Runner's World poleca:

Jerzy Bednarz i Barbara Gil, czyli król i królowa maratonu

Poleć ten artykuł:

Sport zdrowy jest regularny i umiarkowany. Oni mówią: „Maratony to nic wielkiego, biegamy je regularnie”. Co tydzień, co 3 dni, co dzień... Barbara Gil i Jerzy Bednarz zdradzają, w jaki sposób są w stanie pokonywać nawet do kilkudziesięciu maratonów w roku.

Barbara Gil i Jerzy Bednarz: Królowie maratonów

Lista 100+, zwana także listą Bednarza, to wykaz biegaczy, którzy ścigają się w liczbie przebiegniętych maratonów i dystansów ultra. Co roku Jerzy Bednarz, jej aktualny lider, który ma już na koncie 675 takich biegów, zbiera dane od wszystkich umieszczonych na liście, uaktualnia spis i wysyła w świat, gdzie powstaje globalna klasyfikacja.

Jej liderem jest Christian Hottas, Niemiec mogący pochwalić się dwoma tysiącami takich biegów. Kobiety nie są w tych wyścigach kolekcjonerskich gorsze. Światowa liderka, Sigrid Eichner, ma na koncie ponad 1800 ultra i zwykłych maratonów, a polska liderka, która w tym roku pobiła rekord świętej pamięci Barbary Szlachetki, Barbara Gil, zgromadziła ich już 400 i jest w krajowej klasyfikacji czwarta.

Są to ludzie, którzy każdego roku potrafią przebiec kilkadziesiąt maratonów. Jeden z młodych, utalentowanych z listy, czyli żołnierz Mariusz Szostak, przebiegł ten dystans jednego roku 70 razy, z czego 42 codziennie, pod rząd.

Jeżdżą nie tylko po całym kraju, ale też i za granicę – na przykład do Niemiec, gdzie oficjalne maratony odbywają się w bardzo niezobowiązującej, trochę towarzyskiej formule. Wyznacza się dystans, zgłasza do odpowiedniej organizacji i czasem wystarczy zebrać grupę trzech uczestników, by taki bieg został uznany za maraton. W ten sposób ludzie z listy 100+ tworzą życiową kolekcję kolejnych setek 42 km i więcej. To zazwyczaj osoby starsze, 40-, 50-, 60-letnie.

„Jak się nie robi czasów, to się robi sztuki” – śmieje się Jerzy Bednarz. Moda na kolekcjonowanie biegów narodziła się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i wtedy w Polsce zawiązała się grupa, która całą listę pcha do przodu. Grupa sportowo-towarzyska. Więc gdy jedno dzwoni do drugiego i pyta: „Jedziesz?”, to drugie, choć ma w nogach dopiero co zrobione 50, 60, 70 czy 100 kilometrów, odpowiada zdecydowanie i bez zastanowienia: „Jadę!”.

Bo to ludzie, którzy regenerują się po drodze: w pociągu, samochodzie, autobusie. Wszystko dla kolejnej sztuki. No tak, niby wszystko jasne… Ale z drugiej strony ciągle pozostają najważniejsze pytania: Dlaczego? Jak? Po co!?

Dlaczego?

Odpowiedź na pytanie: „Dlaczego?” jest zaskakująco prosta i powszechna. Całą czwórkę liderów w pewnym wieku – wcale nie wczesnym, bo zaczynali raczej po trzydziestce, a nawet czterdziestce – dopadła gnuśność codzienności. Wszyscy doszli do wniosku, że trzeba zrobić coś, żeby ich ciało zachowało pewną werwę.

Na przykład Barbara Gil, maratonka z miejscowości Sierpc pod Płockiem, w młodości nie była sportsmenką. Dopiero grubo po czterdziestce, a nawet bliżej pięćdziesiątki zachciało jej się truchtać i gdzieś tam cichcem, ukradkiem 20 lat temu zaczęła. Ze wstydem, tak, żeby nikt nie widział. „Wtedy nie było tak, że biegało pół populacji. Wtedy biegacz to był wariat” – wspomina.

No i ona się z tym wariactwem kryła. Do czasu, oczywiście, kiedy już było czym zaimponować. Jako że nigdy w życiu niczego nie zrobiła na odczepne, byle jak, to pierwszy maraton pobiegła w tym samym roku, w którym zaczęła biegać, a dwa lata później, na pięćdziesiąte urodziny, zafundowała sobie prawdziwe ultra – 100 kilometrów w Szwajcarii. Po jednym i po drugim była dogorywająca, ale szczęśliwa.

„To była wielka sensacja. Kobitka z Sierpca zaliczyła setkę. Wydarzenie nie do pomyślenia, bo większość facetów z tamtych czasów po krótkiej przebieżce padłaby na ziemię” – śmieje się superbiegaczka. No i tak już poszło. Z każdym biegiem nowe znajomości. Kolejny maraton to już towarzyska konieczność. A jak pierwsze 100 biegów strzeliło, to się okazało, że to nawyk, reguła, oblig, potrzeba.

Jej rekord to 39 maratonów i ultra jednego roku, a do tego jeszcze praca jako logopeda z dojazdami do Płocka, zaszczytna funkcja radnej miejskiej – i to od szesnastu lat – opieka nad schorowaną mamą i dwie działki do obsadzenia. Czy bieganie nie przeszkadza? Dlaczego jeździ po kraju tydzień w tydzień i staje na starcie?

„No właśnie dlatego, żeby na to wszystko mieć siłę” – kwituje krótko. 8 marca 2014 roku Barbara Gil wyrównała rekord legendarnej biegaczki Barbary Szlachetki. Jednej z pierwszych polskich ultramaratonek, rekordzistki Europy w biegu 48-godzinnym, wpisanej do Księgi Rekordów Guinnessa za najkrótszy czas, w jakim komukolwiek udało się przebiec 100 pierwszych maratonów. Kobiety, którą w 2005 r. zabrał z biegowych tras rak. Swoje 27 ostatnich maratonów przebiegła w trakcie chemioterapii. Umarła w Hamburgu, gdzie żyła z Christianem Hottasem, z którym przebiegła swoje dwa ostatnie kilometry. To on najlepiej tłumaczy, dlaczego kolekcjonują maratony.

„Dwa miesiące przed tym, jak u Basi zdiagnozowano raka, stworzyłem moją własna maksymę – opowiada Christian Hottas. – „»Każdy bieg jest darem«. Powinniśmy po prostu cieszyć się z tego, że biegać możemy. Dopiero podczas Basi walki o życie zdaliśmy sobie sprawę, że liczba w tabeli 100+ nie ma znaczenia. Znaczenie ma ten kolejny bieg” – mówi człowiek, który zaczął biegać, żeby pozbyć się ponad 30-kilogramowej nadwagi, a teraz jego roczny rekord w liczbie maratonów i biegów ultra wynosi 171!

Nasz mistrz, czyli Jerzy Bednarz, na świecie jest 72. Kiedy zmarła Basia Szlachetka, miał od niej o 40 biegów mniej. „Przed wyrównaniem poszedłem na jej grób i powiedziałem: »Słuchaj Baśka, wyrównuję, a potem będę miał więcej, wybacz«”.

Bo oni w środowisku królów maratonu niemal wszyscy się znają. Wszyscy więc wiedzą, że Jerzy Bednarz zaczynał w 1983 roku, czyli 31 lat temu, gdy miał na karku 37 lat. Aktywny sportowo był zawsze, w szkole grał w reprezentacji w piłkę; potem, gdy pracował naukowo, w tenisa. I to właśnie tenis skłonił go do biegania.

Złapał kontuzję – tak zwany łokieć tenisisty – i żeby nie stracić kondycji, zaczął biegać. Pierwszy 11-kilometrowy bieg skończył się paraliżującymi zakwasami, a na pierwszej dwudziestce z poobcieranych części ciała krew leciała ciurkiem. Nigdy nie był chucherkiem w kenijskim typie, ale po trzynastu startach maratońskich złamał trzy godziny i przyszedł czas na biegi ultra i coraz więcej startów w roku.

Bywało, że w 10 dni leciał 10 maratonów. Zdarzyło mu się wystartować ze złamanym palcem, którego potem trzeba było amputować, bo się źle zrósł. No i triathlony – bez pianki w 9-stopniowej wodzie. „Na pierwszym biegu 24-godzinnym w kraju lekarze robili nam badanie EKG, żeby sprawdzić, czy to w ogóle można przeżyć – opowiada Jerzy Bednarz. – No i wszyscy przeżyliśmy. Co prawda na mecie mówili, że Bednarz już prawie nie żyje, ale elektrokardiogram stanowczo temu zaprzeczył” – śmieje się i odpowiada, dlaczego biega.

Dla niego bieganie to uzależnienie, czyste LSD. Czyli? Czyli Long Slow Distance. I to jest też odpowiedź na pytanie: „Jak?”.

Jak?

Królowie maratonów na maratonach się nie spieszą. Ba, jest wśród nich wielu postulatorów wydłużania limitów czasowych czy wcześniejszych startów dla najwyższych kategorii wiekowych.

„W pewnym wieku metabolizm siada i człowiek musi zwolnić. Znam wielu takich, którzy po zorientowaniu się, że już nie uda im się poprawić życiówki, w ogóle rezygnują ze startów, z biegania. To głupota, zawsze powtarzam: »Człowieku, naucz się jeździć wolno, ale nie zjeżdżaj już na stałe do zajezdni«” – mówi z podniesioną głową, bo ma przecież na koncie złamaną „trójkę” w maratonie i triathlony na dystansie ironmana.

Są tacy, co zarzucają Bednarzowi, że człapie, są tacy, co wykpiwają tempo Barbary Gil. Ale ona nic sobie z tego nie robi. Co więcej – jako biegnąca w końcówce znalazła sobie dodatkowe zadanie. Podtrzymuje przy życiu tych, którym wydaje się, że nie dadzą rady, tych, którzy chcą zejść.

„Pamiętam, że na jednym z maratonów ciągnęłam takiego zmęczonego pana i choć biegł poza limitem czasowym, to nie pozwoliłam go ściągnąć z trasy. Historia skończyła się tak, że policjanci podjechali kawałek do przodu, żeby nas prowadzić, pokazywać drogę, dodawać otuchy” – opowiada Barba Gil.

To jest więc odpowiedź na pytanie: „Jak?”. Powoli. „Dziwne wydawać się może, że zawodnik startuje w roku dwa, trzy maratony i to jest limit, a ci ludzie biegają po kilkadziesiąt” – mówi Grzegorz Gajdus, jeden z najlepszych polskich maratończyków w historii, a dziś trener.

Tagi: Barbara Gil | Jerzy Bednarz | klub plus 100 | lista Bednarza | najwięcej przebiegniętych maratonów

Oceń artykuł:

4.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij