Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Między stopą a butem [felieton Jacka Fedorowicza]

Skarpetki. Czy Wy, młodzi, zdajecie sobie sprawę, jakim problemem bywały skarpetki w zamierzchłych czasach?

Nie uwierzycie, ale pierwszy start w życiu odbyłem w dwóch parach skarpetek. Nie, że zmieniałem ich po drodze. Bo oglądając filmy, wyobrażacie sobie może, że biegaczom prehistorycznym, czyli tym z lat 80. ubiegłego stulecia, przygotowywano stacje zmiany skarpetek – na wzór stacji zmiany koni. Więc nie. Dwie pary skarpetek to była moja odpowiedź na pytanie, jak wytrzymać 24 kilometry – taki był dystans mojego debiutu biegowego – w twardych butach skóropodobnych ogólnosportowych marki Krosno. Kupowało je się jako sportowe i nikomu nie wpadało do głowy, by dalej roztrząsać, czy to do koszykówki, maratonu, czy boksu, bo było oczywiste, że pasują do każdej konkurencji poza narciarstwem zjazdowym, choć też nie na pewno.

Był rok 1981 i nawet plastikowe reklamówki z zachodnich supermarketów sprzedawano po 5 złotych, by służyły jako siatki, teczki czy eleganckie torebki damskie. Więc moje buty sportowo-uniwersalne spód miały z twardej gumy, sięgały nad kostki, czyli z daleka przypominały trampki, ale cholewkę miały nie płócienną, tylko taką z czegoś innego, co było znacznie twardsze. Aby stawić czoła problemowi ogólnej twardości buta, wpadłem na pomysł dopieszczenia stóp podwójną warstwą skarpetek. Żeby było miękko. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że ryzykuję pęcherze z powodu zrolowania się którejś z warstw, nie wiedziałem też, że największym grzechem na zawodach są eksperymenty.

Przypominam przy okazji (nie po raz pierwszy, ale takich przestróg nigdy dosyć): nie wolno na zawody zakładać niczego niesprawdzonego, w tym nowych, kusząco wyglądających butów za 500 złotych, polecanych jako najwygodniejsze na świecie, nie wolno w czasie biegu pić niewypróbowanych płynów i nieprzetestowanych maziołków energetycznych, a przed biegiem nie wolno wchłaniać innej karmy niż ta co zwykle.

Na szczęście pęcherze debiutanta nie dopadły, podwójne skarpetki stosowałem jeszcze kilka razy potem, cały czas szukałem też butów, w których by się dobrze biegało. Pierwsze w życiu 42 kilometry odbyłem w czymś, co miało nazwę oficjalną „obuwie tekstylne” – spód z ciężkiej gumy, góra z welwetu. Skarpetek do biegania nie szukałem, bo czegoś takiego w ogóle nie było. Patrzę w tej chwili na moje DRI-FIT z literkami L – left, R – right i wzruszenie mnie ogarnia, do czegośmy doszli. My, czyli ludzkość, która w kapitalizmie pochłonięta jest głównie wymyślaniem, jakie by tu dalsze udogodnienie wymyślić, wyprodukować, wmówić klientom i zarobić. Przy czym ja tu wcale nie wybrzydzam – wolę postęp cywilizacyjny z chęci zysku, niż socjalistyczną degrengoladę wynikłą z zasady, że nikomu nic robić się nie opłaca, bo czy się stoi, czy się leży… itd.

Skarpetek w dawnych czasach też się nie opłacało ulepszać, więc robiły się coraz gorsze. Czy wiecie, co było prawdziwym utrapieniem? Skarpetki „zjadane” przez buty. To wciąż dla mnie niepojęte zjawisko przyrodnicze, które nękało mnie przez wiele lat, zanim dożyłem sklepów przepełnionych skarpetkami do biegania. Zjawisko polegające na tym, że wychodzi się z domu, a tu nagle ni stąd ni zowąd skarpetka zaczyna niknąć w bucie; po chwili pięta jest goła, skarpetka więźnie dopiero w połowie stopy, wyciąga się ją, naciąga starannie – niestety, po kilkudziesięciu krokach znowu ulega zjedzeniu. Nic nie pomagało, taką przeklętą skarpetkę można było tylko wyrzucić. Nie wyrzucało się jej zresztą, bo żal, nie była przecież dziurawa. Może w innym bucie nie da się pożreć? Czasem zmiana butów pomagała, ale tylko czasem.

Dziś już chyba nikt takich kłopotów nie ma, doradzam więc tylko, dzieci: nie żałujcie na skarpetki. Nie skąpcie ani pieniędzy, ani – szczególnie – czasu na dobranie odpowiednich. Wiecie już pewnie z doświadczenia, jak ważny jest odpowiednio dobrany i dobrze przetrenowany but. Pamiętajcie dodatkowo, że dotyczy to również skarpetek, bo nawet skarpetka biegowa może się okazać byle jaka, fałdkopodatna i można przez taką nabawić się pęcherzy.

Dodam jeszcze (by być wiernym tradycji, że moje porady są głęboko sprzeczne z zaleceniami lekarzy, ale za to poparte doświadczeniem własnym), że jak już się zrobi pęcherz, to nie należy szukać porady w aptece czy rozglądać się za wysterylizowanym narzędziem. Wziąć byle igłę, szpilkę, agrafkę, przekłuć, wycisnąć i spokój. (Oczywiście, gdyby mnie ktoś potem usiłował oskarżyć, to oświadczam, że tylko żartowałem.)

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze wrzesień 2014.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij