Runner's World poleca:

Dziewczyny na medal, czyli Irena Szewińska i spółka w Tokio

Poleć ten artykuł:

Irena Kirszenstein (dziś Szewińska), Ewa Kłobukowska, Teresa Ciepły, Halina Górecka, Maria Piątkowska i Barbara Sobottowa w 1964 r. przywiozły z IO w Tokio wór medali, rekordy Polski i świata. Takich żniw nie zebrała już nigdy później żadna polska grupa biegaczek.

Zespół, jaki zabrał ze sobą do Tokio trener Andrzej Piotrowski, okazał się mieszanką idealną. Do kilku doświadczonych zawodniczek, które pamiętały jeszcze ducha i styl pracy słynnego polskiego Wunderteamu z lat 50., dołączyły dwa 18-letnie wielkie talenty: Irena Kirszenstein i Ewa Kłobukowska. A jeszcze kilka lat wcześniej obie młode lekkoatletki nawet nie marzyły o wyjeździe na igrzyska.

Irena Kirszenstein zajmowała się wtedy raczej zajęciami kółka aktorskiego w Pałacu Młodzieży i nie za bardzo interesowała się sportem. Imponowała jej co prawda "Czarna Gazela" Wilma Rudolph, amerykańska królowa sprintów z Rzymu, ale sama nie myślała, że będzie trenować lekką atletykę.

O przyszłej karierze obu zawodniczek miał zadecydować przypadek. Talent 15-letniej, długonogiej, mierzącej 176 cm wzrostu Irenki odkryła jej nauczycielka od wuefu Liliana Buholtz-Onufrowicz. "Kiedy zrobiła eliminacje do szkolnej drużyny na długim korytarzu, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Kirszenstein bez żadnego przygotowania pobiegła 60 metrów w czasie 8,1 s. Nauczycielka myślała, że jej się stoper zepsuł. Pobiegłam jeszcze raz i było podobnie" – śmieje się dzisiaj Irena Kirszenstein-Szewińska. Później przyszły treningi pod okiem Jana Kopyto z Polonii Warszawa, a następnie, od 1962 roku, praca z Andrzejem Piotrowskim.

Bardzo podobnie i w tym samym czasie do sportu trafiła Ewa Kłobukowska, namówiona do lekkiej atletyki przez prof. Reginę Morawską. Ewa miała już 16 lat i chciała być księgową lub bankierem, kiedy w 1962 roku zaczęła treningi biegowe.

Obie dziewczyny łatwo biły kolejne rekordy młodziczek i juniorek, jednak jeszcze w sezonie olimpijskim nie były pewne udziału w igrzyskach. Na początku czerwca 1964 roku Kirszenstein naderwała na treningu mięsień dwugłowy. Przez miesiąc miała przerwę i cieszyła się, że zdała maturę oraz wydział Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego, bo tak rok byłby stracony...

Także wzorowa uczennica Kłobukowska długo nie mogła dojść do wysokiej formy po zerwaniu mięśnia podudzia w 1963 roku. Na szczęście igrzyska odbywały się dopiero w październiku. W czerwcu obie dziewczyny wzięły udział w I Mistrzostwach Europy Juniorów na stadionie X-lecia w Warszawie.

Kirszenstein wygrała tam skok w dal, sztafetę, a w biegu na 200 metrów pobiła blisko 30-letni rekord Polski Stanisławy Walasiewiczówny. Kłobukowska była bezkonkurencyjna na 100 metrów. Od tego momentu było wiadomo, że nie może ich zabraknąć w Tokio.

Do stolicy Japonii polskie sprinterki leciały 1 października, w dniu urodzin Kłobukowskiej. Linie SAS przygotowały nawet dla niej z tej okazji okazały tort. "Ze względu na podobny wiek najbardziej przyjaźniłyśmy się z Ewą – mówi Szewińska. – Ale jak wchodziłyśmy do grupy sprinterek, czułyśmy dużo życzliwości ze strony starszych koleżanek. Marysia Piątkowska, Basia Sobottowa, Teresa Ciepły i Halina Górecka były dla nas doskonałymi wzorami do naśladowania. I to nie tylko jeśli chodzi o bieganie, ale i o życie w ogóle" – chwali koleżanki pani Irena.

Na dzień dobry w Tokio polskie sprinterki spotkały się ze specyficznym klimatem wioski olimpijskiej. Budynki przeznaczone dla kobiet ogrodzone były płotem, chroniła je straż i nie wolno było tam wchodzić żadnemu mężczyźnie.

Ze względu na zmianę czasu (w Japonii jest mniej więcej 8 godzin później) po przylocie naszym zawodniczkom świetnie się spało. Miało to mieć, niestety, pewne konsekwencje…

"Kiedy poszłyśmy na śniadanie, okazało się, że jest wydawane tylko do godz. 10. A dotarłyśmy tam zaledwie 5 minut po czasie. Ludzie ciągle jeszcze jedli, więc prosiłyśmy Japończyków, żeby nas wyjątkowo wpuścili. Mówiłyśmy o nocnym przylocie, obiecywałyśmy szybko zjeść. Ukłonili się, ale… nas nie wpuścili. Tam wszystko było bardzo punktualnie i regulaminowo. I tak pierwszy dzień zaczęłyśmy na »głodniaka«" – wspomina pani Irena.

Srebrna Irena. Skok w dal

Medalowe żniwa rozpoczęły się już pierwszego dnia zawodów lekkoatletycznych. Na skocznię wyszła młodziutka Irena Kirszensteinówna (jak nazywali ją wówczas dziennikarze). Mimo że była już rekordzistą Polski w skoku w dal, niewielu fachowców dawało jej szanse na sukces.

"Kirszensteinówna ma bardzo niezrównoważoną formę – pisał dla "Przeglądu Sportowego" Jerzy Zmarzlik. – W skoku w dal może równie dobrze skoczyć 650 cm, jak i nie odegrać żadnej roli. To wielki talent, ale jeszcze zupełnie surowy technicznie. No ale czasami takie nieokiełznane talenty robią największe niespodzianki..." – oceniał.

Polka niewiele sobie robiła z opinii fachowców. W odróżnieniu od utytułowanych rywalek nie czuła żadnej presji. Można nawet powiedzieć, że nie do końca zdawała sobie sprawę, co ją właśnie czeka.

"Jak rano wyszłam na stadion, to aż mnie dreszcze przeszły – wspomina. – Był wypełniony kibicami, w większości dziećmi w szkolnych mundurkach. Zawsze lubiłam historię starożytną i dużo o niej czytałam. Ale dopiero jak stanęłam na stadionie, to do mnie dotarło, że naprawdę biorę udział w igrzyskach olimpijskich. Skrzydła mi urosły kiedy stanęłam na rozbiegu skoku w dal!" – opisuje.

Start w porannych eliminacjach okazało się jednak trudniejszy niż sama przypuszczała.

"Po rozgrzewce od razu założyłam buty z kolcami, żeby jak najszybciej oddać skoki próbne. Kolce były wtedy dłuższe, bo biegałyśmy po zwykłej bieżni, a nie jak dzisiaj po tartanie. Okazało się, że na skocznię trzeba przejść spory kawałek dookoła stadionu. Szło się po betonie, specjalnym wewnętrznym korytarzem. I tak przez pół stadionu maszerowałam w długich kolcach… na piętach!" – śmieje się dziś Irena Szewińska .

Wiadomo było, że Polka jest bardzo szybka na rozbiegu i dysponuje świetnym odbiciem. Często miewała jednak problemy z trafieniem w belkę. Ponieważ na igrzyskach chciała wystartować w kilku konkurencjach, mniej niż jej rywalki trenowała skok w dal. Jednak już pierwsze próby eliminacyjne pokazały, że Irena była w świetnej dyspozycji.

Tagi: historia polskiej lekkiej atletyki | Irena Szewińska | Igrzyska Olimpijskie w Tokio

Oceń artykuł:

4.4

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij