Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW

Każdy kiedyś zaczynał, nawet ci najbardziej doświadczeni. Ale czasem do tego wielkiego kroku potrzeba choćby małego popchnięcia. A kto lepiej zachęci Czytelników Runner’s World do startów niż oni sami? Oto historie tych, którzy już zaczęli biegać w zawodach.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Klepanie po pośladkach

Grzegorz Lipiec

Pierwszy start to kwietniowa noc 2016 roku i Skywayrun na Lotnisku w Rzeszowie- Jasionce. Dystans – pięć kilometrów. Start o północy, a wcześniej kontrola tak jak przed wejściem do samolotu. Zabrałem ze sobą dowód osobisty, a jako że kieszonka w spodenkach mieściła się z tyłu, to przez kilkadziesiąt metrów po starcie klepałem się po pośladku, sprawdzając, czy ten parszywy dowód nie wypadł. No i pogoda... Wcześniej padał deszcz, ale na płycie kałuże były tylko po jednej stronie. Wszyscy pchali się tam, gdzie było sucho, więc więcej miejsca było w wodzie. Mimo wszystko, byłem 219. na 797 startujących.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Dzieci prosiły...

Marzena Kwiecień

Mój pierwszy bieg był całkowitym spontanem. Zero przygotowania: wstałam od komputera i poszłam. Dystans – 5 km. Córka poprosiła mnie, żebym nie przybiegła ostatnia. Obiecałam, bo co innego miałam powiedzieć?! Kilometr przed końcem minął mnie ponad 70-letni pan. Wtedy przysięgłam sobie, że już nigdy, przenigdy nie zapiszę się na bieg. Albo zapiszę się, ale będę trenować! Przybiegłam na metę, ledwo dysząc. Zapytałam tylko, czy jestem ostatnia. Nie byłam!

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Brać medal czy go nie brać?

Paulina Głuszyk

Moim pierwszym biegiem była I Lubaczowska Piątka. Długo się nie zastanawiałam. Miał on charakter charytatywny, a jego hasło brzmiało bardzo poważnie: „Never give up!”. Pierwszy kilometr, może dwa, starałam się utrzymywać stały czas i biec obok znajomych twarzy. Były chwile, kiedy czułam, że mogłabym biec w nieskończoność. Jednak zaraz dopadało mnie zmęczenie, brak powietrza w płucach. Ostatnie metry biegł obok mnie tata. Nie wytrzymałam, zaczęłam płakać ze szczęścia. Może ktoś pomyśleć, że to egoizm, ale to była duma. Nagroda za ciężką pracę. Przekroczyłam metę, uściskałam tatę i zastanawiałam się: „Ej... Brać ten medal okolicznościowy, czy nie?”. Od tamtego momentu pokochałam biegi: nieważne, czy stanę na podium, czy nie.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Zaczęło się od autobusu

Krzysztof Góralski

Była jesień 2002 roku. Wracałem z pracy i zobaczyłem nadjeżdżający autobus. Puściłem się biegiem te 50 metrów. Zdążyłem, ale przez kilka przystanków nie mogłem złapać tchu. Długo dochodziłem do siebie. To był impuls. Postanowiłem zacząć biegać, a właściwie przygotowywać się do przebiegnięcia maratonu. Kupiłem dres i buty za 50 złotych. Pierwszy raz przebiegłem 4 kilometry i każdego następnego dnia wydłużałem czas biegu o 5 minut. Gdy doszedłem do 70 minut, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie byłem w stanie chodzić, ledwo dowlokłem się do domu. Maraton jednak ukończyłem. Walczyłem ze skurczami, bólem, długi czas maszerowałem. Ale dystans pokonałem. Od tamtego czasu przygotowuję się w lepszym obuwiu i rozsądnie. I nie zwalniam nawet na punktach żywieniowych.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Coś za długa ta dycha...

Marta Świerczyńska-Janur

Mój pierwszy prawdziwy start zaliczyłam 32 lata temu. Biegi uliczne w Polsce dopiero raczkowały. Miał być dystans 10 km, bo tyle wtedy dałabym radę przebiec. Po jakiejś godzinie zaniepokoiłam się głośno, że jakoś strasznie długie te 10 km i zapytałam, kiedy meta. Rozbawione towarzystwo biegnące obok oznajmiło, że to bieg na 15 km i że do mety daleko... Mimo to zebrałam się w sobie i byłam trzecia wśród kobiet.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Bez celu to bez sensu

Kinga Konieczny

Biegałam dla zdrowia i przyjemności, ale bez celów i planów. Pierwszego bolesnego kopa dostałam, kiedy moje koleżanki – które realizowały plan treningowy skrupulatnie i ambitnie – były w stanie przebiec 30 minut bez przerwy, a ja ciągle tyle nie mogłam. Wtedy do mnie dotarło, że bez celu nie dojdę do niczego. Wyznaczyłam sobie start na pięciokilometrowym biegu i rozpoczęłam przygotowywania.

Jak było? Adrenalina niosła mnie na ostatniej prostej i tylko na ostatniej prostej. Za to słońce nie odstępowało mnie ani na krok przez cały czas – prażyło, choć wszelkie prognozy zapowiadały deszcz, zimno i chmury. Nie było lekko, ale dobiegłam, żyłam i byłam szczęśliwa. No i nie przybiegłam ostatnia, czyli cel zrealizowałam. Po dwóch dniach od zawodów zrobiłam swoją zwykłą wieczorną przebieżkę – czułam się lekko i swobodnie. Przebiegłam 5 km, mogę wszystko!

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Płacz! Teraz już możesz!

Tadeusz Kozieł

Zaczęło się od biegu w Szczawnicy: Wielka Prehyba, czyli 43,3 km. Zapragnąłem zmierzyć się ze swoimi słabościami. Sam bieg był ogromnie trudny, wymagał skupienia – na wystających korzeniach, osuwających się kamieniach. Sam też starałem się nie być przeszkodą dla innych. Na końcu popłakałem się ze wzruszenia! Pewien biegacz objął mnie ramieniem i powiedział: „Płacz, teraz już możesz! Meta!”.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Na szczycie pudła

Ewa Kaczmarek

Kiedy zaczynałam biegać, moda na tę formę aktywności dopiero się rodziła. Ja sama nie miałam wówczas ani porządnych legginsów, ani zegarka. Wystrojona w termoaktywny dresik udałam się z mamą do Lubonia. Biegło się nieźle. Na metę wpadłam z czasem 47:04 i byłam z siebie bardzo zadowolona. Z uśmiechem na twarzy przyjęłam medal i różę oraz posiliłam się kiełbaską. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas dekoracji w kategorii K-20 wyczytano moje imię i nazwisko. Byłam pierwsza!

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Faceci w podkolanówkach!

Miłka Wasiak

To było w zeszłym roku w Olsztynie. Ustawiłam się na starcie 10-kilometrowego biegu z innymi biegaczami. Nie rozumiałam, o czym mówią i dziwiłam się ich wyglądowi. Opaski na głowach, zegarki, a także kolorowe podkolanówki (nawet faceci!). Wtedy też pomyślałam, że mogę jeszcze pójść do domu. Ale zostałam. No i dobrze, bo przekroczenie mety to tak naprawdę pokonanie własnych barier, ograniczeń i słabości, poczucie spełnienia, satysfakcji i ogromnej radości. Dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego życia bez biegania.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Na wariata

Adam Furyk

Decyzja o starcie zapadła tydzień przed Półmaratonem Ślężańskim, po roku niebiegania (kontuzja, dziecko, lenistwo). Zaserwowałem sobie mikrocykl treningowo- regeneracyjny. Dzień 1: kolka po kwadransie przebieżki; dzień 2: pięć godzin snu; dzień 3: wszystko, co słodkie, moje! Na trasie była walka o życie, na mecie 2:23 zamiast 200, ale... jestem półmaratończykiem!

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Krzycząc, płacząc. Jak na skrzydłach

Piotr Oleszczak

Mój pierwszy maraton rozegrał się na 37. kilometrze. Walczyłem wtedy z chorobą i nagle przypomniały mi się wszystkie trudne chwile. Wszystko to, co pokonałem!!! Właśnie tu i teraz!!! Na tym maratonie!!! Na tym biegu!!! Po czym zacząłem się dusić z emocji, ryczeć jak dziecko, zanosić się podczas płaczu. Nie potrafiłem w żaden sposób tego opanować. Pamiętam, jak dobrnąłem do mety. Wbiegałem na nią jak na skrzydłach z podniesionymi rękoma, krzycząc, ile miałem jeszcze sił.

Mój pierwszy raz: debiuty Czytelników RW fot. arch. prywatne

Uwaga, cebulka na trasie!

Aleksandra Powiertowska

Biegać zaczęłam w listopadzie. Zima była mroźna i długa, więc znałam tylko strój „na cebulkę”. Na starcie półmaratonu stawiłam się ubrana w bluzę, kurtkę, czapkę i rękawiczki. To był pierwszy wiosenny dzień. Dobiegłam na metę uboższa o połowę biegowych ubrań.

RW 09/2016

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij