Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Kucharz twój wróg [FELIETON JACKA FEDOROWICZA]

Mój – nieżyjący już niestety – przyjaciel, o którym piszę poniżej, miał wyrobione zdanie o moim sposobie odżywiania się. Mawiał: „Dla Jacka kolacja to jest dwa kilo, dobra kolacja dwa i pół kilo, a wystawny bankiet trzy kilo. Czegokolwiek”. I zawsze wyrażał to z najwyższą dezaprobatą w głosie.

Kucharz twój wróg [FELIETON JACKA FEDOROWICZA] fot. shutterstock.com

Miałem kiedyś przyjaciela smakosza. I mistrza przyrządzania przeróżnych potraw. Gdyby nie żył w tak zwanym socjalizmie, na pewno miałby słynną w świecie restaurację, której poświęcałby cały swój czas, talent twórczy i siły. Na szczęście dla nas żył w systemie niezbyt sprzyjającym prywatnym firmom i dzięki temu nakręcił wiele wspaniałych komedii filmowych. Nazywał się Stanisław Bareja.

Mam nadzieję, że wszyscy moi Czytelnicy widzieli coś nie coś z jego filmowych osiągnięć. Moim zdaniem najlepszy był „Miś” – scenariusz Bareja pisał z Tymem, ja pisałem z nim „Poszukiwanego, poszukiwaną” i „Nie ma róży bez ognia”. „Miś” to chyba najbardziej antysocjalistyczna komedia nakręcona za czasów socjalizmu. I jednocześnie mówiąca o nim najwięcej. Jednym słowem, Bareja wielki był. Jako filmowiec. Jako kucharz, co prawda tylko na użytek domowy, też był wielki, czemu starałem się nie ulegać.

W czasach, gdy współpracowaliśmy, już uprawiałem biegactwo i wiedziałem, że jeżeli dam się skusić Staszkowi i spróbuję jego przesmacznych dań, pichconych nierzadko z niczego (socjalizm charakteryzował się okresowymi pustkami w sklepach, co pod koniec przeszło mu w stan chroniczny), to będę musiał przestać biegać. No bo jeżeli miesiącami pisaliśmy scenariusz od rana do wieczora, to nie było innej chwili na trening, jak tylko wieczorny powrót biegiem od Staszka z Mokotowa do domu na Powiśle.

Z pełnym brzuchem – niemożliwy. Odmawiałem więc wszelkich pyszności. I tu dochodzimy do sedna. Większość przepisów na posiłki, przekąski, przegryzki dla biegających przygotowywana jest z dbałością, żeby to wszystko było nie tylko złożone z głęboko przemyślanych, dobroczynnych składników, ale jeszcze w dodatku smaczne. Błąd! Po co wystawiać jedzącego na pokusy? Po co przyczyniać się do jego późniejszych cierpień psychicznych („Zgrzeszyłem! Za dużo zżarłem!”) i fizycznych, bo wiadomo, że im więcej zbędnego ciała, tym gorzej się biegnie?

Oczywiście są ludzie, którzy potrafili przyzwyczaić organizm do wstrzemięźliwości i nie przekraczają limitów, choćby im kubki smakowe krzyczały: „Jeszcze! Jeszcze!”. Ale są też słabi psychicznie (do nich się zaliczam), którzy jak zaczną jeść, to trudno im się oderwać. Już wiele lat temu wypracowałem sobie metodę, którą nazwałem „Kucharz twój wróg”. Polega ona na tym, że staram się jeść tylko wtedy, kiedy jestem głodny (oczywiście dopiero po odbyciu dziennej porcji poruszania się na własnych nogach) i jem tylko to, co nie jest przyrządzone.

Maksimum surowizny prosto ze sklepu. Takiego dorsza czy tuńczyka na surowo zjeść się nie da, kartofle też lepiej ugotować, ale nie ma mowy o żadnych zabiegach poprawiających smak – nawet soli i pieprzu nie używam. Spróbujcie tak kiedyś! Na głodniaka i tak wszystko jest smaczne.

Ale nie powinno być za smaczne. Bo gdyby nagle być zaczęło, to jestem pewien, że po 60 latach noszenia tego samego rozmiaru spodni musiałbym przejść na większy, a jestem już w takim wieku, że tego nowego mógłbym nie zapamiętać.

Mało? Przeczytaj więcej felietonów Jacka Fedorowicza

RW 11/2017

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij