Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Japończyk w goglach [felieton Jacka Fedorowicza]

Dziś będzie apel: nie dajmy się zwariować. Zagrożenie na razie nie jest wielkie, ale czujność nie zawadzi.

25 lat temu znany historyk, a i podróżnik z zamiłowania, prof. Norman Davies, opowiadał, jak to podczas wizyty w Japonii wybrał się na ślizgawkę. Miał wszystko, co trzeba: kask, ochraniacze, o łyżwach też pamiętał. Niestety, okazało się, że profesor ma nieodpowiednie gogle, na co zwrócili mu uwagę życzliwi tubylcy. Nie żeby zaraz zabraniali mu wejścia na lód, ale prawie. Tłumaczyli, że na ślizgawce musi mieć gogle łyżwiarskie, a te, co ma, są narciarskie i w narciarskich żaden Japończyk na lód nie wyjdzie. Różnice między jednymi i drugimi Davies dostrzegł z najwyższym trudem.

My, słuchacze opowiastki Daviesa, dopiero co wyrwani z socjalizmu Polacy, potraktowaliśmy wówczas postawę Japończyków jak typowe „przewrócenie się we łbie” z bogactwa. System wolnorynkowy dziś już znamy i wiemy, że stara się on sztucznie wywoływać potrzeby. Ktoś wmówił Japończykom, że na lód potrzebne są inne gogle niż na śnieg. Japończycy to łyknęli, a potem, jak już mieli po dwa egzemplarze każdy, to pewnie ruszyła kampania, że inne gogle są do ślizgów porannych, inne do wieczornych i że podział na gogle poranne i wieczorne dotyczy zarówno tych śnieżnych, jak i lodowych.

Jestem człowiekiem sceptycznym wobec wszelkich mód i konwenansów, i chyba nie dałbym się namówić na gogle specjalnie na sanki – inne niż na narty. Nie patrzę też, czy coś jest „markowe”, czy nie – ważne, czy dobrze mi służy. Kupiłem sobie niedawno okulary za 16 zł i bardzo je sobie chwalę, choć wiem, że modni młodzi ludzie, którzy z odległości 20 metrów potrafią odróżnić oprawkę za 1400 zł od takiej za 1200 zł, patrzą na mnie jak na bezdomnego, wykolejeńca albo uchodźcę.

Co to ma wspólnego z bieganiem? Ma. Pojawiają się wciąż nowe potrzeby nie tylko japońskich łyżwiarzy – polskich biegaczy też. Dawniej wystarczały skarpetki do kostki, teraz już trzeba mieć do kolan, bo to podobno ma zbawienny wpływ na łydki. Domyślam się, że producenci tych dłuższych skarpet będą przysięgać na zbawienie, że oni nie dlatego, żeby zarobić, tylko żeby łydkom zrobić dobrze. I ja nie mam prawa odmawiać im udziału w szlachetnym dziele ulepszania strojów dla biegaczy, niemniej chciałbym przestrzec przed przesadą. Nie wierzmy każdemu ulepszaczowi.

Bądźmy czujni, bo wpadniemy w to, w co wpadli ci Japończycy od gogli! Uwierzymy, że maraton można pobiec tylko w maratonowych butach i koszulce, nie mówiąc już o maratonowej czapeczce, skarpetach i maratonowym zegarku, natomiast półmaraton wyłącznie w półmaratonowych odmianach wyżej wymienionego asortymentu. A jak ktoś w półmaratonowym stroju stanie na starcie dychy, to tak będą się na niego gapili, że spali się ze wstydu, odda numer i pójdzie do domu.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze kwiecień 2016.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij