Runner's World poleca:

Bohdan Tomaszewski: Znałem Kusego, Zatopka, Owensa...

Poleć ten artykuł:

Przez ponad 60 lat, komentując występy Polaków na stadionach całego świata, rozpalał do białości wyobraźnię kibiców. W rozmowie z Runner's World wspominał legendarnych sportowców minionych dekad - wielkie gwiazdy, które dla niego były często po prostu kolegami.

Parę pokoleń naszych rodaków wychowało się na jego transmisjach w Polskim Radiu. Na rozmowę umówiliśmy się w jego mieszkaniu na warszawskim Śródmieściu. Siedzieliśmy w pokoju wypełnionym pamiątkami i... papierosowym dymem.

Ludzie, których poznał w swoim bogatym życiu, są legendami sportu, ale z wieloma z nich połączyła go nić serdecznej przyjaźni. Za sprawą wspomnień Bohdana Tomaszewskiego oczami wyobraźni widzimy fantastyczne biegi, heroiczną walkę na bieżni i bohaterów wszystkich lekkoatletycznych stadionów świata.

"Biegi w mojej wieloletniej pracy reporterskiej odgrywały ogromną rolę - zaczął pan Bohdan Tomaszewski. - Zrobiłem masę relacji z lekkiej atletyki. Był to dla mnie pierwszy sport obok tenisa. W międzyszkolnym klubie, jako 10-11-letni chłopiec, grałem w piłkę nożną, ale uprawiałem też lekką atletykę. Jeśli chodzi o dłuższy dystans, też jakoś dawałem sobie radę. Za to w sprincie na 50-60 metrów byłem fatalny. Brakowało mi szybkości. Jako zawodnik na korcie tenisowym miałem dobry start do piłki, ale jest to zupełnie inny sposób biegania".

12igrzysk olimpijskich komentował na żywo Bohdan Tomaszewski: 7 letnich i 5 zimowych. Pierwsze były w 1956 r. w Melbourne, a ostatnie w Moskwie w 1980 r.

Lampka wina za "Kusego"

Pierwszym biegaczem i od razu wielkim, którego widziałem w czasie treningu, był Janusz Kusociński. Grywaliśmy w piłkę z kolegami w ogrodzie, gdzie obok rozciągały się Pola Mokotowskie. To była wielka przestrzeń. Któregoś dnia zobaczyłem, że skrajem tego pola biegnie jakiś dziwny facet. Nieduży, niepozorny, w granatowym dresie z napisem na plecach "Warszawianka". Pojawiał się przy barierce naszego boiska, oddalał się, robił 2-kilometrowe kółko i po jakimś czasie znów go widzieliśmy.

Był niezmordowany. Okrążał to Pole Mokotowskie wiele razy. "Kusy" trzymał w ręku stoper. W miarę jak przebiegał kolejne okrążenia, jego dres pod wpływem potu robił się z granatowego niemal czarny. Tak wyglądały treningi Kusocińskiego - pierwszego polskiego złotego medalisty w biegu na 10 km na igrzyskach w Los Angeles w 1932 roku.

Później miałem zaszczyt poznać go osobiście. "Kusy" podczas długiej przerwy spowodowanej kontuzją kolana przychodził na brydża do klubu tenisowego Legia. Ten domek istnieje do dzisiaj. Ja byłem wtedy 16-letnim młodzikiem w Legii. Ktoś nas sobie przedstawił, nawiązaliśmy kontakt i tak to się rozwinęło, że potem razem chodziliśmy na pobliski basen.

W międzyczasie wyrósł mu w kraju poważny rywal - Józef Noji. To zawodnik, który na olimpiadzie w Berlinie w 1936 roku zajął 5. miejsce na 5 km. W 1939 roku doszło do prestiżowego, przełajowego pojedynku obu biegaczy na Polu Mokotowskim. "Kusy" bardzo się do tego przygotowywał. Przed biegiem zaprosił grupkę swoich przyjaciół, wielkich tenisistów: Jadwigę Jędrzejowską i Ignacego Tłoczyńskiego, lekkoatletkę Marysię Kwaśniewską oraz m.in. mnie do kibicowania mu w tym wyścigu. "Kusy" wygrał ten 7-8 km przełaj w znakomitym stylu. Uszczęśliwiony zabrał nas wszystkich do swojego mieszkania przy ul. Noakowskiego i tam wypiliśmy za niego lampkę wina.

Miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z Kusocińskim. Pod koniec wiosny 1939 roku mówił mi, że jego marzeniem jest wystąpić na najbliższej olimpiadzie w Helsinkach w 1940 roku. Chciał wystartować w maratonie. Niestety, przyszła wojna. Podczas okupacji Kusociński był bardzo blisko mojej grupy konspiracyjnej. Kiedy zaaresztowało go gestapo, zrodziło się napięcie, czy nas nie wyda. Ale Ignacy Tłoczyński, który był szefem naszej siatki, powiedział: "Ja znam go najlepiej. Będą go katować, ale on nikogo nie wyda!". Kilka miesięcy później rozstrzelano "Kusego" w Palmirach. Faktycznie, nikogo nie wydał...

Ona była trochę inna

Drugą wielką postacią przedwojennej polskiej lekkiej atletyki była Stanisława Walasiewiczówna. Zdobyła dla Polski złoty medal w Los Angeles w 1932 roku w biegu na 100 metrów. W Berlinie miała srebro. Jako pierwsza budowała polski sprint. To była dziwna postać. Jak dziewczyny stawały na starcie do sprintu, to dało się zauważyć, że ona jest trochę inna. Nie była specjalnie dziewczęca. Po śmierci Walasiewiczówny pojawiły się pewne wątpliwości co do jej płci. Biedna, tragicznie skończyła życie, zastrzelona w Ameryce.

Najważniejsza jest jakość ludzi, którzy sportem kierują. Gdy będą oni dużego formatu, będzie i dobry sport.

Parokrotnie z nią rozmawiałem. Mówiła po polsku z amerykańskim akcentem, bo jej rodzice wyjechali z kraju, kiedy miała 3 lata. Ale widać było, że jest związana z Polską. Była nieładna. Zapamiętałem ją jednak jako osobę kontaktową, ciepłą i przesympatyczną.

Zabawa dużych chłopców

Jeszcze jako uczeń chodziłem na czwartki lekkoatletyczne na Legii, gdzie odbywały się sprinty i biegi przez płotki. Przychodziło na to kilkuset widzów. Zapamiętałem jedną cudowną rzecz. Otóż na tych mityngach ci wszyscy najlepsi polscy sprinterzy szalenie walczyli o zwycięstwo, ale jednocześnie panowała tam niesamowita atmosfera dawnego sportu. To było grono rywali i przyjaciół. Czasami ktoś się spóźnił i w ostatniej chwili miał startować na setkę. I zaraz postanowiono: "Jesteś zadyszany. Szybko się przebierz, my wstrzymamy ten bieg i zrobimy go trzy kwadranse później".

To się odbywało w niesłychanie koleżeńskiej atmosferze. Jakby dorośli chłopcy bawili się w bieganie. A przecież były to poważne zawody, z których wyniki szły do prasy. Startowali tam najlepsi polscy sprinterzy. Edward Trojanowski na 100 metrów miał rekord kraju 10,7, który przetrwał bardzo długo. Jego brat stryjeczny, Wojciech Trojanowski, był z kolei mistrzem Polski przez płotki, z czasem 15,5 s.

Wojciech Trojanowski jeszcze przed wojną stał się najlepszym sprawozdawcą sportowym. Był gwiazdą. Po wojnie znalazł się w obozie jenieckim w Woldenbergu i już nie wrócił do Polski. Potem pracował jako sprawozdawca BBC, a następnie w Wolnej Europie. Poznałem go osobiście na mojej pierwszej olimpiadzie w Melbourne, jako sprawozdawca Polskiego Radia. I zaprzyjaźniliśmy się. Jak gdyby przez przekorę organizatorzy stale dawali kabiny radiowe Polskiego Radia w sąsiedztwie Wolnej Europy. I tak obok mojego wielkiego idola pracowałem niemal ramię w ramię. Te ciągłe rozmowy, wymiana wyników, informacji, papierosów...

Różaniec po serii z automatu

Mieliśmy przed wojną świetnego sprintera, który nazywał się Bernard Zasłona. Biegał 10,6 na setkę. Potem został na emigracji. Pojawił się, kiedy byłem na meczu lekkoatletycznym Polska - Wielka Brytania w Edynburgu. Tam go poznałem i wraz z Ignasiem Tłoczyńskim odbyliśmy długą, trwającą do północy rozmowę. To znaczy oni snuli wspomnienia, a ja milczałem.

Tagi: Bohdan Tomaszewski | historia polskiej lekkiej atletyki

Oceń artykuł:

4.3

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij