Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Marek Krajewski: trop w Breslau

Marek Krajewski łamie stereotyp autora kryminałów z cygarem w jednej i szklaneczką whisky w drugiej ręce. Po pracy, zamiast ruszyć do zadymionego pubu, biegnie 10 km tropem poniemieckich zabytków Wrocławia. RW podąża za nim jak cień.
Marek Krajewski, uzależniony od biegania autor powieści kryminalnych Marek Krajewski, uzależniony od biegania autor powieści kryminalnych (fot. Paweł Kempa)

Filozofia kontra młoda dama

"Czy bieganie miało wpływ na pana kryminały?"

"Nie, nie miało wpływu. Żadnego... - mówi pisarz, choć zawahał się przez chwilę, ale po chwili odzyskuje pewność siebie. - Otóż podczas biegania intensywnie myślę, jeżeli akurat nie słucham książek w audiobooku lub nagranych audycji. Czy w trakcie biegania myślę nad fabułą nowej powieści, nad konstrukcją bohatera? - zastanawia się na głos. - Nie, raczej tego nie robiłem. Do wymyślania historii potrzebuję większego spokoju, zacisza mojego gabinetu, otoczenia książek. Bieganie rozprasza mnie za bardzo w tym wypadku, ale na przykład podczas biegania rozważam pewne kwestie filozoficzne.

Jest to objaw zużywania wolnego czasu. Bieganie jest nudne, czasem śmiertelnie nudne, dlatego trzeba zająć sobie czymś czas, więc często prowadziłem sam ze sobą filozoficzne solilokwia, takie rozmowy z samym sobą, które są bardzo amatorskie i związku z tym nie przeszkadza mi nic wokół, ponieważ w każdej chwili mogę tę rozmowę z samym sobą przerwać i przejść do innego wątku.

Gdybym nie mógł biegać przez tydzień lub dwa, czułbym się podle. Wydzielające się endorfiny po prostu uzależniają człowieka.

Natomiast gdybym próbował konstruować fabułę, bieganie przeszkadzałoby mi bardzo. Wyobraźmy sobie sytuację, że mija mnie na ścieżce inny biegacz i pozdrawiamy się nawzajem, co uważam za bardzo sympatyczny zwyczaj. Wtedy wystarczy chwila dekoncentracji, żeby uciekła myśl o nowym wątku, zwłaszcza gdy na ścieżce mija mnie urokliwa młoda dama".

Trzy lata bez kontuzji

"Ustaliłem, że podczas pisania książek ma pan swoje rytuały: około 6 rano zamyka się pan w gabinecie, pisze intensywnie do około 10-11, a w tym czasie nie wolno panu absolutnie przeszkadzać. Czy z bieganiem, po skończeniu pisania powieści, także związane są pewne rytuały?"

"Tak. Staram się biegać w określonych godzinach. Zwykle jest to poranek, godzina 8.00-8.30. Biegam na czczo lub po zjedzeniu banana. Trening zajmuje mi godzinę. Rytuałem jest to, że przez pierwsze 10 minut biegu nie myślę o niczym, nie słucham muzyki, staram się wyczuć rytm mojego organizmu, przełamać pierwotną ospałość, która jest po przebudzeniu. Męczę się. Oczyszczam umysł.

Gdy pokonam nierówne chodniki, wyminę ludzi i dotrę do ścieżki biegowej, robię rozgrzewkę, włączam odtwarzacz lub koncentruję się na pseudofilozoficznych przemyśleniach i planuję, gdzie będę biegł przez następne 50 minut. To jest mój rytuał.

Zawsze też robię te same ćwiczenia rozciągające. Trzymam się tego, czego nauczył mnie niedawno mój kolega, dziennikarz »Gazety Wrocławskiej« Jacek Antczak, który dwukrotnie przebiegł maraton. Okazało się, że robiąc intuicyjnie pewne ćwiczenia, robiłem wszystko źle. Teraz robię wszystko zgodnie z jego zaleceniami i nic nie zmieniam. Biegnę w tempie konwersacyjnym, lubię podbiegi. W ciągu trzech lat mojego biegania nie przytrafiła mi się żadna kontuzja".

Trasa sentymentalna, trasa historyczna

"Czuje się pan uzależniony od biegania?" - pytam wprost.

"Gdybym nie mógł biegać przez tydzień lub dwa, czułbym się podle. Wydzielające się endorfiny po prostu uzależniają człowieka. Zdarzyło mi się, że kiedy musiałem wyjechać na kilka dni i nie mogłem biegać, odczuwałem potem coś na kształt wyrzutów sumienia. Czułem się źle, że nie biegam, dlatego później intensyfikowałem treningi.

Na przykład niedawno byłem nad morzem i biegałem dzień w dzień, ale od wtorku do niedzieli musiałem zrobić przerwę. Wróciłem do Wrocławia i biegałem 5 dni w tygodniu. Skoro mam wyrzuty sumienia, pewnie jestem w jakiś sposób uzależniony od biegania".

"Uzależnieni biegacze mają swoje trasy, gdzie mogą spokojnie oddawać się nałogowi. Które trasy są pańskimi ulubionymi? Biega pan koło miejsc ze swoich kryminałów?"

"Wychowałem się we Wrocławiu i z miejscami w jego centrum mam najlepsze wspomnienia. Intuicyjnie wybrałem trasy, które bardzo dobrze mi się kojarzą z moimi dawnymi przeżyciami. Na przykład dziś biegłem przez Ostrów Tumski obok katedry, przez Wyspę Słodową, tam rozgrzewka, potem biegł na Wzgórze Polskie, następnie Wzgórze Partyzantów - obiegłem je dwa razy i wróciłem tą samą trasą. Całość ma około 8 km. Są to wspaniałe miejsca, bardzo mi bliskie z czasów dzieciństwa i młodości. Na przykład na Wzgórze Polskie bardzo często chodziłem na wagary, a koło Wzgórza Partyzantów jest moje ukochane IX Liceum. Tę trasę nazywam sentymentalną.

1 2 3
STRONA 2 z 3

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij