Runner's World poleca:

Jose Torres: Kubański dynamit

Poleć ten artykuł:

Biega w rytmie gorącej salsy. Jego rozsadza energia, a reżim na Kubie boi się, że swoją muzyką rozsadzi im system. Jose Torres trenuje, bo – jak mówi – "lepiej przyszyć łatę, zanim powstanie dziura". W rozmowie z Runner's World zdradza swoje sportowe marzenia.

Jose Torres

Wpada na spotkanie niczym cyklon atakujący Karaiby. Gna przez korytarz swojego studia tanecznego Torres Art Studio we Wrocławiu. Po kilku minutach wbiega na salę truchtem, robi dwa kółka wokół słupa i kilka podskoków na środku.

"No! Jestem gotowy!" – oznajmia z przytupem, stając do zdjęcia za bongosami. Od czasu do czasu wybija jeden z rytmów salsy. "Dobrze, że nie gram w filharmonii, bo bym umarł z nudów" – mówi artysta z Kuby.

Polski Kubańczyk

Do Polski przyjechał na studia w latach 70. i już został. Ostatni raz na Kubie był w połowie lat 80. Dla tamtejszego rządu stał się wybitnie niebezpieczną postacią jako niespokojny duch, artysta głoszący wolnościowe hasła.

"Do mojej mamy na wywiadówkach docierały informacje: bardzo dobry uczeń, ale niespokojny, ruchliwy. Od najmłodszych lat miałem przerąbane w szkole, bo nie mogłem wysiedzieć spokojnie. Biegałem i jeździłem na rowerze tak dużo, że rodzice wlepiali mi często kary za znikanie na cały dzień. Oni martwili się, a ja byłem hen daleko. Grałem też w baseball – sport narodowy Kubańczyków. Byłem słaby na maksa, ale lubiłem sport i rywalizację. W Hawanie mieszkałem do 21. roku życia".

Przyszyć łatę

"Moje życie przypominało gonitwę i nie w głowie było mi bieganie. Ale rok temu stwierdziłem, że niedługo mogę stracić formę. Każdy człowiek ma jakiś rytm w sobie. Rodzi się z nim. Podobnie jest z umiejętnością biegania. Robisz to bez zastanawiania się. Wydało mi się najbardziej pierwotne. Wolałem przyszyć łatę, zanim powstanie dziura".

Za namową syna, który biega maratony, poszedł do sklepu i kupił sprzęt: oddychające koszulki, buty dopasowane przez maszynę do swojej stopy.

"Mój pierwszy trening: 2 km. I tak biegałem codziennie przez półtora miesiąca. Okazało się, że mam jednak mięśnie, których nigdy nie używałem – śmieje się Jose Torres. – Mało tego: pojechałem na festiwal salsy do Warszawy. Tańczyłem do czwartej rano. Wstałem o siódmej i przebiegłem moje 2 km!" – mówi z dumą.

Treningi zwiększył do 4 km, choć teraz znów biega najczęściej po 2 km 2-3 razy w tygodniu i zawsze słucha muzyki.

"Tylko salsa. Tak się wczuwam czasami w rytm breaków i perkusji, że ktoś obserwując mnie z zewnątrz, może pomyśleć, że jestem z »Ministerstwa Głupich Kroków « Monty Pythona. Na początku towarzyszy mi spokojna muzyka, a jak jestem rozgrzany, słucham gorących rytmów. To mi pomaga utrzymać rytm".

Dycha? Dam radę!

"Chciałbym bez obciachu wystartować w jakiejś imprezie biegowej i przebiec cały dystans. Trochę się martwię, że będą mnie wyprzedzać kobiety i starsi ode mnie – śmieje się Jose. – Miałem ostatnio okazję grać w baseball w drużynie z III ligi. Pojechaliśmy na sparing z Czarnymi Diabłami. Niestety, jako pałkarz machnąłem się 3 razy. Wtedy ktoś zawołał z trybun: »Jose, to nie bębenki!«. Nie chciałbym, żeby ludzie krzyczeli podobnie na trasie biegu, kiedy będę ostatni. Chociaż zawsze mogę odpowiedzieć: »Wiem, że to nie bębenki, ale bardzo to lubię!«".

Jose Torres. 54 lata, mistrz instrumentów perkusyjnych. Założyciel pierwszej w Polsce orkiestry salsowej Jose Torres y Salsa Tropical. Prezes Fundacji "Sztuka -Zdrowie-Tolerancja". 

RW 12/2012

Tagi: ludzie | sylwetka | Jose Torres | taniec | muzyka | Kuba | 10 km | salsa

Oceń artykuł:

--

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij