Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Na linii startu [felieton Jacka Fedorowicza]

Na starcie biegu ulicznego jest zawsze za ciasno. Nie są temu winne wąskie ulice, choć czasami też, ale głównie dmuchane starto-mety. Tworzą najczęściej coś na kształt ucha igielnego, przez które usiłuje się przecisnąć wielbłąd zawodniczej stawki, zaraz po strzale startera.

Wąskie gardło startowe skutecznie psuje wyniki końcowe wszystkim tym, którzy nie mieli dość bezczelności, aby ustawić się blisko linii startu. W krańcowych wypadkach różnica między czasem netto a czasem brutto dochodzi do kilku minut i jeszcze pół biedy, gdy oba czasy podane są w końcowym komunikacie. Częściej jest tylko brutto i zawodnik właściwie nie wie, jak mu poszło.


http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz05.jpg

Z moich przeżyć osobistych niemile wspominam tłok na starcie maratonu chicagowskiego, bardzo dawno temu, kiedy jeszcze nie było chipów, ale już do dobrego tonu należało ustawianie się według spodziewanego czasu. Ustawiłem się grzecznie gdzieś tak w okolicach siódmego tysiąca zawodników i po strzale znalazłem się na linii startu dopiero następnego dnia. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Oczywiście, słabsi nie powinni pętać się pod nogami lepszym, ale też organizatorzy powinni coś wymyślić, żeby i ci słabsi mogli się potem chwalić przed znajomymi osiągniętym rezultatem, bo tłumaczenia "ale trzeba odliczyć jeszcze dojście do startu" nie robią na słuchaczach dobrego wrażenia.

Bramy przydają się za to na mecie. Mają tę zaletę, że jogger niedowidzący (siebie mam na myśli) zauważa już tak gdzieś 300 metrów przed metą, że koniec męczarni bliski i jest tym radośnie zaskoczony, bo oznaczeń kilometrowych dotychczas nie zauważał. Albo nie zauważał, bo pot mu zalewał oczy, albo nie zauważał, bo ich nie było, albo wiatr je poprzewracał, albo nie wiadomo dlaczego wymalowane były akurat na przeciwnym skraju drogi, a nie na tym, którym biegli wszyscy, bo akurat zakręt był w tę stronę i każdy kombinował, jakby tu go wziąć po najmniejszym łuku.

Jeśli o przeszkadzaniu na starcie mowa, to na absolutnie szatański pomysł wpadł tego lata jakiś dowcipniś przed pewnym biegiem, w którym organizatorzy ustawili już wszystkich na linii startu, a następnie oddali głos reprezentantowi władz miasta. Sympatyczny ten człowiek nie oszczędzał się, mówił, mówił, skończył wreszcie, wszyscy zamarli w oczekiwaniu na strzał startera i wtedy dowcipniś strzelił z torby papierowej (czy może raczej z balonika?).

Oczywiście wszyscy zawodnicy odruchowo włączyli swoje chronometry. Wszyscy poza nielicznymi, którzy ich nie używają i poza mną, bo mam słaby refleks. Potem gorączkowo stopowali, resetowali, nie wiem, czy zdążyli przed prawdziwym strzałem. Donoszę o tym, żeby uczulić koleżanki i kolegów na podstępne działanie takich żartownisiów.

Miłym zwyczajem startowym jest chóralne odliczanie dziesięć… dziewięć… osiem…, i tak aż do strzału, który w takich wypadkach jest już dźwiękiem niebudzącym najmniejszych wątpliwości; ale, niestety, tylko organizatorzy mogą takie odliczanie zarządzić. A oni nie zawsze chcą lub nie zawsze na ten pomysł wpadają, skupieni bardziej na uprzejmościach wobec miejscowych oficjeli. Z tym więc bywa różnie, natomiast wspólnym dla wszystkich biegów w Polsce mankamentem jest to, że w okolicy startu jest zawsze za mało toalet. Dotyczy to, niestety, wszystkich biegów i wyjątek stanowią tylko te, które mają start w gęstwinie krzaków.

Nieoceniony Jerzy Skarżyński w swojej książce o bieganiu radzi, żeby tuż przed startem skoncentrować się i nie gadać ze wszystkimi dookoła. To cenna rada, ale niewykonalna, bo jakże nie pogadać z kimś, kogo się nie widziało od poprzedniego biegu? I tu spostrzeżenie może nietrafne, ale wedle moich obserwacji klasyczny dialog przedstartowy wygląda tak:

– Jak forma?

– Och, stary! Fatalnie! Ledwo wylazłem z kontuzji, w ogóle ostatnio nie trenowałem, dziś w nocy nic nie spałem, bo tuż obok mnie na hali facet chrapał...

Jeszcze się nie zdarzyło w historii biegów, żeby odpowiedź brzmiała: "Dziś wam wszystkim dołożę!". Ciekawe, dlaczego... Skromność? Asekuracja? Cyniczne usypianie czujności współzawodników? Czy może tylko rytuał startowy?

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze wrzesień-październik 2009

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij