Runner's World poleca:

Mzungu w krainie biegaczy

Poleć ten artykuł:

Bez sztabu trenerów, lekarzy i masażystów. Bez planów treningowych i rozpisanej diety. Nawet bez butów. Tak w kenijskim Iten trenują przyszli mistrzowie i rekordziści świata. Reporter RW wybrał się do Afryki, by poznać sekret ich sukcesów.
Zobacz całą galerię

Jest zimno, w nocy padał deszcz. Słońce jeszcze do końca nie wyszło zza ciemnorudego horyzontu. Iten wybudza się do życia. Spotykają się w kilkudziesięcioosobowych grupach. Rozmawiają o treningach, żartują. W półmroku świtu błyska wtedy biel uśmiechów. Większość pozostanie bezimienna. Czekają na swoich liderów, którzy wiedzą, jak trenować, by osiągnąć sukces. Największy sukces ich życia. Może jedyny sukces, którego można w Kenii zasmakować.

W tym czasie przewracam się na drugi bok. Ja pójdę biegać, gdy oni będą szli na drugi tego dnia trening. Jestem dla nich chyba tylko leniwym mzungu, który wpadł do Afryki z krótką wizytą, by podpatrzeć, jak to się robi w Iten...

Iten to handlowe miasteczko położone na skraju tzw. Wielkiego Rowu Wschodniego, rozdzierającego Kenię od północy do południa. Z krawędzi Elgeyo, na której brzegu przycupnęło Iten, widać ponadtysiącmetrowe, rozległe tereny doliny Keiro. Gdy tu przyjechałem w połowie marca, właśnie kończyła się pora deszczowa. Zamiast spodziewanej sawanny i upału, powitał mnie krajobraz rodem z Lubelszczyzny: umiarkowane temperatury i nocne ulewy.

Miejscowość położona jest ponad 2300 metrów nad poziomem morza. Tereny pozbawione niemal zupełnie drzew pokrywają czerwone pola uprawne lub pastwiska. Rzadko kiedy jest bezwietrznie. Bardzo trudno znaleźć choćby 200 metrów płaskiego odcinka do biegania. Zwierząt dzikich tu nie ma, odkąd tereny przeszły w posiadanie rolników. Lwów i panter brak.

Po jedynej w promieniu 50 kilometrów asfaltowej szosie pędzą za to bez opamiętania matatu (kenijskie mikrobusy) i ciężarówki w drodze do niedalekiego Eldoret. Gdy pada deszcz, nawierzchnia dróg gruntowych zamienia się w lepką, ciężką glinę, która ściśle przylega do butów.

A jednak w tych okolicach trenuje na co dzień pół tysiąca biegaczy. Podobnie jak w kilkunastu innych centrach biegowych rozsianych po zachodniej Kenii.

W naszej małej grupie treningowej, która na miesiąc przyjechała na obóz klimatyczny do Afryki, jest oprócz mnie trzech maratończyków - Henryk Szost, Adam Draczyński i Mariusz Giżyński. Jest też trener Grzegorz Gajdus, rekordzista Polski na dystansie 42 195 km, przed laty jeżdżący regularnie na obozy do Kenii i wierzący w jej siłę. We czwórkę zamieszkaliśmy w Lorny Kiplagat, zeuropeizowanym ośrodku czarnoskórej lekkoatletki, która po wyjściu za mąż przyjęła holenderskie obywatelstwo, a za zarobione pieniądze wybudowała centrum sportowe niedaleko swojej rodzinnej wioski.

Miejscowi trenują w dużo większych grupach. Często na trening wybiega razem kilkudziesięciu biegaczy i kilka biegaczek, choć nie wszyscy są w stanie wytrzymać wspólny trening. Grupy biegają według programu lidera, którym jest najczęściej doświadczony zawodnik, mogący się pochwalić zwycięstwami w jakichś europejskich maratonach. Rozumowanie jest proste, choć dla wielu zgubne: skoro lider dzięki swojemu treningowi dał radę zajść tak wysoko, to i ja, gdy zrealizuję jego program, mogę osiągnąć sukces. 

Tagi: bieganie | trening | Kenia | Iten | Henryk Szost | Kuba Wiśniewski | Mariusz Giżyński

Oceń artykuł:

4.2

Skomentuj (0)

Brak komentarzy
dodaj pierwszy komentarz

Runner's WorldPorady dla biegaczy

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij