Runner's World poleca:

Forma i kontuzja, czyli debiut w maratonie [LIST CZYTELNIKA]

Poleć ten artykuł:

Szykujesz się do swojego debiutu w maratonie. Forma rośnie jak na drożdżach. Czujesz moc. Aż tu nagle tydzień przed startem - kontuzja. To przytrafiło Dariuszowi. Ostatni dni przed startem na królewskim dystansie spędził w aptece. Przeczytaj, jak skończyła się ta historia.

debiut w maratonie

Kiedyś dawno temu wymyśliłem sobie taki cel – chciałbym przebiec maraton. W ogóle uważam, że posiadanie jakiegoś celu w życiu jest bardzo ważne. To napędza. Daje motywację do działania i satysfakcję po jego spełnieniu. Nieważne co to jest – maraton, nauka gry na bałałajce czy pójście na kurs orgiami – NIEWAŻNE. Ważne, żeby po przebudzeniu rano wiedzieć, że do czegoś się dąży. Myślę, że nasze życie wtedy jest jakieś takie pełniejsze i minimalizujemy ryzyko rutyny. Dla mnie to bardzo ważne, dlatego też teraz kilka dni regeneracji i ruszam z kolejnymi wyzwaniami.

Tak w zasadzie to moje bieganie szło kolejno - książkowo wręcz. Regularnie biegać zacząłem od naprawdę niewielkich dystansów, więc pierwszy mini-cel to było przebiegnięcie 10 km. Poszło. Potem sukcesywne zwiększanie dystansu zaprowadziło do półmaratonu, a w ostateczności do maratonu. Jako że ten ostatni to już rzeczywiście spory dystans, zacząłem trenować według planu. Wcześniej to typowy freestyle i zabawa bieganiem.

Można powiedzieć, że od sierpnia biegałem już pod kątem maratonu. Do tego treningi obwodowe i żeby to wszystko miało jakiś sens, włączyłem w to oczywiście w miarę rozsądne odżywianie. Wszystko szło zgodnie z planem. Jak miałem wolne to zdarzały się 2 treningi dziennie. A jak nie to praca-dom-trening - POWTÓRZ KOLEJNEGO DNIA. Było dobrze. Dzień „0” coraz bliżej. Forma jest. W zasadzie to mogę powiedzieć, że w życiu nie miałem takiej formy jak na ten tydzień przed maratonem, więc byłem bardzo pewny siebie. No i jak to często w takich przypadkach bywa, los postanowił się ze mnie trochę pośmiać i na jednym z treningów poczęstował mnie kontuzją...

Naprawdę bolesną. Wraz z "wujkiem google" zdiagnozowaliśmy, że to dosyć częsta kontuzja biegaczy, czyli problem z przyczepem łydki (tak wiem, bardzo nierozsądnie bo powinienem iść do lekarza itd. no ale...). Do biegu tydzień, więc w głowie panika i apteka staje się mi bliższa niż sklep spożywczy.

Maść przeciwzapalna i przeciwbólowa, maść rozgrzewająca, maść chłodząca, tabletki przeciwzapalne (pół wypłaty zostawione), okłady lodem, masaże, zimne prysznice, tejpy (do tego musiałem nawet kawałek nogi ogolić, takie poświęcenie!) – wszystko na potęgę. Robiłem, co mogłem. Totalna rezygnacja i załamka, bo naprawdę dużo serca włożyłem w te całe przygotowania i co, nagle wszystko na marne? Na to się zapowiadało, bo do ostatniej nocy miałem wątpliwości, czy powinienem wystartować i stawiać zdrowie na szali. Postanowiłem więc, że wystartować na pewno muszę, nie ma takiej opcji, że nie stanę tam przynajmniej na tej linii startu i nie spróbuję. Wiele osób trzymało za mnie kciuki, rodzina miała do mnie przyjechać z innego miasta, żeby zobaczyć mnie na trasie. Nie mogłem przecież ich zawieść. Nie mogłem zawieść też siebie.

Wstałem więc rano, wysmarowałem nogę, czym mogłem, łyknąłem tabletkę przeciwbólową (mało rozsądnie wiem, ale to tylko jeden mały ibuprofen ;)) no i w drogę pod Stadion Narodowy. Nie chcę tu też robić jakiejś niepotrzebnej dramaturgii, bo tak naprawdę, to tego dnia bolało mnie już dużo mniej niż na początku, ale dyskomfort był i tak spory, zwłaszcza psychiczny. Dłuższa niż zwykle rozgrzewka i ustawiam się na starcie. Swoją drogą to też ciekawa sprawa, bo ludzi było tyle, że zanim przekroczyłem linię startu, minęło 8 minut od wystrzału startera.

Tak wyglądają takie biegi. Pierwsze metry biegu (o ile tak to można nazwać) to przełamywanie bariery psychicznej i wyczucie, na ile mogę sobie pozwolić. Niestety, nie mogłem sobie pozwolić na zbyt wiele, bo przy każdym szybszym ruchu jednak czułem kłucie w tej łydce. Trudno. Wiedziałem już wtedy, że nie ma mowy o jakimkolwiek ściganiu. Tylko walka o dotrwanie do końca. W zasadzie to taki był cel – PRZEBIEC, a nie się ścigać. No, ale wiadomo, że gdzieś tam z tyłu głowy ambicja podpowiadała, żeby wykręcić przy tym jakiś fajny czas.

Pierwsze kilometry zatem polegały na wynalezieniu takiej techniki biegu, która maksymalnie odciążałaby bolącą łydkę. I na szczęście w miarę się to udało. W sumie prosta sprawa – wystarczyło biegać bardziej „z pięty”, czyli lądowanie i odbicie maksymalnie przejmuje śródstopie i pięta, a minimalnie palce. Jakoś to funkcjonowało. Co prawda mięśnie czworogłowe i zginacze stawu biodrowego dostały mocno po tyłku, no ale inaczej się nie dało. Dzień po maratonie mi to oddały, bo bolały BARDZO.

Podsumowując – moja technika biegu była bardzo słaba, a tempo zupełnie nie moje. I to właśnie było w tym wszystkim najtrudniejsze, bo paradoksalnie nie jest łatwo biegać wolniej, jak się ma jakieś swoje optymalne tempo. Naprawdę więcej wysiłku kosztowało mnie to, żeby biec w ten sposób, czyli średnio o minutę/km wolniej niż zwykle, niż bieg w szybszym, ale swoim tempie. No, ale dostosowałem się do tego, co mogłem w tym momencie dać z siebie. Takie dostosowanie trwało mniej więcej do 15 km, później już można powiedzieć, że przyzwyczaiłem się do tego i nawet zdarzało mi się nieświadomie wrzucać na wyższe obroty. No, ale zwykle wtedy moja boląca noga zdawała się mówić do mnie „zapomniałeś, że tu jestem?”.

Wiadomo, że starałem się zapomnieć. A pomagała w tym na pewno adrenalina i muzyka, która towarzyszyła mi przez całą trasę. W ogóle nie wyobrażam sobie biegania bez muzyki… Życia sobie bez muzyki nie wyobrażam wręcz! Chyba znacie te przyśpieszenie w nogach, gdy włącza się Wasz ulubiony kawałek na słuchawkach? Poza tym, jakoś tak przyjemniej i szybciej czas płynie podczas biegu. I tak się toczył ten bieg. Co najważniejsze – cały czas z uśmiechem na twarzy, bo po pierwsze: robiłem to co lubię; po drugie: spełniałem swój cel; po trzecie: była super pogoda; po czwarte: atmosfera na trasie była naprawdę bardzo fajna.

Co do atmosfery właśnie, to miłe uczucie, jak obcy ludzie biją ci brawo, dopingują, przybijają piąteczki i dają z siebie wszystko, żeby umilić ci ten odcinek trasy, na którym stoją. W ogóle sami zawodnicy to też w większości sympatyczni i życzliwi ludzie. Wiadomo, że rywalizacja o zwycięstwo rządzi się innymi prawami, ale dalsza stawka to bieg w rodzinnej atmosferze. Też byłem życzliwy, bo np. widząc, że pewnemu panu przede mną wypadł żel energetyczny, podarowałem mu swój, aż sam chyba wyślę swoje zgłoszenie do nagrody FAIR PLAY 2015. Mi wystarczyło, a on bez tego mógłby nie dobiec - uwierzcie.

W kwestii bufetów na trasie to wcześniej oczywiście opracowałem sobie taktykę, co i kiedy jeść, i pić tzn. na którym kilometrze banan, na którym żel, na którym izotonik. No i się to sprawdziło, bo w żadnym momencie nie czułem się wyczerpany. A ma to znaczenie, bo wyobrażacie sobie 4 godziny w ruchu bez jedzenia? W którymś momencie nasze paliwo się wyczerpuje i jest tzw. ściana, która powoduje, że człowiek po prostu staje i nie jest w stanie dalej biec (podobno, bo ja tego nie doświadczyłem ;)).

Dlatego trzeba dolewać paliwa w postaci szybko przyswajanych węglowodanów, które realnie dodają siły. Jest to wyczuwalne. Znaczenie tutaj też na pewno miało to obżeranie się węglowodanami kilka dni przed startem. Biegłem więc, jadłem, piłem, słuchałem muzyki i cieszyłem się tym co robię. Widoki – bardzo ładne. Ciekawa trasa, więc naprawdę nie wiem kiedy mi te 4 godziny minęły.

Podobno w maratonie prawdziwe bieganie rozpoczyna się po 32 km, ale jakoś tak chyba tego nie odczułem szczerze mówiąc. Było dobrze. Tak to mijało, aż w końcu na horyzoncie ukazał się Stadion Narodowy, więc wiedziałem już, że mi się udało. Muszę przyznać, że nie często w życiu zdarzała mi się tak wielka wewnętrzna radość, jak w momencie mijania mety na płycie stadionu.

Naprawdę MEGA uczucie, które zapamiętam do końca życia. Również, ze względu na to, że była tam ze mną moja rodzina. No i nagle jedno z najdziwniejszych uczuć – przejście z biegu do chodu po takim dystansie. Lekkie rozciąganie i czekam w kolejce na masaż. Po tym spotykam się z rodziną i czuję dumę.

KONIEC RELACJI.

P.S. I coś Wam powiem. Może się wydawać, że to tylko zwykły bieg. Że całe bieganie to tylko wysiłek fizyczny, który ma poprawiać naszą sylwetkę. Ale jest coś jeszcze. To wszystkie te kwestie, które budują naszą osobowość. Które w pewnym stopniu są kształtowane przez to, co robimy. W moim przypadku jest to bieganie. A w tym konkretnym przypadku był to maraton. Wiecie czego mnie to nauczyło?

POKORA - Stawiam to jako punkt pierwszy. Te nerwy spowodowane niepewnością co do startu w związku z kontuzją zafundowałem sam sobie, na własne życzenie. Nie ukrywam, że gdy dobrze szły mi wszystkie przygotowania, to nie zważałem na regenerację – przebiegłeś 32 km na treningu? Nieważne, 2 dni później możesz znowu mocny trening zrobić! Gdzie powinienem nawet do tygodnia lub więcej odpuścić… Włączył mi się trochę tryb nieśmiertelności. To było głupie. Zbyt mały szacunek do własnego zdrowia – to mnie pokarało. Ale czasem ciężko jest się zmusić do nic nie robienia, gdy dobrze idzie. Ci co ćwiczą wiedzą, o czym mówię. Mam nauczkę i postaram się już tego błędu nie popełnić. Wrzucam to do worka doświadczeń.

SAMODYSCYPLINA - Wiedziałem, że żeby osiągnąć ten cel muszę sumiennie podejść do treningu i całej tej otoczki. I tak było. Jak wiedziałem, że jakiegoś dnia będę miał mało czasu na trening, to nie było problemem wstać o 5 i iść pobiegać przed pracą. A co najlepsze, nigdy nie traktowałem tego jako obowiązek tylko zawsze sprawiało mi to przyjemność. Przygotowywać codziennie zdrowe posiłki też trzeba było. I też nie był to problem.

RACJONALNOŚĆ - Miałem do wyboru – albo biec w tempie, które pozwala mi ukończyć bieg, albo się podpalić i dodać gazu, co groziłoby zejściem z trasy. Zachowywałem, więc zdrowy rozsądek choć nie raz była pokusa, żeby przyśpieszyć, gdy trochę lepiej się poczułem. Ale nie podpalałem się. To dla mnie ważne. No i z drugiej strony – przed biegiem miałem w ręku Ketonal, bo chciałem zrobić wszystko, żeby za wszelką cenę przebiec ten dystans. Nie wziąłem. I to dla mnie jest duży sukces, że potrafiłem postawić wyżej swoje zdrowie niż w tym wypadku chorą ambicję.

UMIEJĘTNOŚĆ DĄŻENIA DO CELU - Wiem, że jeżeli to mi się udało, to mogę jeszcze więcej. Wiem, że niektórym może wydawać się to głupie, ale moim zdaniem rzeczywiście jest tak, że to co robimy kształtuje w pewnym stopniu naszą osobowość. Może czasem nie zawsze od razu są to widoczne rzeczy, ale myślę, że w moim przypadku, to co robię dokłada małe, pozytywne puzzelki do mojego JA. Mój czas w maratonie to ponad 4 godziny. Wiem, że jakbym był w pełni zdrowy to wykręciłbym coś w granicy 3 h 35 min, bo na tyle obiektywnie byłem przygotowany. Czułem się i wytrzymałościowo, i wydolnościowo, dobry jak nigdy. Szczerze mówiąc, to za linią mety miałem przeświadczenie, że mógłbym jeszcze biec i biec. No, ale celem było przebiec ten dystans… i przebiegłem. Ścigać się będę następnym razem.

Podsumowując moją przygodę z maratonem to naprawdę było WARTO! I słowo „przygoda” to dobre słowo. Fajny etap w moim życiu. Chociaż nie wyszło do końca tak, jak chciałem, to jednak jest to sukces.

RW

Tagi: debiut w maratonie | kontuzja przed maratonem | jak przebiec pierwszy maraton

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij