Runner's World poleca:

Joanna Jóźwik i Artur Kuciapski: Czarne konie Wołkowyckiego

Poleć ten artykuł:

Głośne zwycięstwa wymagają pracy w ciszy. Mało który kibic rozumie dystans 800 metrów. Asia Jóźwik i Artur Kuciapski umieją łączyć siłę i dynamikę na bieżni w sposób perfekcyjny. Na mistrzostwach w Zurychu zdali egzamin ze swojej biegowej dojrzałości.

Joanna Jóźwik i Artur Kuciapski Zobacz całą galerię

Mało kto obstawia u bukmacherów wyniki zawodów lekkoatletycznych. Przed sierpniowymi mistrzostwami Europy w Zurychu można było celować w liczbę krążków dla polskiej reprezentacji albo co najwyżej w to, czy Tomasz Majewski zdobędzie złoto w pchnięciu kulą. Chyba nikt, poza Andrzejem Wołkowyckim, nie stawiał na medal Joanny Jóźwik i Artura Kuciapskiego w biegach na 800 metrów.

Dzika karta

„Pamiętaj, by nie biec po drugim torze!”. Przed każdą rundą eliminacyjną powtarzała słowa trenera z ostatniej rozmowy przed odlotem do Zurychu. ME miały pokazać, że już nie jest Asią sprzed roku – biegaczką dobrą, ale wciąż nie wybitną. Do Szwajcarii leciała na kredyt, czuła, że nie może zawieść zaufania i drugi raz dać „ciała”. 800 metrów nie wybacza niedociągnięć.

W ciągu 2 minut na dwóch okrążeniach wszystko dzieje się w niesamowitym tempie. Liczy się szybkość, siła i wytrzymałość. Zaburzenie chwiejnej równowagi któregokolwiek z tych trzech czynników oznacza porażkę. Do tego dochodzi taktyka. Każdy wiraż można pokonać, biegnąc w grupie przy krawężniku, narażając się na przepychanki, ale też pokonując dłuższy o kilka metrów dystans po drugim lub trzecim torze. Kiedy różnice na mecie liczy się w setnych częściach sekundy, a stawka jest wyrównana, każdy błąd kosztuje wiele.

Asia przyznaje, że trener Wołkowycki odnalazł sposób, by uporządkować jej sportowe cele i okiełznać emocje w czasie startów. „Rok wcześniej byłam taktycznym zerem. Dużo biegów prowadziłam, tracąc niepotrzebnie siły i okazję do ataku, byłam niecierpliwa, bałam się czekać do ostatnich metrów – wspomina. – Niedoświadczenie przypłaciłam wtedy upadkiem w trakcie najważniejszych zawodów w mojej dotychczasowej karierze, czyli młodzieżowych mistrzostw Europy”.

W finale w fińskim Tampere, po pokonaniu 400 metrów i kolizji z rywalkami, Jóźwik upadła, tracąc szansę na pierwszy medal w karierze. Poobcierana dobiegła do mety ostatnia. Ponad rok później na bieżni w Zurychu biegła już zupełnie inna zawodniczka. „Na swoje pierwsze »dorosłe« zawody jechałam z dziką kartą, bo nie udało mi się wypełnić minimum kwalifikującego. Bałam się, że zawiodę, ale skupiałam się na powtarzaniu sobie, że to moja wielka szansa”.

Rundy eliminacyjne mistrzostw przeszła zaskakująco łatwo, podczas gdy odpadały murowane faworytki. W dniu finału zrobiła wszystko, by poprawić sobie nastrój i poszła na zakupy. Po południu przyszedł czas na skupienie.

„Czekałam ponad 45 minut na start w call roomie (specjalnej strefie przed wyjściem na stadion). Byłam maksymalnie skoncentrowana. Nie dopuszczałam do siebie strachu, mówiłam sobie, że jestem szybsza od rywalek”.

Ponad 500 m finału pokonała na ostatnim miejscu. Komentatorzy skupiali się na tym, co działo się z przodu stawki. W ciągu kilku sekund przesunęła się na trzecie miejsce. Spokojna taktyka i sprinterski finisz na ostatnich dwustu metrach dał 24-letniej biegaczce spod Stalowej Woli brązowy medal i nowy rekord życiowy 1:59,63, który jest siódmym wynikiem w historii polskich 800 m.

„Dojrzałam do biegania, zmieniłam podejście do treningu. Uzmysłowiłam sobie w końcu, że to nie trening może spowodować kontuzje , tylko to, jak spędzę czas poza treningiem. Zaczęłam poświęcać więcej czasu na odpoczynek, regenerację i lepiej się odżywiać”.

Człowiek znikąd

Joasia współpracuje z trenerem Wołkowyckim od połowy 2012 roku, ale dopiero dwa sezony temu sezonu do grupy średniodystansowców AZS-AWF Warszawa dołączył Artur Kuciapski. Swoją przygodę z 800 metrami zaczął zaledwie cztery sezony wcześniej, trenując w barwach RKS Łódź pod okiem Stanisława Jaszczaka, pierwszego trenera Adama Kszczota.

Podobnie jak Joanna, Artur też pochodzi z małej miejscowości, a sam przyjazd do Warszawy był dla 20-latka ogromnym przeżyciem i wielką zmianą. Mieszkanie na terenie kampusu AWF dało jemu i Asi łatwy dostęp do obiektów i możliwość skupienia się na treningu. Nie opływali w luksusy, nie mieli wielkich stypendiów. Mieli trenować, odpoczywać, jeść i spać.

„W ciągu ostatniego półtora roku na pewno zmieniłem się bardzo pod kątem wyników, jak i myślenia podczas biegania – mówi Artur. – W moim przypadku wielką rolę odgrywa psychika, pewność siebie. Ale oczywiście podstawą jest trening. Wiele pracy włożyliśmy z trenerem w szybkość, dynamikę i siłę, co jest na moim dystansie bardzo ważne. Myślę, że mam jeszcze rezerwy w zapleczu wytrzymałościowym”.

Wiadomo, że uwaga trenera bardziej skupiała się z początku na Asi. To ona na początku 2014 roku miała większe szanse na start w mistrzostwach Europy. Artur ma jednak ugodowy charakter. Jest bardzo dojrzały jak na swoje 21 lat, spokojny, religijny, niemal łagodny. Co nie znaczy, że mało waleczny. W czerwcu zaskoczył wielu ekspertów, zdobywając minimum do Zurychu. Podczas mistrzostw Polski, biegnąc z gwiazdami 800 metrów – Adamem Kszczotem i Marcinem Lewandowskim – przybiegł trzeci, ale widać było, że nie pojedzie do Szwajcarii, by statystować.

„Co było dla mnie najtrudniejsze? Musiałem nastawić się psychicznie na bardzo długi sezon. Na mistrzostwach Polski już nie czułem się taki mocny, raczej zmęczony, a w perspektywie czekały mnie jeszcze mistrzostwa Europy” – wspomina. Samo dojście do finału tej imprezy było dla Artura wielkim osiągnięciem.

Z każdym biegiem eliminacyjnym zyskiwał jednak pewność siebie i spokój. Wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość i czekać na odpowiedni moment. Kiedy w finale czołówka miała 150 metrów do mety, Artur był daleko w tyle. Wydawało się, że siódme miejsce to maksimum jego możliwości. Kilka sekund później, na ostatniej prostej, obiegł po zewnętrznych torach walczących ze sobą rywali. Inni jakby stanęli, a on dopiero się rozpędzał.

„Łamiąc” pierwszy raz w życiu magiczną barierę 1 minuty i 45 sekund, wpadł na metę zaraz za Adamem Kszczotem. Człowiek znikąd został wicemistrzem Starego Kontynentu. „Pamiętam, jak wychodziliśmy na finał. Popatrzyłem na pozostałych zawodników, najlepszych w Europie, i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, aby na mecie nie żałować, że mogłem coś zrobić inaczej.

Na stadionie niebo było niemal granatowe, mocno świeciły ogromne reflektory, a na trybunach pierwszy raz widziałem taką masę ludzi. Wtedy przeszły mnie dreszcze i pomyślałem, że to nie może się NIE UDAĆ”.

Bez fajerwerków

Trening średniodystansowców nie lubi publiki. Nie robi wrażenia. Każdy amator powie zaraz, że mało tam kilometrów, interwały są śmiesznie krótkie, a ćwiczenia lżejsze od crossfitu. Takim treningiem nie pochwalisz się na Facebooku, mało kto ci go pozazdrości albo zaraz przebije swoim.

Trener Wołkowycki długo uczył się od lepszych. Podglądał, próbował swojej filozofii treningu m.in. z Eweliną Sętowską-Dryk, nie miał jednak na koncie żadnych medali na międzynarodowej imprezie. Łączył pracę trenerską z obowiązkami szefa sekcji lekkiej atletyki AZS-AWF Warszawa – klubu, który zdobywał wiele razy drużynowe mistrzostwo Polski. W środowisku wciąż uchodził za młodego i pewnego siebie trenera.

Do dziś sprawia wrażenie osoby niedostępnej, odrobinę złośliwej, ze specyficznym poczuciem humoru. „Każde z nich ma talent. Artur i Asia trafili do mnie jednak przypadkiem, choć przyznam, że na Asię »polowałem« już wcześniej. Znałem ją lepiej, wiedziałem, że ten sezon musi przynieść wynik poniżej 2 minut – wspomina Wołkowycki. – Obydwojgu stworzyliśmy niezłe warunki w Warszawie. Oczywiście byli objęci szerokim szkoleniem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, ale zawsze musieliśmy z klubowej kasy dokładać do ich obozów”.

Tagi: Joanna Jóźwik | Artur Kuciapski | Andzej Wołkowycki | Mistrzostwa Europy w Zurychu 2014

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij