[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Gazu, czyli biegacz kontra pies [felieton Jacka Fedorowicza]

Natrafiłem w prasie na opis dramatycznego zdarzenia. Maratończyk trenujący w lesie pod Łodzią omal nie został zagryziony przez trzy duże psy.

Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World Jacek Fedorowicz: satyryk, aktor, biegacz i felietonista Runner's World (fot. Tomasz Woźny)

Psy postanowiły pożywić się biegaczem w Lesie Łagiewnickim. Znam ten las. Biegałem tam zawsze, gdy odwiedzałem Łódź, a zaczęło się to w 1966 roku, gdy kręciliśmy fim „Kochajmy syrenki” i ośrodek wczasowy w Arturówku odgrywał rolę eleganckiego hotelu na Mazurach. Dla oszczędności: do Arturówka z łódzkiej Wytwórni Filmowej było trochę bliżej niż do Mrągowa.  

Biegałem tam w czasach przed-dżi-pi-esowych, więc początkowo co najmniej kilka razy udało mi się tam zabłądzić, i to dość skutecznie. Najstaranniej wymalowane na drzewach znaki szlaku turystycznego wytyczały trasę, która była sporą pętlą. Znając własne skłonności do błądzenia, postanowiłem, że będę się ich pilnie trzymał.

Kilka razy mnie dziwiło, co ten las taki duży. Że przebiegam trzeci raz tę samą trasę, zorientowałem się dopiero jak spadł śnieg i rozpoznałem po podeszwach moje własne ślady. Ale wolałbym umrzeć z głodu na pętli niż być rozszarpany przez psy. Co mną wstrząsnęło w przygodzie maratończyka: już opatrzony w szpitalu biegacz powiedział, że psy zaatakowały po cichu, bez uprzedzania szczekaniem, bez agresji nawet. „Nie, one nie były rozeźlone, one spokojnie realizowały swój plan, one po prostu chciały mnie zabić” – mówił.

To, że maratończyk przeżył, graniczy z cudem. Nie miał prawa przeżyć, a przeżył tylko dzięki swej sile, woli walki, determinacji – za wszelką cenę postanowił dociągnąć gryzące go psy kawałeczek dalej, do miejsca, o którym wiedział, że tam będzie widoczny z okien ośrodka wypoczynkowego – i dzięki niebywałemu szczęściu. Rzeczywiście, zauważono go i natychmiastowa pomoc uratowała mu życie. Dodatkowe szczęście polegało na tym, że zanim dotarł do zbawiennego miejsca, psy – jak opowiadał – nie zdążyły rozerwać mu żadnej tętnicy ani doskoczyć do gardła.

REKLAMA

REKLAMA

To już kolejna taka opowieść. Kilka podobnych czytałem swego czasu w "Runner's World" (sam naczelny to przeżył!); w jednej bohaterem był biegacz, któremu udało się wspiąć na drzewo, pod którym następnie ułożyły się trzy głodne pit bulle, postanowiwszy, że zaczekają, aż spadnie. Reakcja po takich lekturach jest zazwyczaj taka, że w pierwszej fazie wyobrażamy sobie nas samych w takiej sytuacji, co powoduje nieprzyjemne mrowienie w mięśniach karku, brzucha czy gdzie komu mrowi (przyp. redakcji: aż 65% Czytelników RW wskazało biegającego bez opieki psa jako największą biegową zmorę; sprawdź, jak radzić sobie z takimi sytuacjami: Bieganie bez strachu: 6 stresujących sytuacji i rozwiązania). 

W drugiej fazie postanawiamy, że zawsze będziemy mieli ze sobą gaz pieprzowy, nabywamy miotacz gazowy, a częściej dwa (bo a nuż jeden nie zadziała) i wkładamy je do kieszeni, wybierając się na trening nazajutrz. Potem nieodmiennie następują kolejne fazy, nazwijmy je entuzjazmem więdnącym. Bo okazuje się, że spodenek z kieszeniami takimi jak by trzeba nie mamy, gorzej, takich w ogóle nie produkują: miejsca, w których mimo wszystko staramy się upchać miotacze, nie są do tego przeznaczone, więc miotacze utrudniają bieg i ogólnie uprzykrzają życie.

Najdalej trzeciego dnia dochodzimy do wniosku, że przecież nasza okolica jest gęsto zaludniona, a sąsiadom jeszcze się nie zdarzyło wypuścić samopas (samopies?) agresywnego doga. Jednym słowem: dziś brać nie trzeba, ale twardo postanawiamy, że na sobotnie wybieganie za miastem to już na pewno gaz ze sobą weźmiemy. I nie bierzemy. Nie bierzemy już nigdy. Aż do czasu, gdy którejś soboty na kompletnym bezludziu z krzaków wychyną połączone wspólnym pragnieniem mordu mastif, pit bull i rottweiler…

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze maj-czerwiec 2019

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij