Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ
1



OCEŃ
2.8

Jacek „Mezo” Mejer: Bieganie, czyli to, co ważne

Miał być tenisistą, a potem piłkarzem. Jednak to zabawa z muzyką przekształciła się w zawód. Nie mówi o sobie: muzyk, artysta. Woli: raper. Mezo jest chyba jedynym przedstawicielem polskiego hip-hopu, który przebiegł maraton.

Jacek „Mezo” Mejer: Bieganie, czyli to, co ważne fot. tomaszraczynski.pl

Już na pierwszych lekcjach WF w szkole podstawowej odkryłem, że mam smykałkę do biegania. Krótkie czy długie dystanse nie stanowiły dla mnie problemu. Najlepiej odnalazłem się jednak w średnich. Potem chciałem zostać piłkarzem.

Grałem w piłkę przez 7 lat w Lechu Poznań. Pamiętam, że kiedy biegaliśmy na zimowych obozach kondycyjnych, byłem tak zwanym koniem pociągowym: cały czas w czubie. Wiedziałem, że jestem mocny.

Rymy układam w biegu

Bieganie naprawdę mnie inspiruje i nie jest to fraza z reklamy. Kiedy biegnę po lesie koło mojego domu, zupełnie się wyłączam, absolutnie rozluźniam i daje mi to moc twórczą. Łapię często fajne pomysły. Potrafię po takim godzinnym bieg ułożyć pół zwrotki w głowie.

Wpadają mi jakieś wersy, później powtarzam je sobie w myślach, a po treningu tylko siadam, żeby je zapisać – jeszcze przed wzięciem prysznica. Oczywiście, kiedy biegnę mocniejszym tempem, nie zawsze myślę o tekstach, choć nie wyklucza to łapania inspiracji. Na dłuższych dystansach słucham muzyki. Musi być energetyczna, musi mnie nieść. Zwykle jest to hip-hop.

Faza na muzę

Nie myślałem, że zostanę muzykiem, artystą, a raczej raperem – o, to najlepsze określenie. Miałem być piłkarzem. W pewnym momencie moja pasja do muzyki przekształciła się w zawód. W wieku 17 lat zdałem sobie sprawę, że nie interesuje mnie bycie piłkarzem II ligi i zakończyłem karierę, ale bieganie i pasja do sportu zostały. Teraz trenuję także boks, tenis i chodzę na siłownię, żeby przybrać trochę masy mięśniowej.

Ostre bieganie nie sprzyja generalnie budowaniu masy, ale wolę mieć wyrzeźbioną sylwetkę niż posturę „masowca”. Mam taki zawód, że mogę ustawić sobie dzień, jak chcę, i to mi daje możliwość w miarę regularnych treningów. Lubię to uczucie, kiedy stoję zmęczony pod prysznicem i wiem, że przebiegłem 10 km, zrobiłem dwugodzinny trening na ringu albo rozegrałem trzy sety w tenisa. Czuję się wtedy mocniejszy fizycznie i psychicznie.

Po melanżu na maraton

Maraton Poznański przebiegłem w 2002 roku. Wcześniej przygotowywałem się ok. 4 miesiące. Przebiegłem go w 3:54, czyli całkiem nieźle jak na debiut w rzęsistym deszczu. A do tego o godzinie 24.00 kończyłem swoją audycję w radiu, a potem zagubiłem się na mocnym melanżu. Na mecie miałem sine usta. Przez tydzień, żeby wejść po schodach, musiałem się mocno trzymać poręczy, ale byłem zachwycony całą atmosferą biegu.

Postanowiłem sobie, że stanę na starcie maratonu w chwili, kiedy będę gotowy pobić wynik z debiutu, żeby zejść poniżej 3:30. W 2009 wystartowałem w Maratonie Poznań w barwach Drużyny Szpiku razem z Piotrem Reissem i Kasią Bujakiewicz, żeby wspomóc akcję oddawania szpiku kostnego, ale nie byłem przygotowany i przebiegłem tylko 10 km. Trasa minęła, jakbym biegł 5 minut, bo pozdrawiali nas poznaniacy. Gdyby nie to, że miałem tego dnia egzamin, „puknąłbym” ze 20 km. Na bieganie maratonów jeszcze mam czas. Po czterdziestce przyłożę się ostro!

RW 03-04/2010

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij