Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
3.4

Korony maratonów blaski i cienie... [LIST CZYTELNIKA]

Na hasło „Korona Maratonów Polskich”  większość biegaczy jednym tchem wyrecytuje, że to pięć najsłynniejszych polskich maratonów ukończonych na przestrzeni 24 miesięcy. I na tym koniec łatwizny. Drogę do swojej biegowej koronacji opisuje w liście Mirek Kozłowski.

Korona Maratonów Polskich, korona maratonów, jak zdobyć koronę maratonów Mirek opisuję swoją krętą drogę do Korony Maratonów Polskich / fot. Tomasz Woźny

Maraton Warszawski, Poznań Maraton, Dębno Maraton, Cracovia Maraton i Maraton Wrocławski  ukończenie tych zawodów daje prawo do „uzyskania” korony. Prawdziwą wartość tego biegowego klejnotu stanowi jednak wszystko to, co dzieje się wokół Ciebie, z Tobą, w Tobie pomiędzy pierwszym wystrzałem startera, a chwilą gdy piękna dziewczyna za linią mety założy Ci ostatni medal na szyi (chyba że jesteś pechowcem i trafisz na prezydenta miasta).

Trochę biegam

Przez wiele lat nawet nie myślałem o bieganiu. Przełomem był rok 2013. Mając na uwadze pogarszające się samopoczucie oraz 100-kg wagę ciała, postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. W lutym zacząłem ćwiczenia na domowym orbiteku, stopniowo zwiększając częstotliwość oraz długość ćwiczeń. Pomimo odczuwalnych pozytywnych efektów tej decyzji, wiedziałem, że to jeszcze nie to. Wiosna za oknem, biegający od kilku lat kolega Marek, literatura biegowa no i stało się.

W majowe popołudnie 2013 roku po prawie 24 latach małżeństwa moja małżonka usłyszała ode mnie słowa, które odmieniły nasze życie: „Kochanie idę pobiegać”. Tego dnia dałem z siebie wszystko – przebiegłem 2 kilometry! Zacząłem biegać stopniowo, zwiększając kilometraż – 3, 5, 7, 10 km, dwa lub trzy razy w tygodniu. Weekendy to wyjazdy poza miasto, kontakt z przyrodą i dłuższe wybiegania. Na pytania znajomych o przyczynę utraty wagi odpowiadałem: "Trochę biegam".

Warszawski sen

Potwierdzam starą prawdę, że nic tak nie motywuje do treningu jak zapisanie się na bieg. Pierwsza moja oficjalna dziesiątka to wrzesień 2013 r. Wielka frajda! Konsekwentnie wydłużam przebiegane dystanse. Następne zawody: Półmaraton Bydgoski - październik 2013 r.

Po kolejnym półmaratonie, tym razem w Poznaniu w kwietniu 2014 r., wraz z bardziej zaawansowanym biegowo kolegą Markiem postanowiliśmy podjąć największe wyzwanie, jakim jest dla każdego biegacza start w maratonie. Maraton Warszawski był idealny! Jesienny termin dawał czas na solidne przygotowanie, a jego ukończenie byłoby wymarzonym prezentem na moje wrześniowe 50. urodziny, więc zapisaliśmy się.

W sobotę pierwsza wizyta na Narodowym i odbiór pakietów. O wielkości imprezy biegowej świadczy między innymi... liczba ustawionych przenośnych toalet. Ta przy Narodowym robiła wrażenie. Niedziela, 28 września 2014 r. Startujemy z Mostu Poniatowskiego. Na starcie emocje i najważniejsza myśl: Zacząć spokojnie, aby spełnić swój sen i ukończyć pierwszy maraton. Początek trasy ciekawy, więc kilometry uciekają: 5, 7, 10 km.

Stadion Legii po prawej, dalej aleja Tomasza Hopfera, Łazienki i… pierwszy kryzys, ale biegnę dalej. Kolejne poważne załamanie po 30. kilometrze, ale walczę. Jestem na ul. Puławskiej. Po prawej stronie park i pałac - Królikarnia. Staram się nie myśleć o wielkim już zmęczeniu i przywołuję wspomnienie tego miejsca i mojej dziewczyny - Warszawianki, z którą siedziałem na ławce w parku 32 lata wcześniej. Coraz większe zmęczenie daje znać o sobie. 33. czy 34. km - nie pamiętam, który właśnie minął.

Przerwy na marsz

Maszeruję szybko wyrównuję oddech, piję wodę i staram się wrócić do biegu albo raczej truchtu. Kibice, tak kibice dają siłę, więc przybijam „piątki” i czerpię siłę. Biegnę bez okularów, ale pomimo mętnego wzroku odczytuję transparent: "TRASA SPRAWDZONA ŚCIANY NIE MA". Nie było - docieram do mostu Poniatowskiego. Wreszcie stadion, stadion - jest Narodowy, ale duma i radość jest moja. Jest meta a potem medal na szyi. Zwycięstwo! Kończąc, swój pierwszy maraton przypomniałem sobie, co znaczy być szczęśliwym. Spełniłem swój warszawski sen.

Kompania braci

Po ukończeniu z sukcesem pierwszego maratonu kolega Marek (ukończył go około 60 minut przede mną) postanowił powalczyć o Koronę Maratonów Polskich, a ja wraz z nim.

Cracovia Maraton 2015 stał się kolejnym etapem na drodze ku jej zdobyciu. Przygotowania przebiegały dobrze, miałem rozbiegane nowe buty i setki wybieganych kilometrów. Kilka dni przed maratonem przyplątała się jednak infekcja. Katar, kaszel, gorączka  byłem chory i przygnębiony. Sobotnia podróż do Krakowa nie była, więc zbyt optymistyczna. W Krakowie dołączył do nas syn Marka  Jan. Najpierw rozpoznanie miejsca startu, potem tradycyjna Msza Św. w sobotni wieczór.

Katar, gorączka, paracetamol do poduszki i decyzja  jak rano będzie gorączka to nie biegnę. W niedzielny poranek Kraków powitał nas chłodno. Moje czoło także chłodne, więc startuję. Truchtem docieramy na linię startu. Na rynku moją uwagę przykuł niesamowity koloryt i zróżnicowanie zebranych zawodników. W Warszawie tego nie zauważyłem. Niektórzy na dużym luzie, uśmiechnięci, głośni. Inni spokojni, skupieni. Biegacze w obuwiu za kilkadziesiąt, kilkaset złotych, no i bosy Paweł Mej. Odzież we wszystkich możliwych kolorach, wśród nich czarna sutanna księdza z przypiętym numerem startowym.

Korzystam z błogosławieństwa na drogę, tradycyjnie przybijamy piątkę z Markiem i Janem. Początek biegu tuż przede mną ktoś się przewraca. Jest już przy nim wolontariusz, jakieś zasłabniecie pomyślałem i pobiegłem dalej. Dopiero później dowiedziałem się, że człowiek, który zasłabł, niestety zmarł. To jak wtedy sądziłem zasłabnięcie spowodowało, że znacznie zwalniam tempo. Racjonalnie oceniam sytuację, przypomniałem sobie o osłabieniu chorobowym i biegnę "na ukończenie".

Najważniejsze, że biegnę, osłabiony, ale biegnę, bo przecież nie mogę się poddać. Muszę walczyć. Bieganie niespodziewanie stało się moją pasją, odnajduję w nim wolność. Bieganie poprawia jakość mojego życia. Pierwsza pętla poszła zupełnie przyzwoicie, druga natomiast to już totalne osłabienie i kolejne postępujące po sobie kryzysy. O dziwo ta sytuacja nie przeszkadza w kontaktach z innymi biegaczami, a może wprost im sprzyja, wzajemnie się dopingujemy, podbiegamy razem.

„Damy radę”  motywujemy się wzajemnie. Niezbędne jest przechodzenie do marszu przy punktach odżywiania. Po 28. kilometrze trasa w głowie wydłuża się w nieskończoność. Myślę, byle do 30. – daję radę. Myślę byle na drugą stronę Wisły – docieram z trudem. Z bulwaru nad Wisłą na wzgórze maszeruję, nie daję rady biec. Końcówka  40. kilometr, biegnę ramię w ramię z innym biegaczem, wzajemnie się dopingujemy. On z kontuzją, a ja totalnie osłabiony. Na metę wpadamy razem.

Tego dnia, w walce z własnymi ograniczeniami, odkrywam prawdę o sile amatorskiego biegania. Sile polegającej na tym, że podczas biegu maratońskiego na trasie nie spotykasz rywali, amatorzy na trasie to kompania braci, a jedyny przeciwnik to nasze słabości. Zawodowcy nie mają tak dobrze.

Miasto Aniołów

Po zaliczeniu Cracovia Maraton przyszedł czas na październikowy Poznań Maraton. Śmiało można powiedzieć, że przed startem byłem już dobrze obiegany. Miałem kilka tysięcy wybieganych kilometrów, dwa maratony, kilka połówek, 15-tek i wiele dziesiątek. Wyglądało, że jestem dobrze przygotowany, że w końcu nastąpi przełamanie i w przyzwoitym tempie, poniżej 5 godzin, pokonam maraton, co nie jest żadnym problemem dla większości startujących biegaczy.

Plan był taki: trzymam się z grupą biegnącą na 5 godzin do 32. kilometra, później przyśpieszam, aby skończyć na 4:55. Zaczęło się ciekawie. Startujemy z Markiem i Jankiem. Jest naprawdę zimno – -2 stopnie Celsjusza. Ociepla się bardzo powoli, kilometry mijają zgodnie z planem, biegnę z grupą, czułem się dobrze. Połowa dystansu i pojawia się niepokój, odczuwam zmęczenie. Kolejne kilometry tuż przed Maltą biegnę na końcu grupy i używając slangu kolarskiego, puszczam koło, odczuwam ból, skurcze w łydkach. To jeszcze nie problem – powtarzam sobie.

Stosuję sprawdzoną na treningach metodę przetaczania podczas biegu stopy z pięty na palce naciągając i zwalniając napięcie mięśni łydki. Pomaga, ale straciłem kontakt z grupą. Po minięciu toru na Malcie, zaczyna się podbieg, a tam traciłem szybko energię, pomimo sięgania po dostarczane przez organizatorów węglowodany – energii brak. Nienawidzę maszerować: "Pomyślałem", chociaż dzięki temu odpoczywam, a po 200-300 metrach znów biegnę. Nadszedł 30. km, może trochę dalej, jestem zaskoczony brakiem mocy, oczy ze zmęczenia zachodzą mgłą. Jednak koniecznie potrzebuję okularów do biegania – pomyślałem. Bo przy dużym wysiłku i zmęczeniu widzę słabo.

Ledwo o tym pomyślałem, nagle pojawił się inny problem – ból w prawym udzie. Potężny skurcz. Za chwilę to samo w lewym. Nie mogę biec, przechodzę do marszu, a właściwie iść też się nie da. Ból i skurcze nie odpuszczają. Przemieściłem się kilka metrów, odruchowo spojrzałem na tablicę z nazwą ulicy, jakbym chciał podświadomie sprawdzić miejsce swojej klęski, jednak nie byłem w stanie odczytać nazwy ulicy. W tym momencie czułem się wykończony.

1 2
STRONA 1 z 2

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij