Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Czuły dotyk nowoczesności [felieton Jacka Fedorowicza]

Przeszedłem na telefon z ekranem dotykowym. Początki były trudne. W starym telefonie wszystko było na przycisk. I albo przycisnąłem, albo nie, samo się nie przyciskało. A w tym nowym? Groza. Wystarczy przyjąć rozmowę, dotknąć uchem nie tam gdzie trzeba i koniec rozmowy, bo się włączyła pauza. Albo włączył się głośnik i trzeba szybko wyłączać, bo cały tramwaj słyszy, jak mnie żona beszta, że zapomniałem kupić włoszczyzny.

Po jakimś czasie nauczyłem się mimo wszystko dotykać także i nieprzypadkowo, dzięki czemu zainstalowałem sobie aplikację dla biegaczy. Zainstalowanie było sukcesem niewątpliwym. Używanie już nie za bardzo.

Włączam, biegnę, cieszę się, że sobie sprawdzę, ile kilometrów zdołałem przetruchtać w ciągu godziny, ale nagle zaczyna mnie niepokoić myśl, że kiedy wkładałem telefon do kieszeni, to on się mógł wyłączyć, bo przycisk do wyłączania zamontowali mu z boku i raz, jak go wtłaczałem do specjalnej pochewki naramiennej, to ona okazała się za wąska i wyłączyła telefon całkowicie. Ta jedyna funkcja działająca na wcisk jak na ironię umieszczona jest w taki sposób, że przyciska się ją niechcący. Więc po 15 minutach przebierania nogami wyciągam telefon z kieszeni, by sprawdzić, czy dalej mierzy co trzeba i okazuje się, że nie mierzy, po ekranie biegają jakieś esemesy, zdjęcia, internet proponuje powtórkę z Wikipedii, a ja stoję zamiast biec i szlag mnie trafia.

Po miesiącu opanowałem jakoś w miarę technikę używania nowej zabawki i przekonałem się, że rzeczywiście potrafi zmierzyć dystans. Rzecz jasna, sprawdziłem na stadionie. Włączyłem, po 12,5 okrążeniach wyłączyłem: urządzenie pokazało cztery kilometry i dziewięćset trzydzieści metrów. Postanowiłem odpuścić urządzeniu brakujące 70 metrów i zobaczyć, co pokaże następnego dnia po dwudziestu pięciu okrążeniach. Spodziewałem się podwójnego niedoboru, czyli braku stu czterdziestu metrów, tymczasem miłe zaskoczenie: zabrakło tylko trzydziestu do pełnych 10 km. Ponieważ stadion był w obu przypadkach ten sam, pomyślałem sobie, że pewnie dokładność pomiaru zależy od pogody, dobrego humoru satelity i liczby przelatujących meteorytów. Ale – po trzeciej próbie – doszedłem do wniosku, że przeciętnie te niedokładności nie są wielkie, więc teraz już pomiarowi dystansu ufam, dodając sobie w myśli przed każdą liczbą „około”.

Jeśli chodzi o mierzenie czasu, to jednak dalej uważam, że lepszy jest stoper. Tu przewaga przycisku nad dotykiem jest wyraźna, bo łatwiej jest wycieńczonemu biegiem organizmowi (mówię o sobie) namacać przycisk, niż trafić palcem w ekran. W jednym punkcie aplikacja dla biegaczy przydaje mi się jednak tak bardzo, że wybaczam jej wszystkie ewentualne błędy. Otóż dzięki niej wreszcie nie muszę się martwić, że sprawdzian stadionowy odbyłem na marne. Robię je sobie od lat, lubię czasem wiedzieć dokładnie, ile mi zajmie 10 000 metrów, a do tego potrzebna jest wymiarowa bieżnia.

Sami wiecie, jak nudne jest samotne bieganie dookoła stadionu. Myśli zaczynają się błąkać w coraz większej odległości od bieżni i nagle na 17. czy 18. okrążeniu (najczęściej to się zdarza w tych okolicach) myśl niepokojąca do głowy wpada, że zaraz: to teraz robię 18 czy dopiero 17? I koniec. Już na zawsze pozostanie wątpliwość, czy to było 25 okrążeń, czy tylko 24, i czy ten niezły wynik wpisany z dumą do kajecika to nie jest przypadkiem wynik na dystansie 9 600 metrów. Różni samotnicy, czyli ci, którzy sami sobie muszą liczyć okrążenia, różne mają metody liczenia tych okrążeń. Na stadionie „Spójni” przed laty biegał taki jeden, co miał przy sobie 25 małych karteczek i co okrążenie jedną wyrzucał. Strasznie śmiecił, ale potem zbierał.

Wy, młodzi nowocześni, macie pewnie swoje specjalne przyrządy do liczenia, zegarki wam te okrążenia liczą, sygnalizują dźwiękiem, światłem lub szturchaniem, telefony na was pokrzykują, podając, które to właśnie i w jakim czasie. Ja mam od dziesięcioleci opracowany system liczenia na palcach i ma on tę właśnie wadę, że mózg po nastu okrążeniach mi się lasuje i na którymś kolejnym dopada mnie czasem wątpliwość: włożyłem na początku okrążenia kciuk między duży a serdeczny, czy nie? Z tym nowym urządzeniem telefonicznym tego problemu już nie ma. Kończę 25 okrążenie i tuż za metą sprawdzam, czy liczba przebytych kilometrów jest zbliżona do dziesięciu. Na ogół jest. Choć zawsze się boję, że kiedyś pokaże mi 9 800 m i będę się długo zastanawiał, czy powinienem zaokrąglić w górę, czy w dół…

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze listopad 2015.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij