[ X ]

Drogi Użytkowniku,

W związku z tym, że począwszy od dnia 25.05.2018 r. na terenie Polski obowiązują nowe przepisy regulujące kwestie ochrony Państwa danych osobowych, Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych), (dalej zwane RODO), Motor-Presse Polska sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu (53-238) przy ul. Ostrowskiego 7, wpisana do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS: 0000151026, NIP: 8990026326, REGON: 930327847 o kapitale zakładowym w wysokości 2.860.000,00 złotych zachęcamy do zapoznania się ze zaktualizowaną treścią "Polityki prywatności" naszych Serwisów. Znajdują się w niej szczegółowe informacje na temat zasad przetwarzania danych osobowych na naszych stronach internetowych.

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu) z wykorzystaniem domyślnych ustawień przeglądarki internetowej w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Motor-Presse Polska Sp. z o. o oraz naszych Zaufanych Partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres zmieniając ustawienia plików cookies w przeglądarce.

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.2

Kilian Jornet: człowiek, który wbiegł na Mt. Everest

Kiedy obok obładowanych sprzętem himalaistów przebiega facet w szortach, podejrzany może być tylko jeden - Katalończyk Kilian Jornet. Jest światowej sławy skyrunnerem, biegaczem trailowym i długodystansowym oraz narciarzem wysokogórskim. Specjalizuje się w wysokościach i… szybkości.

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

O północy 21 maja 2017 roku Kilian Jornet stanął na szczycie świata – Mount Evereście. Nie miał ze sobą ani butli z tlenem, ani liny. Nie towarzyszyli mu też za przewodników Szerpowie. 29-letni Katalończyk był sam – lekki i żwawy. Z litrem wody i kilkoma żelami energetycznymi bardziej przypominał biegacza niż himalaistę.

Jakby nieograniczany przez prawa fizyki, bardziej podobny do górskiej kozicy niż do człowieka, właśnie ustalił niebywały rekord. W niewiarygodnym czasie 26 godzin przemierzył odległość od obozu po tybetańskiej stronie góry do szczytu na wysokości 8848 metrów.

Na nogach miał specjalne buty firmy Salomon, a biegł w stylu znanym przez wszystkich, którzy oglądali go w latach dominacji na górskich trasach biegowych – gdy jeszcze poświęcał się tej rywalizacji, gdy jeszcze nie zasadzał się na niemożliwe. Na trasie mijał ludzi, dla których Mount Everest było czterodniową przygodą.

Dla niego to była doba – doba biegu. Wielu wyśmiewało jego zamiar, ale on zamknął im usta, stając na szczycie. „Tam na górze było wspaniale. Mogłem podziwiać widok na sąsiednie szczyty, Co La i Lhotse” – powiedział po wszystkim, jak zwykle bardziej skupiony na emocjonalnych walorach swojego osiągnięcia niż jego sportowym wymiarze.

„Każdy może wspinać się, jak chce. Nie ma złej czy dobrej metody. Ja jednak chciałem sprawdzić, czy uda się to zrobić za jednym razem, bez lin czy tlenu. Chciałem też być tam zupełnie sam. Cieszyć się chwilą bez zwracania uwagi na innych ludzi” – dodał.

REKLAMA

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Jornet na Evereście. W trakcie dwuletnich przygotowań poznał tę górę jak mało kto. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Droga do sławy nie była jednak lekka. Kiliana męczyły potworne skurcze i nasilające się wymioty wynikające z ogromnego wysiłku. Ma on dość górskiego doświadczenia, by wiedzieć, że zdobycie szczytu to tylko połowa sukcesu, że trzeba jeszcze zejść. Dlatego wziąwszy pod uwagę swój stan fizyczny, nie zdecydował się na zbieg na sam dół.

Postanowił dobiec do obozu Advanced Base Camp, znajdującego się na wysokości 6500 metrów. Instynkt go nie zawiódł: tego samego dnia na zboczach góry zginęło czterech innych himalaistów. Pionier skyrunningu, czyli biegów na wielkich wysokościach, Marino Giacometti, tak skomentował wyczyn Kiliana: „To jest wielkie osiągnięcie w dziedzinie wytrzymałości, ale także survivalu. Bez lin, bez tlenu. Nikt poza Kilianem nie mógł tego osiągnąć”.

Weteran świata odkrywców i podróżników, sir Ranulph Fiennes, poszedł nawet dalej w swojej ocenie: „Normalni ludzie, do których zaliczam także i siebie, muszą czasem zaakceptować fakt, że wybitne jednostki są w stanie zrobić coś, co w powszechnym uznaniu jest dla ludzi nieosiągalne”.

Dla Jorneta osiągnięcie niemożliwego w Himalajach było zamknięciem kolejnego rozdziału w pięcioletniej odysei. W 2012 roku postanowił on ustanowić rekordy w biegu na najbardziej charakterystyczne szczyty świata. Projekt pod nazwą „Szczyty mojego życia” rozpoczął się od niemal dziewięciogodzinnej wyprawy na Mount Blanc (4801 m n.p.m.). Coś, co większości wspinaczy zajmuje dwa dni – z logistycznym wsparciem i mnóstwem sprzętu – Jornetowi zajęło dokładnie 4 godziny i 57 minut.

Czytaj: Bieganie po górach: trening, sprzęt, porady ekspertów

W tym czasie znalazł się na szczycie ubrany jedynie w koszulkę, szorty i buty biegowe. Złamał tym samym 23-letni rekord, podsumowując swoje osiągnięcie lakonicznym stwierdzeniem, że „to było miłe doświadczenie”. W sierpniu kolejnego roku Kilian zmierzył się ze szczytem Matterhorn w Alpach Zachodnich. Wbiegł na wysokość 4478 metrów w czasie, który sporej części z nas wystarcza jedynie na wybudzenie się ze snu, zjedzenie śniadania i wypicie porannej kawy.

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Droga w górę. Nie zawsze można biec, ale i w takich warunkach Kilian daje radę. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Jornet dotknął charakterystycznego, plecionego z metalu krzyża na szczycie góry po 2 godzinach i 52 minutach biegu. Tym razem złamał 18-letni rekord należący do wielkiego włoskiego wspinacza Bruno Brunoda. Każdy powinien zobaczyć zapierające dech w piersiach wideo, na którym Jornet został uchwycony przez drona w czasie tego wyczynu. Ostry, pokryty śniegiem grzbiet Matterhorna oświetla słońce, a kataloński biegacz pędzi po niemal pionowych skałach w tempie, które przyprawia o zawrót głowy.

Kilian zbiegł ze szczytu w zachwycającym czasie 52 minut, co dawało fantastyczne tempo 2645 metrów na godzinę. Brunod towarzyszył mu w ostatnich metrach tej wyprawy. „Ta chwila wyryje się w mojej pamięci – powiedział poruszony Kilian. – To, kim jestem, zawdzięczam takim ludziom, jak on. To oni inspirowali mnie, gdy byłem małym chłopcem”.

W 2014 r. projekt „Szczyty mojego życia” nabrał tempa. Kolejny rekord wejścia i zejścia Kilian ustanowił w Ameryce Północnej. Wbiegł i zbiegł z alaskańskiego szczytu Denali (6194 m n.p.m.) w czasie 11 godzin i 48 minut, poprawiając najlepszy do tej pory czas o pięć godzin. W grudniu tego samego roku pokonał najwyższy szczyt Andów: Aconcaguę (6962 m n.p.m.). Ta wysokość odebrałaby oddech wielu utalentowanym sportowcom, ale nie jemu. Nie dość, że wbiegł na szczyt, to na samej górze obrócił się na pięcie i zbiegł w tempie, które wystarczyłoby, by pokonać maraton w cztery godziny!

REKLAMA

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Obóz, z którego większość wspinaczy rozpoczyna zdobywanie najwyższej góry świata. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Kolejny rekord, kolejny dowód wirtuozerii. Właśnie wtedy Kilian został uznany przez magazyn „National Geographic” za podróżnika roku, a jego projekt „Szczyty mojego życia” stał się sławny na cały świat. Ale największe wyzwania pozostawały jeszcze przed nim. Ci, którzy śledzili jego karierę od początku, którzy byli świadkami jego jasnego rozbłysku na firmamencie gwiazd biegów górskich, zapewne wiedzą, że wszechstronność była zawsze jego znakiem rozpoznawczym.

Pierwszy raz do zbiorowej świadomości kibiców Kilian przedarł się w 2008 roku, kiedy wygrał 170-kilometrowy Ultra Trail du Mont Blanc – flagowy europejski event tego rodzaju. Zrobił to jednak w swoim stylu, ustanawiając jednocześnie nowy, 20-godzinny rekord trasy. Jego młoda, świeża buzia wyróżniała się pośród twardych, ogorzałych od startów twarzy weteranów. Wtedy właśnie zaczęto szeptać jego imię – młodego chłopaka z małej wioski Cap de Rec w katalońskich Pirenejach.

Przeczytaj także: Kilian Jornet: W górach czuję się wolny jak kozica

Ale ten młodzieniec nie oglądał się za siebie, nie przestawał wygrywać. Odnosił sukcesy we wszystkich rodzajach biegów, takich jak 800-kilometrowy wyścig Transpirenaica, amerykański Colorado’s Hardrock 100, 165-milowy Tahoe Rim Trail w Kalifornii, a także znany powszechnie Western's States 100. Dał się poznać także na krótszych trasach, takich jak Pikes Peak Marathon i Zegama-Aizkorri: Tour de France biegów ultra. Ustanowił też rekord trasy w biegu GR20 na Korscyce, przez wielu uważanym za najtrudniejszy bieg w Europie.

Rozpiętość jego sukcesów upodabnia go do fenomenu Usaina Bolta – obaj zdominowali swoje dziedziny biegowe z niebywałą lekkością i swobodą. Marino Giacometti, który poznał Jorneta, kiedy ten miał 16 lat, uważa, że siła tego sportowca leży w jego wszechstronności. „Mieliśmy już w historii wyśmienitych biegaczy przełajowych, alpinistów również. Ale żaden z nich nie odnajdował się jednocześnie w bieganiu na ultrawysokościach, we wspinaczce po górach i tradycyjnych biegach długodystansowych.

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Kilian ze swoją partnerką Emelie Forsberg we włoskich Dolomitach. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Kilian jest w stanie konkurować we wszystkich tych dziedzinach na najwyższym poziomie. On jest jak narciarz, który potrafi wygrać i slalom, i zjazd. To czyni go wyjątkowym”. Innym dowodem na wielkość Jorneta jest fakt, że od początku był bardzo popularny. Niezwykle popularny jak na ultramaratończyka. Ma milion osób obserwujących go na Facebooku i Instagramie, umowy sponsorskie z takimi gigantami, jak Salomon, Suunto, Petzl i Mercedes-Benz, a jego autobiografia „Biec albo umrzeć” zyskała sobie wielką rzeszę czytelników. Także na YouTube filmy z nim związane zyskują sobie tysiące i tysiące widzów.

Mimo tego jest człowiekiem wielkiej pokory. Nie sposób znaleźć zdjęć, na których pozowałby z przesadną pewnością siebie. Nie robi sobie showmańskich selfie. Od popularności i sławy bardziej interesuje go zjednoczenie z naturą. Razem z partnerką Emelie Forsberg, także ultramaratonką, szukają sposobu na lepsze, mądrzejsze życie. Nie bywają więc na czerwonych dywanach.

„Kilian potrafi przemawiać publicznie, umie też reprezentować w mediach swoich sponsorów – mówi Giacometti. – Ale tak naprawdę wolałby pozostać w cieniu. Często odnoszę wrażenie, że kocha góry właśnie dlatego, że dają mu szansę na bycie samemu”.

Cały projekt „Szczyty mojego życia” powstał na fundamentach jego przekonań. Dla niektórych mogą one brzmieć nieco przesadnie („Musimy nauczyć się koegzystować z prawdziwym światem, światem skał, roślin, lodu”), ale bardzo dobrze wpisują się one w antykonsumpcyjne idee naszego świata. „Musimy nauczyć się żyć minimalistycznie” – mówi Jornet. Daje dowód swoim przekonaniom, gdy zdobywa najwyższe góry w szortach i koszulce, bez sprzętu.

REKLAMA

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Twarz Kiliana Jorneta oddaje jego charakter: sympatyczny i przyjacielski. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Bratnie dusze z Murakamim

Patrick Leick, senior projekt menedżer w firmie Salomon, spędził dwa lata na pracy z Jornetem, opracowując specjalny ekwipunek na Everest. Opisał go jako rozumnego, skupionego i niezwykle przystępnego człowieka: „Poznałem Kiliana zanim wygrał UTMB po raz pierwszy. Nie zmienił się od tego czasu ani trochę. Wciąż jest bardzo cichy i skromny”.

Ważną częścią sportowej osobowości Jorneta jest filozofia. Swoje przekonania wzoruje na pisarzu i biegaczu Harukim Murakami. Jest rozsądny, spokojny, niezwykle poważny. A jednocześnie gotowy do podjęcia wszelkich wyzwań. „Życie nie jest po to, by je chronić, by się oszczędzać. Mamy je po to, by odkrywać, by żyć na całego” – twierdzi z przekonaniem. W ustach wielu osób zabrzmiałoby to jak czczy banał, ale myśli Jorneta o naszej śmiertelności ukształtowała osobista tragedia.

Projekt „Szczyty mojego życia” zainicjowała strata najbliższej przyjaciółki. Francuska narciarka górska Stephanie Brosse zginęła w czerwcu 2012 roku. Ona i Jornet zjeżdżali zboczem Mont Blanc. Jornet znajdował się tylko kilka metrów od niej, gdy pod jego towarzyszką załamał się śnieg: kobieta spadła z 600 metrów. Dziś, kiedy Jornet jest w górach, Brosse zawsze towarzyszy mu w jego myślach.

„Śmierć Stephanie spowodowała, że jestem ostrożniejszy. Z większym szacunkiem podchodzę do natury. Wiem, że okoliczności z nią związane mogą drastycznie się zmienić – mówi. – Możemy szybko nauczyć się kontrolować samych siebie, naszą technikę, ale trzeba mnóstwo czasu, by zrozumieć góry”.

Zobacz też relację redaktora RW z maratonu górskiego pod szczytem Jungfrau

Jornet przyznaje, że Bosse była jego idolką. Pośród wielu rzeczy, których nauczył się od starszej koleżanki, była koncepcja wspinania się z minimalnym wyposażeniem. Innym jego mentorem był szwajcarski wspinacz Ueli Steck. Przez kolejnych pięć lat inspirował Jorneta. Zresztą, mieli okazję wspinać się razem.

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Skaliste zbocza nie są dla niego problemem. Tutaj w czasie zejścia z Mont Blanc. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Cudowna para: najszybszy na świecie alpinista i himalaista (Steck ustanowił rekord w wejściu na północne zbocze szczytu Eiger) oraz najlepszy biegacz górski. Zmierzyli się razem z wieloma szczytami. „Nie jesteśmy pionierami, ale wydaje mi się, że jesteśmy odważni” – powiedział Steck magazynowi „Runner’s World” dwa lata temu.

Podkreślał swoją dumę z Jorneta, który właśnie szykował się do biegu na Everest. „Sprawdzamy ludzkie możliwości: co można zrobić z własnym ciałem, gdzie są granice. Myślę, że błędem jest po prostu porównywać się do innych sportowców, próbować ich zwyciężyć. To musi być coś bardziej osobistego. Trzeba po prostu pchnąć samego siebie jak daleko tylko się da. Poza granice możliwości”.

Przeczytaj również: Tenzing Hillary Everest Marathon: Bieg na dachu świata

Te słowa Stecka odbiły się echem w świecie sportu, w świecie biegów amatorskich – zarówno wśród tych, którzy biegają po górach, jak i tych trenujących w parkach. Niestety, siedem miesięcy po ich wypowiedzeniu Steck zginął w górach. Spadł z 1000-metrowej skarpy, gdy próbował zdobyć himalajski szczyt Mount Nuptse. Jorneta głęboko dotknęła ta tragedia, ale nigdy publicznie nie wyraził powątpiewania w sens swojej akcji.

„W pewien sposób lepiej jest zginąć w górach niż na przykład na ulicy w wypadku samochodowym – powiedział. – Choć myślę, że nigdy nie jest dobrze zginąć”. Ale czy wspinaczka na Everest jest bieganiem? Wielu pewnie chętnie zakwestionowałoby takie stwierdzenie. Wyczyn Jorneta pokazuje jednak, jak stopniowo zaciera się granica między biegami terenowymi a wspinaczką górską.

REKLAMA

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Ultramaraton Colorado's Hardrock 100 Kilian wygrał trzykrotnie: w 2014, 2015 i 2016 roku. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Jego wpływ na tę przemianę jest znaczący, ale nie on jeden łączy jedną dyscyplinę z drugą. Tradycja biegania po górach jest już długa i ustabilizowana. Wyścig na Ben Nevis w Szkocji rozgrywany jest od 1898 roku, a maraton Pikes Peak w Kolorado przyciąga masochistów od 1956 roku (Jornet wygrał go w 2012 roku). Wtedy jednak biegi górskie nie były tak sformalizowane. Dziś możliwości techniczne i organizacyjne spowodowały, że zapoczątkowany w latach 90. przez Marino Giacomettiego skyrunning rozkwita.

Dziś do tego rodzaju biegów zalicza się ponad 200 wyścigów, w których bierze udział około 50 tysięcy biegaczy. Skyrunning – zdefiniowany jako bieg powyżej 2000 metrów nad poziomem morza – jest w zasadzie alpinizmem bez zbędnych gratów. To sport stworzony dla Jorneta.

”Proszę, wróć”

Zważywszy na czas, w jakim Jornet zdobył Everest, można odnieść wrażenie, że przyszło mu to z łatwością. Że sukces był nieuchronny. Ale nie: w obozie, z którego wyruszył, panowała duża nerwowość. Leick był mocno podenerwowany i nie mógł spać przez dwa dni przed startem, zresztą podobnie jak Giacometti.

Wszyscy wiedzieli, że szybkość i zwinność w górach mają swoje zalety. Nie jest się wystawionym na zmiany pogody, które dręczą tych, którzy wspinają się przez kilka dni. Mniejsze jest też prawdopodobieństwo zejścia lawiny, bo krócej przebywa się na zboczach. Ale szybkość i brak sprzętu to większe ryzyko tak w ogóle. Niewiadomą było także to, jak Jornet zareaguje tlenowo na tak ekstremalnej wysokości.

„Tutaj to góra jest szefem, pogoda jest szefem, a ty nie jesteś szefem – powiedział Giacometti. – Dlatego byłem bardzo niespokojny, bo bałem się, jak Kilian zareaguje na wysokości 8000 metrów. Ludzie bardzo różnie znoszą zmniejszające się dawki tlenu. Przed startem powiedziałem więc Kilianowi: »Proszę, wróć«”. No i Jornet wrócił.

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Właśnie tak Jornet ustanawiał nowy rekord w wejściu i zejściu z Matterhornu w 2013 roku. (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Szczęśliwe zakończenie zawdzięcza jednak doświadczeniu, które zebrał na ultramaratonach. Zawdzięcza umiejętności pokonania kolejnej ściany, wyczerpania zapasów energii do cna, by potem przebiec jeszcze kolejne 20 kilometrów. Kilian wie, jak utrzymać optymalne tempo, jak odżywić ciało, jak mu pomóc, jak je zregenerować. Biegi nauczyły go także odpowiedniego przygotowania. Jeśli szanujesz dystans, do którego się szykujesz, jeśli szanujesz górę – będziesz gotowy. Lekkość, z jaką bije kolejne rekordy, mogłaby sugerować, że podchodzi do kolejnych wyzwań spontanicznie. Ale to nieprawda.

Drogę na Matterhorn Jornet przetestował osiem razy, a potem czekał wiele dni na odpowiednią pogodę. Zdobycie Everestu planował przez długie dwa lata. Przygotowywał się do wysokości, trenując na innej górze: ośmiotysięczniku Cho Oyu. Jego treningi polegały na przemierzaniu raz po raz odległości między szczytem góry na 8400 metrów a wysokością 6400 metrów. W ekipie Jorneta nazywali ten trening „ekspresową aklimatyzacją".

To była bardzo ważna praktyka, bo nawet krótki odpoczynek czy chwilowa słabość mogą skończyć się dla śmiałka tragicznie. Zbocza Everestu pełne są ciał ludzi, którzy przystanęli tylko na chwilę, przysiadali na moment, by odpocząć. A potem już nigdy nie wstawali. Rozrzedzone powietrze, skumulowane zmęczenie, wolniejsza akcja serca – to są wrogowie tych, którzy postanowili przystanąć.

Miły rewolucjonista

Jedną z osób, które spotkały Jorneta na Evereście, był Amerykanin Adrian Ballinger – wspinacz z dziesięcioletnim doświadczeniem na tej górze. Spotkali się w obozie w dniu, w którym obaj zdobyli szczyt, z tym że Ballinger w wyprawie podzielonej na etapy.

REKLAMA

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Szwajcarskie Alpy także dają mu to, czego szuka: samotności, emocji i radości (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

„To, co zrobił Kilian, wymaga niebywałej pewności siebie. Jornet przyznał mi się, że tam, na szczycie, uciął sobie krótką drzemkę. Ukrył się pod skałą i zamknął oczy na kilka minut. To było ryzykowne, choć mam wrażenie, że ani przez chwilę nie był naprawdę zagrożony. Jego wytrzymałość jest absolutnie niebywała” – mówi Ballinger.

Wydawałoby się, że sukcesy Jorneta powinny przysporzyć mu wrogów, że powinien wzbudzać niechęć wśród zawistnych. Tak się jednak nie dzieje. Ballinger i jego partner wspinaczkowy tłumaczą, dlaczego. „To zasługa jego osobowości. To człowiek skromny, trochę wstydliwy, pokorny, przyjacielski” – oceniają. Jest przeciwnością wielu z tych, którzy sezon w sezon maszerują na Everest w coraz większych grupach.

Jeśli do najbliższego pasma górskiego masz kilka godzin drogi, wypróbuj "górski" trening na schodach

Bogaci, doskonale wyposażeni, z zapasami tlenu i wszelkim możliwym wsparciem są dosłownie wciągani na szczyt przez przewodników. Kilian to prawdziwy miłośnik gór. Kocha je do tego stopnia, że sześć dni po zdobyciu Everestu znów wrócił na szczyt. Tym razem zaatakował go z Advanced Base Camp (ABC) – miejsca, w które zszedł po pierwszym rekordzie. I znów mu się udało: w jednorazowym ataku trwającym siedemnaście godzin. Niesamowite jest to, że tylko Szerpowie potrafią wrócić na szczyt Everestu dwa razy w tygodniu.

REKLAMA

Killian Jornet: biegacz ponad całym światem Jornet w drodze po wygraną w zawodach narciarskich na Pierra Menta w 2016 roku (fot. Jocelyn Chavy, Getty Images).

Ballinger tak skomentował ten wyczyn: „Zdobyłem szczyt dwa razy w tygodniu, ale z zapasem tlenu. Pomimo tego byłem wykończony: doszczętnie i bezwzględnie. Zrobiłem to raz i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, żebym miał powtórzyć ten wyczyn”. Według Ballingera Jornet tylko drasnął sufit swoich możliwości. Przed nim jeszcze wiele niesamowitych rekordów. „Co najważniejsze, zapoczątkował trend w zdobywaniu szczytów na czas. W jego ślady pójdzie nowa generacja sportowców”.

No i to się dzieje. Dosłownie kilka miesięcy po tym, jak Jornet ustanowił swój rekord na szczycie Aconcagua (12:49 h), wschodząca gwiazda świata wspinaczki, Karl Egloff , pobił go o kilkadziesiąt minut (11:52 h). „To tak jakby Kilian pokazał światu, co jest możliwe” – mówi Ballinger.

„Projekt się skończył – podsumowuje natomiast sam Jornet. – To była długa przygoda. Przez pięć lat spotkałem mnóstwo ludzi, od których wiele się nauczyłem. Rozwijałem się jako sportowiec i jako człowiek. Tak, to koniec… Ale zawsze pozostają marzenia. Problem polega na tym, że kiedy zdobędziesz jakiś szczyt, jedyne, co widzisz, to inne szczyty”.

Zobacz ranking RW: 16 najlepszych biegów górskich na świecie

Trofea Kiliana Jorneta

  • lipiec 2013 r. - Mont Blanc, 4810 m: 4:57 h

  • sierpień 2013 r. - Matterhorn, 4478 m: 2:52 h

  • czerwiec 2014 r. - Denali/Mckinley, 6194 m: 11:48 h

  • grudzień 2014 r. - Aconcagua, 6962 m: 12:49 h

  • maj 2017 r. - Mount Everest, 8848 m: 26 h + Advanced Base Camp – szczyt: 17 h

RW 10/2017

Komentarze

 (3)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij