo nieustannie biorą udział w ultramaratonach; 30 procent odporność na zmęczenie i sen, które też ćwiczą non stop na różnych wyprawach górskich; 40 procent logistyka. I o tej ostatniej mogą chyba najwięcej powiedzieć. Przede wszystkim, jeśli chodzi o jedzenie.

„Zapomnieliśmy o codziennych, prawdziwych, ciepłych obiadach. Jak to zwykle przed biegami, wyposażyliśmy się we wszelkiego rodzaju odżywki, żele, batony, ale nie pomyśleliśmy, że wysiłek rozciągnięty tak bardzo w czasie będzie wymagał uzupełniania ubytków kalorycznych klasycznymi ziemniakami z kotletem” – śmieje się Grzegorz, choć wtedy nie było im wcale do śmiechu. W sumie w ciągu tych czterech dób biegania i jeżdżenia busem udało im się zjeść ze dwa obiady. A i te bardzo pomogły.

Inną czynnością, której nie udało się ująć w planie, było mycie. Kolejne szczyty trzeba było zdobywać jak najszybciej i dojeżdżać do nich też jak najprędzej. Dlatego nie było czasu na prysznic, na kąpiel. Dokuczało to szczególnie Agnieszce, która jako substytut prysznica używała butelki z wodą mineralną. Ale któregoś dnia już nie wytrzymała.

Jeśli chcesz pomóc partnerowi w trudnej chwili, to nie wykrzykuj do niego motywacyjnych haseł. Po prostu weź za niego coś do swojego plecaka.

„Akurat zbiegliśmy do jakiejś knajpy na obiad i ja kątem oka, jakoś tak przypadkowo, zobaczyłam, że załoga tej restauracji ma na zapleczu prysznic. Długo się nie zastanawiałam. Bez pytania, bez roztrząsania, czy mogę, czy wolno, jak najszybciej wleciałam do tej kabiny, wymyłam się porządnie i wyszłam. Oczywiście też cichcem. Nikt nawet nie zauważył, że się kąpałam. Naprawdę!” – wspomina ze śmiechem. Kąpiel podziałała orzeźwiająco. Nie tylko na powietrze w busie, którym podróżowali, ale też na psychikę.

Bo podróż busem to była kolejna strona tego trailowego medalu. W wyprawie brały udział trzy osoby. Razem z Agnieszką i Grzegorzem był jeszcze ich przyjaciel Piotr Kłosowicz. On jednak dołączył do nich w trakcie, od dziewiątego bodajże biegu. Dlatego nie mógł być brany pod uwagę, jeśli chodzi o bicie rekordu. Dlatego też uznali, że nie powinien prowadzić samochodu. Przyjęli zasadę, że prowadzą tylko ci, którzy biegną.

Zamawiam budzenie klapą

„To bardzo utrudniło wyprawę. Wiedzieliśmy, że jakiś czas przed nami biegł na przykład człowiek, którego wiózł przez całą drogę kierowca. To bardzo komfortowe, bo można się wyspać, zregenerować. My nie mieliśmy tego komfortu, spaliśmy na zmianę. Dlatego dla śpiącego odgłosem jak z koszmaru była rozsuwająca się klapa busa. A wiadomo przecież, że ona nie otwiera się cichutko”.

W nocy jednak też można było przeżyć najbardziej ekscytujące chwile. Mimo że przez te nocki stracili sporo czasu, bo okazało się, że wygrzebanie się z pieleszy, dojście do siebie, przygotowanie do biegu zajmuje dużo więcej czasu niż to sobie wyobrażali w trakcie planowania całego wyzwania na kartce.

Ale kiedy już udało się zebrać, to noc wynagradzała wszystko. Poczucie jedności z górami, romantyczna samotność, a czasem prawdziwa niespodzianka. Jedną z nich wspomina Agnieszka. Biegli na któryś ze szczytów i nagle w świetle ich latarek ukazały się dziesiątki czerwonych oczu. Biegaczom najpierw wszystkie włosy stanęły dęba i zatrzymały się serca, a potem zachciało im się śmiać.

„A to dlatego, że trafiliśmy na stado owiec pozostawionych na wypas. Stały i wszystkie jak jedna wgapiały się w nas z ogromnym zdziwieniem. Domyślam się, że takiej dwójki pasterzy to jeszcze nie widziały. Pewnie napędziliśmy im większego stracha niż one nam” – opowiada Agnieszka. Owce nie były więc straszne, nie były też męczące.

Wymęczyły ich Rysy, bo trafili na bardzo dobrą pogodę, czyli upał, i co się z tym zawsze wiąże, na dzikie tłumy. Ten szczyt zajął im 7 albo 8 godzin. Zresztą, im dalej w las, tym było gorzej. Dlaczego? Bo zaczynali w Górach Świętokrzyskich, a kończyli w Górach Izerskich. Z każdym kolejnym dniem odległości między kolejnymi szczytami zmniejszały się, więc czas na sen w busie bardzo się skracał. Kiepsko wypadły też najwyższe i najbardziej wymagające Tatry.

„W przypadku tak ekstremalnych wypraw organizm zaczyna się przystosowywać do wielkiego wysiłku po dwóch, trzech dniach. A Tatry trafiły nam się wcześniej. No i czuć było to nieprzystosowanie” – mówi Grzegorz. Do dalszego biegu motywowali się nawzajem. Nie jakimiś okrzykami, nie krzykiem, nie klepaniem w plecy, ale cichym, spokojnym towarzystwem, cierpliwością i wyrozumiałością. „To czasem znacznie lepsze niż te wszystkie slogany i hasła: »Dasz radę! Musisz!«” – mówi Agnieszka.

Skończyli na Wielkiej Kopie w Górach Izerskich. A kończyli, zbiegając z grupą kibiców, ludzi, którzy przyjechali zobaczyć ich finisz. I było fajnie i niefajnie zarazem. Dlaczego? Bo wiedzieli, że kończy się wielka przygoda. A przecież – jak zauważa Grzegorz – nie liczy się cel, ale droga do niego. Z taką świadomością jechali do domu. No i jeszcze z jedną, pocieszającą: że zrobili tę trasę dla Tomka.

Dlaczego góry? Bo są ponad

Całą drogę do Poznania, gdzie mieszkają, przespali. A co myśleli, jak już odespali? Agnieszka myślała o tym, że zdobyli coś, co jest tylko ich, czego nikt im już nie odbierze. O tym, że tylko oni wiedzą, jak było, jaki to wysiłek. No i pewnie o Tomku. A Grzegorz? Dla niego w takich wyprawach ważna jest koncentracja.

„Kiedy szykuję się do takiego przedsięwzięcia, to skupiam się tylko na nim. Nic innego się nie liczy. Myśli, działania podporządkowane są temu zadaniu. To przy samych przygotowaniach. A już sam bieg to czysta koncentracja na celu, na zadaniu. To jest niesamowity stan, dzięki któremu człowiek osiąga taką równowagę, jaką trudno odnaleźć w codziennym życiu w mieście” – przekonuje.

Nie było wielkiego świętowania, nie było fety na koniec. Przecież dużo bardziej niż cel liczy się sama droga.

No właśnie, w mieście. Miasta mają to do siebie, że są znacznie niżej niż góry, że szczyty wyrastają ponad nie i bliżej im do tego czegoś, za czym gonią wszyscy biegacze trailowi. Grzegorz zauważył już, że coraz większa liczba z tych, którzy zaczynają na asfalcie, po jakimś czasie, po kilku maratonach życiówkach, idzie w góry.

„Ludzie zaczynają od 30 minut biegu ciągiem, potem godzina, potem pierwszy bieg na dychę, potem półmaraton, potem maraton, a te wszystkie są do siebie podobne. Czy Poznań, Warszawa, Paryż, czy Praga, to ciągle 42 kilometry po asfalcie. No i pozostaje gonienie życiówek, ale to już jest bardzo wyczerpujące i wymagające. To jest rutyna. A góry? Czy trzeba je komukolwiek tłumaczyć...?” – pyta retorycznie.

Zaczyna czegoś brakować...

To ich ciągnie. Góry i wysiłek fizyczny. Bo jak człowiek polubi to, że może się spocić, to już z tą przyjemnością zostaje. Na przykład Grzegorz do 18. roku życia załatwiał sobie lewe zwolnienia z wuefu, a potem nagle jednego dnia z kolegą wpadł na pomysł, żeby obejść wyspę Wolin na piechotę. Za jednym razem. No i jak postanowili, tak zrobili. Przeszli 80 kilometrów.

Cała wyprawa zajęła im 30 godzin, ale potrzeba takich wyzwań już z Grześkiem została. „To już uzależnienie od wysiłku. Niedawno byłem u rodziców nad morzem, cztery dni. Bez biegania wytrzymałem tylko dwa. Człowiek nagle zaczyna czuć, że czegoś mu brakuje, że coś powinien zrobić. Nie tylko po to, żeby się spocić, ale po to, żeby odzyskać tę koncentrację, skupienie” – przekonuje.

Zobacz: Wideo z wyprawy po Koronę Gór Polski

Grzegorz Łuczko

Motto: „W biegach i rajdach pociąga mnie koncentracja, skupienie uwagi, którego ode mnie wymagają. To daje mi poczucie spokoju i sensu”. Ultramaratończyk, właściciel sklepu ze sprzętem do biegania natural-born-runners.pl, pasjonat, miłośnik rajdów przygodowych. Lubi książki Murakamiego i rywalizację z samym sobą, którą ceni wyżej niż ściganie się z innymi. Mieszka w Poznaniu, choć pochodzi znad morza. W wyprawach i biegach szuka skupienia, dystansu do świata. Bo prowadzenie firmy, nawet jeśli jest ona kontynuacją pasji, potrafi dać w kość i trochę zamieszać w głowie.

Agnieszka Korpal

Motto: „Wyzwania czynią życie ciekawym, ale pokonywanie ich nadaje życiu głębsze znaczenie”. W wieku 15 lat zaczęła trenować triathlon, a potem – jak sama mówi – było tylko dalej i dłużej. W roku 2011 zajęła III miejsce na trasie mistrzostw Polski w biegu na orientację na dystansie 100 km. „Górskie powietrze dodaje mi sił. Wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko bardzo chcieć i ciężko pracować. Wyzwania mnie motywują” – pisze o sobie. Zdobyła też Rowerową Koronę Gór Polski, przejeżdżając samotnie 1750 km w 15 dni i 15 godzin.

RW 07/2015


Aktualnym rekordzistą w najszybszym zdobyciu KGP jest Grzegorz Leszek, który potrzebował 76 godzin na zaliczenie 28 szczytów.

Tagi: bieganie górskie | ultramaratończycy | bieganie po górach | Grzegorz Łuczko | Agnieszka Korpal

Oceń artykuł:

4.7

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij