Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Ma boleć! [felieton Jacka Fedorowicza]

Mało komu udaje się biegać bez przeciążeń, zerwań, naderwań i urwań. Każdy miał kontuzję, ma albo będzie miał, tylko jeszcze o tym nie wie. Doświadczenia kontuzyjne mam przebogate. Jestem jednym z najwybitniejszych specjalistów od robienia krzywdy sobie samemu. Metodycznie i z dużym samozaparciem. Wynika to z tego, że cierpię na chroniczny przerost ambicji (elephantiasis ambitionarum). Chciałbym zaapelować do młodzieży, by nie szła w moje ślady.

Na pierwszy, inauguracyjny ból po przeciążeniu lekarz przepisał mi środek krajowy, który nazywał się diodan. Było to mazidło, należało je rozsmarować po bolącym ścięgnie, instrukcja mówiła, że z tuby ma się wycisnąć 3 cm preparatu. Niestety, czy się wycisnęło i rozsmarowało 1 cm, czy całą zawartość tuby, efektów nie było żadnych.

Lekarz postanowił przejść na lek zagraniczny. To było ponad 40 lat temu, ale do dziś pamiętam nazwę: celestone chronodose – zastrzyk, który przysłali mi przyjaciele z Francji. W przeliczeniu na ówczesne, niewymienialne złotówki kosztował majątek. Zostało mi to wstrzyknięte. Ból przeszedł jak ręką odjął. Byłem szczęśliwy, że mogę wrócić do zawziętego katowania organizmu. Wystarałem się o dalsze zastrzyki i potem, co tylko zdarzyło się przesadzić, jeśli ból nie mijał sam – namawiałem tego lub owego lekarza, żeby mi wstrzyknął kolejnego celestona. Dopiero ortopeda reprezentacji polskich piłkarzy, dr Moskwa, wytłumaczył mi, że to idiotyzm, bo – jak mówił – co tylko rozkroi nogę jakiegoś piłkarza, żeby mu coś poprawić operacyjnie, to łapie się za głowę, widząc, jakie spustoszenia czynią pochopnie stosowane blokady, wstrzykiwane, żeby piłkarz dotrwał do końca rozgrywek czy choćby i jednego meczu.

Zmądrzałem? Nic podobnego. Ja tylko z zastrzyków przeszedłem na pigułki. Ale zrozumcie, akurat miałem za sobą dwa maratony, czyli spełnienie marzeń i ukoronowanie kilkunastu lat starań od zera. A jednocześnie niedosyt, bo wynik powyżej czterech godzin. Po żadnym z nich nie odpocząłem nawet dnia, bo dusza się rwała do poprawienia wyniku, no i wkrótce ból przyczepu mięśnia dwugłowego uniemożliwiał już nie tylko bieg, ale nawet chodzenie.

Wtedy trafił się vioxx. Łyknąłem. Znów euforia, nic nie boli, mogę biegać! A że byłem w formie, to dawaj poprawiać wyniki na różnych dystansach. Potem vioxx padł pod ciosami oskarżeń o zawały serca, pojawił się celebrex, potem inne. Smutny koniec radosnego łykania był zawsze ten sam: kontuzja coraz głębsza i coraz mniejsze szanse na wyleczenie.

Nie konsultuję tego felietonu z lekarzami czy fizjoterapeutami, ale całe doświadczenie prawie już pięćdziesięcioletniego amatorskiego biegania mówi mi jedno: żadnych środków przeciwbólowych! Nigdy! Ból jest Twoim sojusznikiem! Daje znać, że jeszcze za wcześnie na powrót na trasę. Ostrzega przed zrobieniem sobie jeszcze większej krzywdy. Kontuzje leczy tylko czas. Jeśli damy organizmowi czas na regenerację, on to załatwi. A jeśli nie, to tylko z winy użytkownika organizmu.

Te moje miejsca tak intensywnie kiedyś ostrzykiwane, ołykiwane i nigdy porządnie niedoleczone i niedoregenerowane odzywają mi się wciąż jeszcze co jakiś czas, mimo upływu dziesięcioleci.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze czerwiec 2016.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij