Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.5

Kazimierz Piskorek: 2800 km od dna

„Świnia nie pije, a żyje” – mówi Kazimierz Piskorek. No tak, ale człowiek na odwyku coś robić musi. On obiegł Polskę dookoła. W 45 dni pokonał dystans 2800 km, czym udowodnił sobie i innym, że można wrócić nawet z najdalszej i najmroczniejszej podróży.

Kaziemierz Piskorek: 2800 km od dna fot. Tomasz Woźny

Kazimierz Piskorek zaczynał dziesięć lat temu. Nie tylko swoją przygodę biegową, ale też nowe życie. Wszystko zaczęło się jednak od dna: stamtąd się odbijał! Jak to dno wygląda? Ano tak, że człowiek wstaje rano i zaczyna dzień od butelki piwa, kieliszka wódki, szklanki wina.

Dno to też moment, w którym pijany wsiada do samochodu, w którym śpi poza domem, byle gdzie, w przypadkowym miejscu. Dno to bieda, bo człowieka przez alkohol nie stać nawet na rower. W końcu dno to depresja. Poczucie, że nie pozostało już nic innego, jak odebrać sobie życie.

Bóg, terapia i bieg

„To był sygnał do tego, żeby zabrać się za siebie. Wtedy przyszła refleksja, że już dość, że trzeba się ratować – opowiada Kazimierz Piskorek. – Zacząłem się modlić, więc na samym początku mojej drogi był Bóg. On mnie wyciągnął. Potem dłoń podał mi terapeuta, a na kolejnym etapie podciągnąłem się do góry sam. Siedziałem na kanapie przed telewizorem, na dworze było minus piętnaście i padał śnieg. A mnie znów dopadły złe myśli, nerwy i strach. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Włożyłem dres, złapałem pierwsze lepsze buty i pobiegłem przed siebie. Wróciłem po dwóch kilometrach. Z zadyszką i przekonaniem, że to jest to, czego potrzebuję”.

Dziś ma za sobą bieg dookoła Polski w bardzo szczytnym celu – bieg trzeźwości. Pokonał dystans 2800 kilometrów w 45 dni i udowodnił sobie i innym, że można wrócić z bardzo długiej i mrocznej podróży, a potem normalnie żyć. Choć z drugiej strony nie brakuje takich, którzy za normę jego życia nie uznają. W końcu Kazimierz Piskorek biega w tygodniu po 100 kilometrów – wstaje rano o szóstej, a potem wieczorem idzie na trening jeszcze raz.

Do tego mnóstwo o bieganiu czyta i jeszcze chętniej o nim rozmawia. Wielu uznaje to za wariactwo większe od wychylenia kielicha co jakiś czas. Na przykład starzy koledzy od szklanki. Gdy go widzą, jak biegnie, to krzyczą za nim, że zgłupiał. Ale on wie, że to, co głupie, ma już dawno za sobą. Choć nie chce tego wspominać. „Nie ma co pruć sobie flaków” – tak tę smutną przeszłość podsumowuje. Chętnie za to mówi o tym, jak rodził się w nim biegacz.

„Najpierw zaplanowałem sobie bieg do Częstochowy. Było przecież za co Bogu dziękować. No i się udało. Wtedy uznałem, że skoro dobiegłem do Jasnej Góry, to mogę też obiec kraj. Właśnie po to, żeby zwrócić uwagę na problem trzeźwości. Postanowiłem rok porządnie potrenować i wystartować w 2015 roku. Tyle czasu wystarczyło” – opowiada.

Nie jest jednak łatwo dokonać takiego czynu, gdy mieszka się w małym Uściążu koło Kazimierza Dolnego. Przede wszystkim potrzeba pieniędzy. Kazimierz Piskorek spróbował więc zebrać je na portalu Polak Potrafi. Choć wielu ludzi pomogło, nie udało się zebrać zaplanowanej kwoty. To jednak nie zraziło Kazimierza Piskorka, który i tak pobiegł. Po prostu zrezygnował z obstawy samochodu. Przemierzył ten dystans sam. On i jego wózek na najpotrzebniejsze rzeczy – między innymi cztery pary butów i mnóstwo par skarpet zmienianych co 15-20 kilometrów.

Bo, jak wiadomo, w takim biegu najważniejsze są stopy, stawy i głowa. Ważna była też pomoc ludzi. A to ktoś przenocował, a to ktoś inny wsparł paroma złotymi na obiad. I tak szło do przodu. Codziennie po około 60 kilometrów. Tylko raz Kazimierz pomyślał, że to koniec. W dziesiąty dzień wyprawy, gdy wbiegał do Mikołajek, posłuszeństwa omówiło kolano. Ale miłe panie w aptece poleciły maści i spray do mrożenia zmęczonego stawu, a on zafundował sobie dwa dni wolnego.

Potem już takich przygód nie było. „Tylko piękne widoki, wspaniali ludzie i zwiedzanie. Plaża w Gdańsku, Panorama Racławicka we Wrocławiu, Wawel w Krakowie. Gdy dobiegałem do domu, gdzieś w okolicach Zamościa, odechciało mi się wracać. Czułem, że kończy się coś wspaniałego. Ale już w Kazimierzu Dolnym, na hucznym przywitaniu, przeszły mi smutki” – wspomina.

Schabowy z kapustą

Tym bardziej że można snuć nowe plany. No i szykować się nie tylko do dystansu ultra w Kudowie-Zdroju, ale też do Spartathlonu. Pan Kazimierz jest na dobrej drodze. Trening stał się jego pasją i higieną. Dużo też o bieganiu wie. Jego ogromną bibliotekę widział Mateusz Sadowski, dziennikarz Radia Lublin, który nakręcił reportaż o jego wielkim biegu.

Miał też przyjemność z nim trenować. „To jest człowiek, który podchodzi do biegania bardzo konkretnie. W czasie naszego wspólnego treningu miał na sobie kamizelkę odblaskową, przeprowadził rozgrzewkę, a całość zarejestrował na Endomondo. Tylko posiłek przed biegiem był mocno nieksiążkowy. Jedliśmy ziemniaki ze schabowym i smażoną kapustą” – wspomina dziennikarz.

Z nim trzeba biec

Ze spotkania z biegaczem Mateusz Sadowski wyniósł ważną lekcję. Może banalną, może wszystkim nam znaną, ale w przypadku walki, którą stoczył pan Kazimierz, bardzo prawdziwą. „Kiedy patrzy się na kogoś, kto po takiej traumie dokonuje tak wielkich rzeczy, człowiek uświadamia sobie, że można wszystko, że potrzeba tylko determinacji i siły woli. Żeby się podnieść, żeby iść do przodu” – mówi dziennikarz. Bo Kazimierz Piskorek nie dość, że się dźwignął, to dziś jest podziwiany.

Nie tylko w rodzinnym Uściążu, ale też w Kazimierzu Dolnym. Wśród biegaczy gromadzących się na spotkaniach w tym mieście wielu go zna, wielu o nim słyszało. „Bo to też człowiek sympatyczny, ciepły. Biegacz, który potrafi podzielić się ciekawą refleksją na temat życia i biegu. Tylko trzeba przełamać pierwsze lody. A to najlepiej zrobić z nim w biegu. Z jednym trzeba się napić, żeby go poznać, a z innym pobiegać” – mówi Mateusz Sadowski.

Organizm knuje

A warto się z Kazimierzem zaprzyjaźnić, bo wie on dużo na temat tego, jak cieszyć się życiem. Bo to człowiek, który przez wiele lat nie słyszał śpiewu ptaków. Bo przecież jak pijesz, to nic nie słyszysz – nawet szumu drzew. „Dziś zwracam uwagę na takie rzeczy. Dziś wiem, że życie ma sens, tylko gdy jest w nim jakiś cel. I ja takie cele sobie wyznaczam – opowiada. – Wiem też, że nie można odpuszczać organizmowi, bo on ma bardzo głupie pomysły. Na przykład uznaje, że trzeba odpocząć, gdy wcale nie ma takiej potrzeby. Gdy ciągle jeszcze można biec do przodu”. Trzeba biec do przodu…

Okiem eksperta

Marek Król, psychoterapeuta:

Z mojego doświadczenia wynika, że sport jest prawie zawsze uzupełnieniem terapii. Ludzie, którzy wychodzą z nałogu, nie tylko muszą nauczyć się, jak utrzymywać abstynencję, ale też co zrobić z czasem i energią, które poświęcali na nałóg.

A trzeba pamiętać, że uzależnienie z reguły spycha pozostałe sfery życia na margines. Po „odwyku” trzeba więc odnaleźć się na nowo w rzeczywistości, zmienić towarzystwo, poszukać zdrowych celów i zainteresowań. Sport idealnie się do tego nadaje, ponieważ nie tylko zajmuje czas, ale rozładowuje stres i poprawia nastrój.

Pozbywamy się nagromadzonego w ciele napięcia, które wywołują tłumione emocje. Bieganie ma jeszcze tę zaletę, że ułatwia nawiązanie kontaktu z samym sobą. Rytm, jednostajność, samotność pozwalają wejść w stan transu, jak przy medytacji. Jesteśmy „tu i teraz”, w głębokim kontakcie z własnym ciałem i umysłem, otwieramy się na emocje i nowe rozwiązania. Trzeba tylko uważać, by i bieganie nie stało się nałogiem. A kiedy można uznać, że uzależniliśmy się od niego w tym klinicznym, negatywnym sensie?

No właśnie wtedy, gdy wpływa ono źle na resztę naszego życia. Jeśli przeszkadza w rozwoju zawodowym, zaniedbujemy przez nie rodzinę lub negatywnie wpływa na zdrowie. Ale to, na szczęście, nie zdarza się zbyt często.

RW 07/2016

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij