Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Biegaczu, lecz się sam! [felieton Jacka Fedorowicza]

Nagle – ni stąd, ni zowąd – przestało mi działać kolano. Było to około 4 lat temu. Jako już od dawna emeryt, a więc człowiek dysponujący większą ilością czasu i znacznie zwiększonymi pokładami cierpliwości, postanowiłem wtedy skorzystać z przysługujących mi praw obywatela ubezpieczonego.

Była wiosna, nastrój ogólnie optymistyczny. U lekarza pierwszego kontaktu dostałem skierowanie do kolanologów, o których słyszałem, że są najlepsi w Warszawie. Remontują kolana przy ul. Lindleya. Poszedłem. Byłem przygotowany na to, że kolejki są długie, że czekanie na ewentualny zabieg może być nawet i kilkuletnie, ale i tak służba zdrowia zdołała mnie zaskoczyć.

"Nie mamy wolnych terminów" – powiedziała pani w recepcji.

"Na ten miesiąc?" - spytałem.

"Na ten rok".

"Nie szkodzi, mogę przyjść w przyszłym roku".

"Na przyszły jeszcze nie zapisujemy".

"A kiedy państwo będą zapisywać?"

"Nie jest ustalone".

"Ale jakoś tak mniej więcej: w lecie, na jesieni, pod koniec roku?"

"Nie jest ustalone".

"A może się zdarzyć, że od jutra?"

"Pewnie, że może. Proszę się dowiadywać".

Rozumiecie, kochani, co to oznaczało w praktyce? Zważywszy, że chętnych jest tłum, żeby znów nie znaleźć się w sytuacji, że jest już komplet na cały rok, trzeba by być jednym z pierwszych. A jak być tym jednym z pierwszych? Ano, trzeba by CODZIENNIE zgłaszać się na Lindleya i zadawać pytanie, czy już zaczęli zapisywać. Tylko osobiście, bo chyba nikt nie jest na tyle naiwny, żeby mieć nadzieję, iż oni – przy takim natłoku chętnych – w ogóle odbierają telefony.

Przychodząc całymi miesiącami codziennie i osobiście, też co prawda nie mógłbym liczyć na to, że będę pierwszy (bo gdybym nawet przychodził dokładnie na moment otwierania okienka, to na pewno okazałoby się, że pierwsze półrocze jest już zajęte przez tych, którzy jakimś dziwnym sposobem zdołali się zapisać przede mną), ale przynajmniej mógłbym liczyć na wizytę w drugim półroczu.

Powiedziałem sobie: trudno, i poszedłem do kliniki prywatnej – też cieszącej się świetną opinią – w Poznaniu. Tam nie dowiedziałem się, co kolanu jest, ale zostałem zobowiązany do pilnego uczęszczania na rehabilitację. Akurat Poznań mi pasował, bo i tak tam musiałem bywać, więc regularnie poddawałem się różnym zabiegom rehabilitanta, które – przyznam uczciwie – nie pogarszały stanu kolana. Bolało wciąż tak samo.

Potem, stopniowo, pewnie trochę poniewczasie, zacząłem sobie przypominać liczne wcześniejsze przypadki, kiedy to szedłem po jakąś poradę do ortopedy i od razu byłem kierowany na jakieś zabiegi – a to ćwiczenia, a to drażnienie prądem, leżenie pod jakimiś magicznymi obręczami, jakieś mrożenie, laserowanie, ultradźwiękowanie, okłady błotne, kąpiele solne etc. Przypomniałem sobie, ile ja – jako osobnik łapiący kontuzje z przerażającą częstotliwością – poświęciłem w życiu na to wszystko czasu i pieniędzy, i powiedziałem sobie: dosyć. Nie zabieraj czasu lekarzom i przestań wyrzucać w błoto pieniądze – przecież te wszystkie pic-maszynki nie pomogły mi NIGDY. Wszystkie kontuzje przechodziły same, gdy tylko dostawały odpowiedni czas na regenerację.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz20.jpg
Zrezygnowałem z jakichkolwiek zabiegów kolanowych. Z miesiąca na miesiąc robiło się coraz lepiej. Od roku jest prawie dobrze. Zupełnie dobrze nie będzie nigdy, ale w moim wieku stan nie jest taki zły – to stan idealny. Lenistwo najlepszym przyjacielem biegacza!

P.S. To, co napisałem, jest wysoce niepedagogiczne, bo podważa zaufanie do ortopedów. Dodam więc: ortopeda jest niezastąpiony, gdy ścięgno się zerwie, kość złamie, łąkotka wystrzeli, a rzepka kolanowa wyjdzie bokiem. Ale w lżejszych przypadkach należy przede wszystkim dać sobie odpocząć.

Jak się koniecznie chce, to można pochodzić na dopieszczanie pic-maszynkami, ale żeby pomogły, trzeba w nie głęboko uwierzyć. Autosugestia czyni cuda i gdy się wierzy, maszynki wydatnie przyspieszają powrót do zdrowia. Kontuzja, która przeszłaby sama dopiero po miesiącu, dzięki tym wszystkim maszynkom przechodzi już po czterech tygodniach.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze październik 2011

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij