[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie

Andrzeja i Roberta w bazie wojskowej koło Iriby znają wszyscy. Każdy zdążył się przyzwyczaić do widoku biegających kolegów. Codziennie pokonują kilometry, okrążając jednostkę wzdłuż ogrodzenia. Wraz z 300 innymi polskimi żołnierzami przylecieli do Czadu pilnować, by ludobójstwo na granicy z Sudanem już się nie powtórzyło. Trudna, kilkumiesięczna służba w jednym z najbiedniejszych państw świata to nie tylko spełnianie żołnierskiej powinności. To także znakomity i jedyny w swoim rodzaju obóz treningowy.

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie Starszy chorąży Robert Mirosz kończy biegowy trening przed zmrokiem lub zanim baza obudzi się do życia. Wojsko zapewnia tylko wodę do picia, o izotoniki żołnierze muszą postarać się sami (fot. Marcin Osman)

Starszy szeregowy Andrzej Nowak bieganiem zainteresował się wcześnie. Było konsekwencją jego żywiołowej natury. Od kiedy pamięta, zawsze coś trenował. Już w dzieciństwie był pełen energii, nie potrafił usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Lubił się fizycznie zmęczyć, od razu spodobały mu się sporty siłowe. Poświęcił im 7 lat swojego życia.

Kolega zauważył, że ma świetne warunki do biegów długodystansowych. Lubi wyzwania, postanowił spróbować. Za namową wystartował w 2005 roku w maratonie warszawskim. Miało być pięknie, wielki debiut, spore oczekiwania, a tu klapa. Po 20. kilometrze miał wrażenie, jakby mięśnie stanęły w miejscu. Ostatnie kilometry przeszedł. Zamiast radości była złość i wielkie zmęczenie. Myślał, że miesięczny trening wystarczy. Przeliczył się. Przyszło rozczarowanie, skutecznie się zniechęcił.

Do biegania wrócił dopiero po roku. Tym razem postanowił zdobyć niezbędną wiedzę. Sporo czytał o dietach, treningach, odpowiednim stroju. Przełomowy był rok 2007. Nużyła go monotonia pracy w sklepie, czuł się wypalony. Potrzebował większego wyzwania, wstąpił do wojska. Dopiero wtedy zaczęły się regularne treningi 2 razy dziennie – rano i wieczorem po pracy. Opracował sobie odpowiednie rozgrzewki, zwracał uwagę na to, co ma na talerzu.

Pojawiające się niemrawo pierwsze sukcesy znakomicie go dopingowały. Był czwarty w biegu na 10 km na górę Pilsko. Było ciężko: od początku znacznie przyspieszył, więc szybko uszła z niego energia. Przed metą był wyczerpany, rękoma wspierał się o kolana, z trudem łapał oddech. Z kolejnych zawodów wracał bogatszy o nowe doświadczenia.

REKLAMA

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie Chwila na trening. Podczas gdy wartownicy na mijanych wieżyczkach obserwują otoczenie, Robert Mirosz ćwiczy kolejne interwały wzdłuż ziemnego wału bazy (fot. Marcin Osman)

Na pierwszą zagraniczną misję zabrał trzy pary butów, zapas izotoników i węglowodanów. Ubolewa, że obozowe jedzenie nie jest zbyt bogate w białko. Pomimo licznych obowiązków wyjazd do Czadu traktuje jako półroczny obóz kondycyjny. „Nadarzyła się okazja, by sprawdzić swoje ciało w skrajnych warunkach” – mówi.

Być jak Paul Tergat

Korzystając z ciężkiego klimatu i znacznej wysokości nad poziomem morza, niczym kenijscy biegacze, Andrzej postanowił podnieść wydolność swojego organizmu. Trenuje 2 razy dziennie. Wstaje jako jeden z pierwszych na bazie. Jest jeszcze ciemno, a co najważniejsze chłodniej. Gdy kucharze przygotowują śniadanie, on pokonuje kolejne okrążenia.

Poranny trening ma poprawić wydolność. Andrzej swoje wyniki notuje w tabelkach, starając się, by były coraz lepsze. Jak twierdzi, bardzo istotne jest wyznaczenie sobie pewnego reżimu i żelazna samodyscyplina. Poza tężyzną fizyczną dba o pozytywne nastawienie, co jest receptą na coraz lepsze wyniki.

Po śniadaniu wyjeżdża z kolegami patrolować teren. Właśnie tu przydaje się dobra kondycja, sporo wysiłku kosztuje noszenie ciężkiego ekwipunku i uzbrojenia. Konwojują pracowników organizacji humanitarnych. Pokazanie się w okolicznych miejscowościach stanowi też pokaz siły. Groźni rebelianci i pospolici bandyci muszą żyć w przekonaniu, że nie są bezkarni.

Andrzej wyznaczył sobie cele. Po powrocie do kraju wystartuje w mistrzostwach Wojska Polskiego w półmaratonie i chce zaliczyć kolejne starty w „Biegu o nóż komandosa”. Liczy na miejsca w czołówce. Ważne, by wygrać z ludźmi, którzy kiedyś byli lepsi od niego. Będzie to znakomite ukoronowanie jego wysiłków, bo nie tylko medale się liczą, ale i zwykła satysfakcja.

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie Polski patrol podczas konwoju. Afrykański pył i mordercze upały dają się we znaki. Na szczęście wnętrze Rosomaka jest klimatyzowane (fot. Marcin Osman)

W bazie uchodzi za sportowy autorytet, koledzy proszą go o porady. Wielu krzyczy za nim przyjacielsko „Forest Gump”. Ten jednak, jak wiadomo, był zagorzałym pacyfistą. Mimo to Andrzej, tak jak filmowy bohater, chce przebiec przez swoje życie.

Jak biegają w Czadzie

Dla starszego chorążego Roberta Mirosza bieganie stało się nawykiem. Po kilku latach nie wyobraża sobie dnia bez treningu i fizycznego wysiłku, który paradoksalnie pozwala mu wypocząć. Bez niego czuje się ociężały.

Tuż po przyjeździe do Afryki zwrócił uwagę na kondycję tutejszych dzieci. Maluchy, gdy tylko słyszą odgłosy przejeżdżającego patrolu, wybiegają z wiosek. Co sił biegną za samochodami. Szybko nauczyły się, że od żołnierzy mogą dostać słodycze i drobne upominki. Już z daleka wołają „kadu, kadu”, domagając się prezentu. Najciekawiej, a nawet niebezpiecznie, bywa w okolicach obozów uchodźców. Chmary małych Sudańczyków pogoń za patrolami traktują jak zabawę. W trosce o ich bezpieczeństwo żołnierze nie rzucają słodyczy przez okno. Jest ryzyko, że wygłodniałe dziecko może wpaść pod koła kolejnego auta. O tragedię bardzo łatwo, tym bardziej że pył ogranicza widoczność.

Zobacz także: Misja: bieganie. Żołnierskie bieganie w Afganistanie

Większość chodzi na bosaka, nie zważając na kamienie i ciernie. Trudne warunki hartują człowieka od urodzenia. Co ciekawe, posiadacze chińskich plastikowych klapek ściągają je. Bez nich można biec szybciej i sprawniej. Robert zwrócił uwagę na sposób poruszania się małych Afrykańczyków: wydłużony krok i wielkie susy. Dzieci bez oznak zmęczenia potrafią biec za samochodami, pokonując znaczne odległości. Na pewno pomaga im determinacja, magia rzadkich tu słodyczy działa.

REKLAMA

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie Sposób biegania afrykańskich dzieci stał się dla Roberta inspiracją do poprawy własnego biegowego kroku (fot. Marcin Osman)

Podpatrywanie, a potem naśladowanie smukłych Czadyjczyków przyniosło dobre efekty. Wydłużenie kroku poprawiło rezultaty. Być może w tym tkwi tajemnica sukcesów maratończyków z Kenii.

Nie nadepnąć na żmiję

Zamiłowanie do ruchu Andrzej ma od dziecka. Najpierw była piłka nożna. Jednak od zmagań z przeciwnikami bardziej podobała mu się walka samego ze sobą. Tak odkrył biegi długodystansowe. Już po wstąpieniu do wojska zaczęły się starty w poważnych imprezach. Treningi były coraz bardziej świadome i profesjonalne. Andrzej odpowiednio dużą wagę zaczął przykładać do techniki biegania i odpowiedniej regeneracji organizmu.

Pierwsze sukcesy były jak doskonały, zdrowy doping. Zajął pierwsze miejsce w biegach radioorientacji. Liczyła się tu nie tylko kondycja, ale i umiejętność posługiwania się GPS-em. Dla żołnierza batalionu rozpoznawczego była to kaszka z mlekiem.

Afryka spalona słońcem, zakurzona i upalna, okazała się życiowym wyzwaniem. Jeszcze w Polsce na szkoleniach nasłuchał się o niebezpieczeństwach czyhających w krajach Sahelu. Na pierwsze treningi wychodził z duszą na ramieniu. Nadepnąć na żmiję to żadna przyjemność. Okazało się jednak, że jadowite gady w ciągu dnia kryją się przed palącym słońcem w norach. Cieszące się złą sławą pająki wielbłądzie uciekają przed zbliżającym się człowiekiem. Ich 4 pary pokrytych długimi włoskami czuciowymi odnóży krocznych czyni z nich demony szybkości.

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie Dla Andrzeja Nowaka z batalionu rozpoznawczego służba wojskowa i bieganie w Czadzie to życiowe wyzwanie (fot. Marcin Osman)

Burze piaskowe pojawiają się nagle. Tumany wszędobylskiego pyłu wdzierają się do nosa i ust. Trudno wówczas cokolwiek dostrzec. To jednak wysokie temperatury, przekraczające 50 stopni Celsjusza, mogą być zgubne. Wzorem tutejszych mieszkańców żołnierze w porze największego upału szukają cienia; nawet odporniejsze zwierzęta stoją nieruchomo pod drzewami. Butelki z wodą praktycznie nie spuszcza się wtedy z oczu. „Wolę biegać wieczorami – mówi Robert. – Jest wtedy chłodniej”.

Podobnie jak kolegów, jego trasa wiedzie wzdłuż wewnętrznej strony wałów ziemnych. Podczas gdy wartownicy na mijanych wieżyczkach obserwują otoczenie, on ćwiczy kolejne interwały. Jeden kilometr biegnie szybciej, następny wolniej. Taki cykl powtarza 3-4 razy. Zwraca uwagę na pracę rąk. Mięśnie brzucha wzmacnia na polowej siłowni, mieszczącej się w wielkim, zakurzonym namiocie.

Czad nie na wakacje

Życie w obozie nie należy do łatwych. Wielu żołnierzy narzeka na monotonne wyżywienie. Biegaczowi brakuje przede wszystkim owoców i słodyczy. Niedobory w diecie uzupełnia witaminami i odżywkami. Robert jest pewien, że na wakacje prywatnie do Czadu nie przyjedzie – woli zdecydowanie spokojniejsze miejsca. Afryka jednak pogłębiła jego zamiłowanie do wysiłku fizycznego. To pozwala mu częściowo zapomnieć o tęsknocie za rodziną. Gdy jego dzieci podrosną, będzie starał się zaszczepić im bakcyla biegania.

Co półroczny pobyt na Czarnym Lądzie zostawi w jego głowie? Tego Robert nie jest w stanie przewidzieć. Pewne jest, że wzruszający widok sadzących wielkie susy Afrykańczyków będzie mu towarzyszył do końca życia. Dla nich to konieczność, dla niego – zabawa i wyzwanie.

REKLAMA

REKLAMA

Bieganie na misji wojskowej w Czadzie W Czadzie jest biednie, ale na razie spokojnie. Uchodźcy z Sudanu to jednak rosnący problem dla lokalnej ludności (fot. Marcin Osman)

Uchodźcy z Darfuru

3 miliony uchodźców opuściło ogarnięty wojną Darfur, region leżący w zachodniej części Sudanu. Eksperci oceniają, że od 2003 r. w wyniku starć zbrojnych, najazdów na wioski i pogromów ludności na granicy Sudanu z Czadem zginęło ok. 200 tys. osób. O co poszło? Ludność osiadła, podejrzewając rząd Sudanu o potajemne porozumienie z plemionami arabskimi, powołała opozycyjne wobec rządu oddziały paramilitarne. W odpowiedzi rząd sudański zdecydował się zdławić opór siłą. Celem ataków stała się, niestety, ludność cywilna. Uchodźcy osiedlili się głównie na terenie sąsiednich krajów: w Czadzie i Republice Środkowoafrykańskiej.

300 żołnierzy wysłała Polska na misję do Czadu Ogółem Unia Europejska wysłała siły liczące ponad 3700 żołnierzy. Celem międzynarodowej misji EUFOR Tchad/RCA jest poprawa bezpieczeństwa, ochrona uchodźców i działań organizacji humanitarnych.

61 milionów złotych wynoszą koszty utrzymania polskich wojsk w Czadzie. To największa w historii Wojska Polskiego misja w Afryce. To również największa jak dotąd wspólna operacja wojsk Unii Europejskiej.

452 patrole, konwoje i eskorty wykonał w sumie w swojej strefie Polski Kontyngent Wojskowy w Czadzie

Warto przeczytać: Naval: Kiedy bieg to wojna

RW 01-02/2010

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij