Runner's World poleca:

Cały rok w biegu: 366 maratonów Ryszarda Kałaczyńskiego

Poleć ten artykuł:

Nikt nie rodzi się z papierosem w ustach czy flaszką w ręku. Nikt też nie rodzi się w butach biegowych. To, co zrobimy ze swoim życiem, zależy od nas. Tak myśli rolnik - Ryszard Kałaczyński. Dziś jest już o krok od pobicia Rekordu Guinnessa - przebiegnięcia 366 maratonów w 366 dni.

Ryszard Kałaczyński Zobacz całą galerię

Ryszard Kałaczyński myśli tak: Bóg powołuje nas na ten świat nagich i naiwnych. Ale siedzenie z pilotem w ręce przed telewizorem na pewno nie jest tym, co stwórca uznał za miłe mu pomnażanie talentów.

Wie, co to życie

Swój bieg gospodarz z miejscowości Witunia na Kujawach zaczął już bardzo dawno temu, bo gdy miał 18 lat. Wtedy to zaczął trenować ciężary i jego życie ze sportem związało się na zawsze. Dziś ma 55 lat i za sobą takie sukcesy, jak 800-kilometrowy bieg z Zakopanego do Sopotu czy 11 startów w sławnym Spartathlonie, na 246-kilometrowym dystansie.

Za młodu służył w wojsku jako komandos w desancie, ćwiczył judo, boks, karate. Ale nie zawsze był wzorem sportowca. W jego życiu działy się też rzeczy, które uwiarygadniają jego poważne życiowe tezy – jak choćby tę z papierosem i butami sportowymi przy narodzinach.

Pan Ryszard, a właściwie Rysiek, bo nadmierna kurtuazja nie leży w jego naturze, miał problem z alkoholem. Ma jednak żelazny charakter, sam się zdiagnozował i sam w porę zgłosił się na leczenie. Sam też znalazł lekarstwo. Czyli bieg. Nie pije już 14 lat.

Nie dlatego, że picie go zrujnowało. Nie było tak, że spał w rowach, że zaniedbywał obowiązki, że pił denaturat. „Nie ma znaczenia, ile pijesz i co pijesz. Znaczenie ma to, że na piciu twoje życie się koncentruje. Kiedy zobaczyłem, że układam dzień tak, żeby mieć czas na dwa czy trzy piwa, to uznałem, że mam problem” – opowiada. Problem miał jego ojciec, który zmarł w wieku 58 lat na wylew. Mimo tego, że w rodzinie są dobre geny: jedna ciotka pana Ryszarda ma 101 lat, druga 96, a mama z wadą serca przeżyła 77 lat i urodziła szóstkę dzieci.

Maratończyk z Wituni widział więc na własne oczy, jak używki skracają życie: jego dziadek umarł na raka krtani po 40 latach palenia papierosów. „Pijemy i palimy, bo nam się nudzi – wyjaśnia. – Bo nie mamy pasji, zajęcia. Bieganie jest świetnym antidotum na nudę. Biegacz nie musi ogłupiać się alkoholem, bo jest szczęśliwy, rzeczywistość jest nie tylko znośna, ale po prostu fajna”.

Dlatego biega. Jak tylko pomyśli o piciu, to zakłada buty i leci. Ostatnio jednak, a dokładnie od 15 sierpnia 2014 r., nie ma nawet czasu pomyśleć o piciu. Realizuje swój wielki plan: przebiegnięcia 366 maratonów w 366 dni i zapisania się Księdze Rekordów Guinnessa.

Jak? Dzień po dniu, ale w towarzystwie. Od pierwszego dnia biegu każdy mógł przyjechać do Wituni i w biurze biegu (pomieszczenie po sklepie spożywczym wydzierżawione i odremontowane przez Ryśka) wykupić pakiet startowy za 50 złotych. To uprawnia do przebiegnięcia z bohaterem wydarzenia atestowanej trasy w postaci jednej krótszej pętli i pięciu dłuższych. Od początku biegł sam tylko raz. 60 osób zadebiutowało z nim w roli maratończyka. Dochód z imprezy zostanie przekazany na budowę nagrobków na grobach zapomnianych przez ludzi biegaczy.

Trawnik trzeba podlewać

Zimą Rysiek startował o godzinie 13, jesienią o 15, a latem zaczyna o 17. Jak miał grypę, też biegł. „To choróbsko nie lubi zakwaszonych mięśni, więc jak się człowiek fest zmęczy, to na drugi dzień czuje, jakby go kołkami obili, a na trzeci jest zdrów jak ryba” – opowiada. No i tak co dzień.

Jak rekordzista to znosi? Tak samo jak to, że do świń trzeba wstać codziennie rano, tak samo jak znosi drogę kobiecina na pielgrzymce, która przetruchta po 40 kilometrów dziennie w zwykłych „laczkach”. Ot, kwestia wytrwałości.

„Zapytali kiedyś Anglika, jak to się robi, żeby mieć taki piękny trawnik przed domem. On odpowiedział, że trzeba podlewać i kosić. Tylko tyle, ale przez 20 lat. Człowiek wszystkiego się nauczy, wszystko osiągnie, tylko musi chcieć i mieć wytrwałość” – tłumaczy.

A Rysiek jest królem wytrwałości. Dowodem na to jest jego historia startów w Spartathlonie. Próbował ukończyć ten bieg już 11 razy. Za żadnym się nie udało. Choć ani razu nie zszedł sam: zawsze go ściągali, bo przekroczył limit czasu. Najdalej zabiegł na 195. kilometr. A to dlatego, że powiedział sobie, że ukończy ten bieg bez wozu serwisowego. Bez masaży i żadnej pomocy. No i tak się zmaga z tym postanowieniem konsekwentnie.

Jego wytrwałość przynosi owoce w postaci inspiracji. Na ostatni Orlen Maraton pojechało z Wituni 30 osób autobusem. Przeważnie kobiety. Ba, po maratonie poszły jeszcze na zwiedzanie Warszawy. „Ludzie chcą biegać, potrzebują tego. Czasem z powodów jak najbardziej życiowych. Przyjeżdżają do mnie na bieg i alkoholicy, i narkomani, i ci, którzy mają problemy rodzinne. W biegu szukają wsparcia, pomocy, ratunku” – mówi Rysiek.

A potem na Węgry

Byli też trzej księża. Zresztą, kogo nie było – cała plejada osobowości. Wszystkich, których trzeba, Rysiek przenocuje. Rysiek, człowiek, który zadaje kłam twierdzeniu, że maratony można biegać dwa albo trzy razy w roku. Według niego, na tyle to mogą sobie pozwolić zawodowcy, którzy przelatują 42 kilometry w dwie godziny z groszami.

To jest takim wyzwaniem dla organizmu, że trzeba mu dać odpocząć. Ale codziennie w tempie niecałych pięciu godzin można biegać bez problemu. Tym bardziej że 61. maraton Rysiek pobiegł w Poznaniu na oficjalnym starcie ulicznym w wyśmienitym czasie trzy godziny dwadzieścia cztery.

„Staram się, walczę, podejmuję nowe wyzwania. Kolejnym po tych 366 maratonach będzie start w przyszłym roku w ultramaratonie na Węgrzech. To wyjątkowy bieg sześciodniowy na dwukilometrowej pętli. Rekord wynosi 800 kilometrów. Ale jeszcze zobaczymy, jak to będzie…” – zapowiada.

RW 08/2015

Tagi: Ryszard Kałaczyński | 366 maratonów w rok | Rekord Guinnessa

Oceń artykuł:

3.8

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij