Runner's World poleca:

Milena Trojanowska i jej bieganie ze stwardnieniem rozsianym

Poleć ten artykuł:

To nie jest historia choroby. To historia powrotu do normalnego życia. Powrotu, który zaczął się od dwóch słów: „Chciałabym biegać...”. Milena Trojanowska to przykład żelaznej woli, piekielnego uporu i niespożytych pokładów optymizmu.

Milena Trojanowska, stwardnienie rozsiane, With a SMile

Milena Trojanowska chciałaby być zawodniczką rugby. Gdyby była większa i silniejsza, na pewno by nią została, bo nie lubi się poddawać i dopina swego. Nawet próbowała tego sportu, ale tęgie chłopaki trafili ją piłką tak niefortunnie, że przetrącili jej kręgosłup. Dwa tygodnie leżała na wyciągu w szpitalu.

Teraz też spędza w szpitalach i u lekarzy sporo czasu, bo choruje na stwardnienie rozsiane (SM). Ale nie przeszkadza jej to w przebiegnięciu maratonu, pracy na dwóch posadach, prowadzeniu bloga, jeżdżeniu na konferencje naukowe, regularnych treningach czy spotkaniach ze znajomymi i rodziną. Jak to robi, że mimo choroby najbliższy wolny od zajęć weekend ma w lipcu? Ano tak…

Różowe majtki i okulary

Ważny jest kolor, w jakim toczy się życie. A jej kolorem jest róż. Takie ma szkła w okularach wyobraźni i taki jest jej blog: withasmile.pl. Takie majtki nosi też jej jamnik, który budzi ją co dzień rano, także do biegania. „Nosił, już wcale nie nosi – śmieje się Milena. – Po prostu: jak był mały, to spał w koszu z bielizną i zawsze wychodził z nimi na szyi”.

Róż pasuje im obojgu, choć z tą chorobą wcale nie jest różowo. Zwłaszcza na początku nie było. Pojawiły się problemy z poruszaniem, z czuciem w nogach. Milena coś tam wiedziała, coś podejrzewała i wpisała w Google. No i wyszło, że to stwardnienie rozsiane. To, co pisali o tej chorobie w internecie, przerażało. Myślała, że będzie skazana na wózek inwalidzki, pełną zależność od kogoś. I na początku tak było. SM przychodzi w rzutach, a w jej przypadku było ich wiele. Kilka razy w roku trzeba było kłaść się do szpitala.

„Ale w okresach remisji zawsze starałam się biegać – opowiada dziewczyna. – Bieganiem zawsze radziłam sobie z kłopotami. Kiedy w okresie dojrzewania hormony dawały mi popalić huśtawką nastrojów, to wyhamowywałam ją wysiłkiem fizycznym. Wtedy też bieganie było namiastką normalności. Nie mogłam tańczyć ani wrócić do rugby, to biegałam”.

Gdy wspomina czasy tych pierwszych rzutów, zdradza, że najtrudniejsze było to przerywane życie. Wracały objawy: problemy z chodzeniem, słabość, ból, problemy z koncentracją. Całe życie trzeba było zawieszać na kołku, odkładać na potem. Teraz już się z tym pogodziła. Już wie, że trzeba przeczekać, a potem wrócić do dziennikarstwa i do współpracy z Polskim Towarzystwem Stwardnienia Rozsianego.

Wrócić do samodzielnego życia. Milena wyprowadziła się z domu i mieszkała długo na wynajmowanym ze współlokatorami. Świetni ludzie. Jak się cała trzęsła po kuracji interferonem, to przykrywali ją kocem, głaskali po głowie, przynosili herbatę. Dobrze do nich wracać. Dobrze wracać do biegania. Biegania, które po jakimś czasie chorowania prawie by straciła. SM dało w kość.

Przyszedł moment, że potrzebowała pomocy 24 godziny na dobę. Poszła do rehabilitanta, a ten zapytał ją, po co przyszła. Czego chce? „A że żadnej odpowiedzi nie miałam przygotowanej, to palnęłam, że chcę znowu biegać. I tak wyszło, że biegam. Ba, przebiegłam nawet maraton” – śmieje się. Przebiegła. Jak każdy z nas na 30. kilometrze klęła pod nosem: „Kur... Ja pier… Kto wymyślił to cholerne bieganie?”. Na mecie powiedziała: „Nigdy więcej!”.

Ale jak trochę odsapnęła, to postanowiła jeszcze raz spróbować. I to mimo tego, że po tym 30. kilometrze straciła czucie w stopach i musiała pilnować, żeby nie zaplątać się w swoje nogi. Właśnie przez tę mniejszą wrażliwość stóp na treningach biega boso.

Słodycze i sukienki

Jak zaczynała biegać z chorobą, to lekarze byli podzieleni. Nikt nie wiedział, jak SM na sport reaguje. Milena już dzisiaj wie, zna swoje ciało. Dzięki temu na swoim blogu motywuje ludzi, publikuje wywiady z takimi jak ona. Blog ma być w przyszłości portalem. Milena razem z PTSR planuje też zorganizować na jesieni bieg w Warszawie. „Chcę, żeby ludzie wiedzieli więcej, żeby do chorych dotarło, że mogą się cieszyć życiem” – mówi.

A pasja? Są dwie. Muzyka z winyli i bieganie. Bieg to środek i cel. Cel, bo sam bieg jest wolnością, poczuciem normalności, którego każdemu choremu brakuje. A środek? „Bywają gorsze dni, nie ma co ukrywać. Przecież to jednak choroba – przyznaje Milena. – Ale właśnie wtedy idę biegać, zmęczyć się, cały ten zły humor wypocić. Zawsze to na mnie działało”.

Bo ona wie, że trzeba czasem poświęcić wiele drobnych przyjemności, by mieć ogromną satysfakcję, sukces – o cokolwiek komukolwiek by nie chodziło. Ta zasada działa zawsze. Dlatego nawet jak jej się nie chce, to zakłada buty i idzie. Nawet jak ma wielką ochotę na smażone pierogi, to je gotowane. Rzuciła też palenie i wcina śledzie, których nie lubi, ale jej służą. Bo za tym wysiłkiem, wyrzeczeniem treningu o 5.30 stoi skończony maraton, sprawne ciało i odsunięta w cień choroba.

„Ale pozwalam sobie też na to, czego nie powinnam. Na odrobinę słodyczy na przykład. Zbytni reżim spowodowałby, że byłabym nieszczęśliwa” – zauważa. Bo szczęście jest ważne. Dlatego mama z siostrą wykradły ją ze szpitala i zawiozły na wózku wprost do sklepu z sukienkami. Żeby sobie jakąś kieckę dla tej małej, drobnej radości z życia kupiła.

RW 06/2015  

Tagi: Milena Trojanowska | bieganie stwardnienie rozsiane | With a SMile | bieganie z SM

Oceń artykuł:

5.0

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij