Runner's World poleca:

Grzegorz Szczechla: Człowiek z patentem na przeszkody

Poleć ten artykuł:

Czołówka biegów przeszkodowych dopiero się kształtuje. Ale gdy już się ukształtuje, to jej kształt będzie musiał uwzględnić Grzegorza Szczechlę. Wystarczy powiedzieć, że ten gość w jednym roku wygrał piętnaście takich biegów. W tym jedenaście z nich pod rząd.

Grzegorz Szczechla, biegi przeszkodowe, biegi przygodowe Zobacz całą galerię

Przygoda Grzegorza Szczechli z biegami przeszkodowymi zaczęła się tak jak zaczyna się większość przygód w jego życiu – spontanicznie. Któregoś dnia zadzwonili koledzy, że jadą na Runmageddon. Była 9 wieczorem, a wyjeżdżali o 5 rano.

Grzesiek się zgodził, a potem siadł przed komputerem, żeby sprawdzić w Google, co to w ogóle jest. Tyle było przygotowań. Wystarczyło jednak, żeby zająć na tym pierwszym biegu czwarte miejsce, złapać bakcyla i zdecydować, że to jest jego sportowa droga.

„Postanowiłem przygotować się porządnie do kolejnego sezonu, żeby mieć lepsze wyniki. A że jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy, to robotę wykonałem sumiennie” – opowiada. I nie są to słowa bez pokrycia. W 2015 roku Grzegorz wygrał 15 biegów przeszkodowych w kraju.

Głowa – sukces i zguba

2016 rok to kolejny etap udowadniania, że jest z niego materiał na absolutnego lidera tego rodzaju biegów. Już nie tylko w kraju, ale i na świecie. W marcu pojechał na eliminacje mistrzostw świata do Holandii. No i siłą przyzwyczajenia te zawody wygrał. W maju zdecydował się więc na kolejne międzynarodowe zawody, tym razem we Włoszech. Tam wywalczył drugie miejsce.

Przybiegł pół minuty po liderze światowych rankingów. Szkopuł w tym, że na samym początku biegu spadł ze ścianki i skręcił nogę. Biegł jednak dalej. Skrócił krok i pokonywał kolejne przeszkody. Siłą woli – głową!

„Zawsze myślałem, że właśnie głowa jest moją najmocniejszą stroną – mówi. – Po tym biegu przekonałem się jednak, że tak jak silna wola może być źródłem sukcesu, tak może stać się też moją zgubą. We Włoszech powinienem był odpuścić, zejść z trasy. Ale ja nie umiem odpuszczać” – opowiada.

Tak samo walczył więc na mistrzostwach Europy w czerwcu. Pojechał z przekonaniem, że wyleczył nogę. Przez 8 km było OK. Potem noga strzeliła i znów zaczęła się walka o przetrwanie. Ostatnią przeszkodę Grzesiek pokonywał przez 20 minut. Wchodził i spadał, wchodził i spadał… Między upadkami tracił na chwilę świadomość. Na mecie – gdy w końcu udało mu się pokonać tę ostatnią ścianę – zemdlał.

Dziś Grzesiek odzyskał już zdrowie. „Noga nie boli, gdy biegam po płaskim. Na wertepach trochę ją czuję, ale to nic takiego” – śmieje się.

Ból podpowiada, kiedy odpuścić, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Czasem jednak człowiek się zapomina i nie słucha doradców…

Jak to się stało, że ma do tego talent? Wszystko zaczęło się od chromosomu Y i tego, że nie został bramkarzem. Bo zamiłowanie do sportu przeszło na niego z ojca – właśnie z chromosomem Y. Tato ma dziś 84 lata i ciągle dziarsko szaleje z kilofem w ogrodzie. Przez 20 lat uprawiał sport wyczynowo – jeździł na żużlu w Legii Warszawa – a do tego skończył AWF i był wuefistą. „No i ma o 26 lat młodszą żonę. Moją 59-letnią mamę” – mówi Grzesiek.

To właśnie tato zaszczepił w nim miłość do sportu. Ale nie obyło się bez negocjacji, bo Grzesiek chciał być bramkarzem. Tato jednak przekonywał, że w ich rodzinie nie ma wysokich facetów, więc i on ma małe szanse na wzrost bramkarski. Syn uległ namowom i zaczął biegać. A potem wyrósł na 190-centymetrowego dryblasa.

„Zaniechanie kariery bramkarskiej było więc błędem. Ale nie żałuję, bo i tak wszystko w moim życiu potoczyło się szczęśliwie” – śmieje się Grzesiek. Szczęśliwie, bo trafił w ręce trenera, który zaprowadził go na juniorskie szczyty. W biegu na 2000 m z przeszkodami zdobył mistrzostwo Polski. Kiedy już podrósł, postanowił iść na AWF. No i tak zrobił. Na pierwszym roku jednak jego kręgosłup powiedział „dość”.

Za dużo fikołków, za dużo skoków, za dużo sportu na za słabe plecy. Poszedł na biologię. Postanowił zostać nauczycielem i kolarzem. Przesiadł się na szosówkę, żeby odciążyć plecy. Szło nieźle, wygrywał lokalne wyścigi, potem jednak przyszła praca w szkole i odwiesił rower na haki. Zapisał się na siłownię. Tam, zamiast tylko rzeźbić bicka i klatę, zajął się wzmacnianiem całego ciała.

Pewnie dlatego, jak go wyciągnęli na ten pierwszy Runmageddon, to poszło mu tak dobrze. Miał bazę wytrzymałościową – czyli to, co zostało z biegania i roweru – oraz siłową – czyli to, co zrobił na sztangach. A przez 2 lata praca była poważna, bo z 69 kg waga skoczyła mu do 85 kg.

Grzechu w małpim gaju

„Lubię adrenalinę i współzawodnictwo. A w tego rodzaju wyścigach jest jedno i drugie. No i trzeba siłę robić z głową. Ogólnorozwojowo” – wyjaśnia Grzegorz.

Dlatego od siłowni woli swój przydomowy małpi gaj. Urządził sobie taki z kołami gimnastycznymi, z drążkami do podciągania, linami do przechodzenia w powietrzu z jednej na drugą. Tam ćwiczy, tam szykuje formę do mistrzostw świata 16 października. Pod koniec sierpnia forma ma być gotowa. A że ją przygotuje, to pewne (Aktualizacja: zajął 3. miejsce w biegu sztafetowym).

Tagi: Grzegorz Szczechla | biegi przeszkodowe | biegi przygodowe

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij