Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Meta coraz bliżej [felieton Jacka Fedorowicza]

Od czerwca nie startuję – leczę kolano. To informacja dla wszystkich kolegów, którzy [url="http://www.runners-world.pl/forum/index.php?/blog/145/entry-505-cisnieniomierz-i-fotka/"]zgarniają za mnie te ciśnieniomierze wręczane tradycyjnie za trzecie miejsce w grupie wiekowej M70+[/url] (mam na myśli oczywiście zawody, w których na starcie staje maksimum trzech siedemdziesięciolatków; tylko wtedy ciśnieniomierz na pewno może być mój). Ale mam nadzieję, że w 2010 r. kolano wyleczę i wtedy drżyjcie.

Chociaż nie. Po pierwszym stycznia nasza grupa wiekowa powiększyła się o wielu młodziaków, którzy właśnie w tym roku przekraczają siedemdziesiątkę i już znacznie trudniej będzie wedrzeć się na podium. Nachodzi mnie czasem myśl natrętna: czy nie należałoby już skończyć z bieganiem? Gdzieś jest ta nieuchwytna granica między działaniem wychowawczym, dającym się ująć w haśle: "Ucz się, młodzieży, popatrz, jak sportowy tryb życia może procentować w wieku podeszłym", a działaniem wywołującym już tylko komentarze: "No, przestałby się staruszek wygłupiać, ledwo to to człapie, pewnie zaraz się rozsypie, po co się tu jeszcze pęta?".

Może już przekroczyłem tę granicę? Sam jej nie zauważę, bo człowiek ma tę przypadłość, że traktuje siebie znacznie bardziej wyrozumiale niż innych. I niż traktują go inni. Ale ci inni też nie powiedzą, bo nie będą chcieli być okrutni lub co najmniej nietaktowni.

Czasem prawda wychodzi na jaw przypadkiem. W trakcie rozmów ze znajomymi spoza kręgu biegających, gdy tematem stawał się wolny czas poświęcany na zajęcia rekreacyjne, mówiłem zawsze: "A ja biegam". Tak nazywałem wykonywaną przeze mnie czynność i wydawało mi się, że określenie jest adekwatne. No i mówiłem tak, mówiłem, aż do chwili, gdy któregoś dnia, mijając w parku młodą mamę z synkiem, usłyszałem, jak mówi o mnie: "O popatrz, Wojtusiu, pan IDZIE…".

Może niepotrzebnie sobie tym wszystkim głowę zawracam, problem prędzej czy później rozwiąże się sam. Oczywiście wolę, żeby później. Tu dodam, że starcy na starcie traktowani są przez wszystkich na ogół życzliwie. Na mecie rzadko bywają ostatni, zawsze się znajdzie jakiś młodszy, który przecenił swe siły, organizatorzy też często idą na rękę, puszczając grupkę tych, co – przykładowo – półmaraton przewidują na dwie godziny i pół, 30 minut wcześniej, dzięki czemu różnica między czołówką a tyłówką nie wygląda tak dramatycznie.

Przypomniała mi się jeszcze jedna pouczająca historyjka o tym, jak to nie należy przesadzać z pozytywnym mniemaniem o sobie, szczególnie w zestawieniu z rówieśnikami.

Otóż w szkole średniej, która za moich czasów nazywała się gimnazjum i trwała cztery lata (cała edukacja do matury to było jedenaście lat), miałem koleżankę o niezwykle charakterystycznym imieniu i zagranicznym nazwisku. Zestaw nie do zapomnienia. Było to na Wybrzeżu. Potem nastąpiła emigracja zarobkowa do Warszawy (w stolicy za wszystkie czynności artystyczno-dziennikarsko-literackie płacili kilka razy więcej niż na tzw. prowincji) i straciłem kontakt z dawnym towarzystwem.

Minęło ponad pół wieku. Niedawno, podczas wizyty w poradni okulistycznej, skierowano mnie na badanie do bardzo zasłużonej pani profesor. Przed wejściem na drzwiach gabinetu przeczytałem jej imię i nazwisko. To było to niezwykłe imię i to nazwisko. Czyżby moja szkolna koleżanka? Wszedłem, spojrzałem i natychmiast ogarnęło mnie uczucie zawodu. Nie, to niemożliwe… Za biurkiem siedziała staruszeczka, na oko – stuletnia. Ale na wszelki wypadek postanowiłem spytać.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz07.jpg

– Bardzo przepraszam panią profesor, ale czy pani przypadkiem nie mieszkała kiedyś w Gdyni?

– Mieszkałam.

– Czy chodziła pani może do "dwójki" na Leśnej, wtedy to była Daszyńskiego? – Chodziłam.

– Matura w pięćdziesiątym trzecim?!

– Tak!

– No to, kochana, chodziłaś do mojej klasy!

Przyjrzała mi się uważnie.

– Tak? A czego pan uczył?

Wyszedłem załamany.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2010

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij