Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Bieganie - mój nałóg [felieton Jacka Fedorowicza]

Pojawia się nie od razu. Z początku wygląda niewinnie. Wydaje Ci się, że wciąż panujesz nad sobą, że w każdej chwili możesz przestać. Aż wreszcie przychodzi chwila, gdy wiesz już na pewno, że nie możesz. Pojawiło się uzależnienie.

Wbrew pozorom nie piszę o nikotynie. Ani o alkoholu, ani o innych zabójczych używkach. O bieganiu piszę… Tak, moi drodzy, od biegania też można się uzależnić; przyznaję otwarcie, przydarzyło mi się to i bardzo nad tym ubolewam.

Czterdzieści parę lat temu jeszcze nic nie sygnalizowało zagrożenia. Zacząłem sobie podbiegiwać. Z satysfakcją i zdumieniem zauważyłem po stosunkowo krótkim czasie, że nie muszę korzystać z komunikacji miejskiej, bo tych kilka przystanków, które mam do przejechania, da się bez trudu pokonać na własnych nogach, znacznie przyjemniej i bez nudnego czekania na autobus. Potem jeden czy drugi rzut oka na zegarek uświadomił mi, że dziś ta sama droga zajęła mi pięć minut mniej niż miesiąc temu. Coraz mocniejsze robiło się postanowienie, że muszę spróbować sił w jakimś wyścigu, więc muszę utrzymywać te możliwości, które sobie wydreptałem, a może i poprawić. Ani się nie obejrzałem, jak pojawił się w mózgu bezwzględny nakaz codziennego przebiegnięcia przynajmniej kilku kilometrów.

Okresowo nawet i kilkunastu, a przed maratonem dwudziestu, bo byłem samoukiem i do głowy mi nie przychodziło, że trzeba robić przerwy. Na usprawiedliwienie powiem, że to były czasy, kiedy nie było literatury fachowej łatwo dostępnej dla amatora, a trenerzy zajmowali się tylko prawdziwymi zawodnikami. Pierwszych fachowych wiadomości dostarczył mi miesięcznik „Runner’s World” (wydanie po angielsku), który wpadł mi w ręce pod koniec lat 80. Tam po raz pierwszy przeczytałem jedno z ważniejszych przykazań biegowych: że nie powinno się biegać mniej niż trzy razy w tygodniu i nie wolno więcej niż sześć.

Z tym drugim zaleceniem niesłychanie trudno mi się było pogodzić, bo już byłem uzależniony. Niewywiązanie się z codziennego obowiązku przebiegnięcia powodowało nieznośne wyrzuty sumienia. Czułem się, jakbym kogoś okradł, pobił albo chociaż zwyzywał. Ponieważ całe życie miałem pracę krańcowo nieregularną, a dotyczyło to i poszczególnych dni, i poszczególnych godzin w ciągu każdego dnia – starałem się biegać „na zapas”.

To znaczy: mam dzisiaj trochę czasu, no to się przebiegnę, bo a nuż jutro mi się robota przedłuży, nie będę mógł się przebiec i wtedy skorzystam z tej dzisiejszej nadwyżki. Zbieranie tych nadwyżek było faktycznie próbą oszustwa, obejścia nakazu jednego dnia odpoczynku i powodowało całe długie tygodnie biegania bez dnia przerwy. No bo jakoś zawsze udawało się ten czas wygospodarować, szczególnie że wyspecjalizowałem się w bieganiu „przy okazji”.

Mam na przykład gdzieś występ, no to dobieram sobie lekki plecak, pakuję „wyjściowe” buty, spodnie zwijam w rulonik (polecam ten sposób podróżującym elegantom – rulonik sprawia, że kanty pozostają nienaruszone!) i przemieszczam się świńskim truchtem, pilnie bacząc, żeby nie najkrótszą drogą, tylko taką o odpowiedniej długości, żeby mi wyrzuty sumienia nie wypominały potem, że urobek dzienny był za krótki.

To oczywiście z lekka zatrąca już o chorobę psychiczną, a nie odmalowałem jeszcze całej grozy sytuacji. Choroba pogłębia się z wiekiem. W pewnym momencie okazuje się, że cały nastrój, satysfakcja z życia, dobry humor i pozytywne nastawienie do świata zawisły na czymś tak kruchym, jak bieganie. Wystarczy słabszy dzień, przeciążenie, nieudany sprawdzian, by dobry nastrój prysł, a kontuzja, by nagle świat się zawalił. Organizm, uzależniony od biegania, w okresie gdy nie biega, czuje się skończony, bezużyteczny i nic niewart. Do wyrzucenia. Człowiek wpada w autentyczną depresję.

Co robić w takim stanie? Odwoływać się do resztek zdrowego rozsądku i tłumaczyć sobie cierpliwie jak dziecku (trudnemu, niestety), że na bieganiu świat się nie kończy, że jest jeszcze kilka innych aktywności, które mogą przynieść satysfakcję, że rower też jest zdrowy, a pływanie to już w ogóle. Organizm kiwa głową, ale oczywiście nie wierzy. Na szczęście zdarza się (w pewnym wieku już nie zawsze, ale jednak się zdarza), że kontuzja mija: człowiek robi najpierw kilka kroków, potem zrywa się do truchtu, pokonuje pół kilometra, potem kilka... Życie mu wraca, depresja mija i tak aż do następnej przerwy.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze marzec 2016.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij