Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Nie tylko wyniki i kilometry! [felieton Jacka Fedorowicza]

Uwaga, młodzieży. Dziś porada dla Was. Bardzo istotna, choć – przewiduję pesymistycznie – całkowicie na razie nieprzydatna. Przeczytacie, wzruszycie ramionami i zapomnicie. A nie powinniście.

Jest coś takiego jak doświadczenie. Zdobywa się je latami. Moje joggingowe trwało ponad cztery dziesięciolecia. Czterdzieści pięć lat gwałtu na organizmie, który do biegania się nie nadawał, ze wszystkich sił protestował, aż wreszcie uległ, dał się rozbiegać i chwilami pokornie służył do odnoszenia sukcesów, choć dopiero po siedemdziesiątce, bo walka z organizmem musiała swoje potrwać.

Organizm jak to organizm, na gwałt mu zadawany reagował kontuzjami. Przez czterdzieści lat biegania nawalało mi wszystko, z czego złożone są nogi, z wyjątkiem achillesa. Jednym słowem, ja usiłowałem biegać, a organizm usiłował dawać do zrozumienia, że się do tego nie nadaje, robił to uparcie, w sposób bolesny, na szczęście nieskuteczny, bo ja jednak po każdej kontuzji (choć czasem dopiero po kilkuletniej przerwie) dochodziłem ponownie do stanu używalności, to znaczy stawałem na starcie jakiegoś biegu na dystansie od 10 do 42 km i udawało mi się przebierać nogami od startu aż do mety, czasem nawet szybciej niż ten czy ów rówieśnik. I te dochodzenia – co kilka lat – do stanu używalności byłyby znakomitą podstawą do cennych porad dla młodszych, biegających amatorsko, a także pomocą przy kolejnym wychodzeniu z kontuzji własnych; byłyby, ale niestety nie są. Z jednego tylko powodu: nie zapisywałem sobie co, w jakim czasie i dzięki czemu mi przechodziło.

Błąd niewybaczalny! Drodzy moi młodsi. Jeżeli chcecie biegać dla zdrowia, dla przyjemności, czasem dla kolejnego medalu do kolekcji, dla długiego życia, a potem już z naturalnej potrzeby – musicie prowadzić kronikę kontuzji. To jest – kto wie – może już ostatnia rada, której chcę Wam udzielić na łamach RW. Jednocześnie serdecznie ją wam rekomenduję. Byłem idiotą, że nie prowadziłem takiej kroniki. Mógłbym wychodzić dziś, po latach, z kontuzji szybciej, łatwiej i skuteczniej. Wy też przekonacie się kiedyś, że kontuzje uwielbiają się powtarzać! Proszę was, uniknijcie mojego błędu – prowadźcie kronikę. Nie musi być szczegółowa. Wystarczy kilka dat (kontuzja, pierwsze oznaki polepszenia, pierwsze próby powrotu na szlak, pierwszy czas na wybranym dystansie) i kilka słów, co robiliście, żeby przeszło (basen, bandaż elastyczny, nic, ortopeda, unikanie ortopedy, pic-maszynki fizykoterapeutyczne, zastrzyki, kąpiele w Ciechocinku, jedzenie galaretek cielęcych).

Dlaczego trzeba tych kilka słów zapisać? Nie wystarczy zapamiętać? Nie! Z naturą nie wygrasz. Mózg ludzki ma to do siebie, że doświadczenia przykre usuwa z twardego dysku. Wasz też Wam usunie (im przykrzejsza kontuzja, tym szybciej) i całe bolesne doświadczenie życiowe na nic. A to doświadczenie może czasem być bardziej przydatne niż najlepszy ortopeda.

Dam drobny przykład osobisty, jeden z wielu, jakie mógłbym, ale nie chcę zanudzać. Tak ze 40 lat temu popisywałem się, że zrobię serię przysiadów na jednej nodze. Coś mi oczywiście nie wytrzymało w kolanie, ból, usztywnienie kolana, wizyta u jednego profesora, drugiego, trzeciego; jeden kazał ćwiczyć w obciążeniu (ciężarki na stopie), drugi w odciążeniu (bezwzględnie tylko w wodzie), trzeci miał dla mnie już miejsce w szpitalu i termin operacji. W ostatniej chwili zorientowałem się, że to tam właśnie dopiero co zepsuto kolano naszemu czołowemu piłkarzowi Lubańskiemu i uciekłem. W każdym razie 15 lat nie miałem pełnego zgięcia w kolanie, tylko pół zgięcia najwyżej. Biegać mogłem, kucać już nie. Przyzwyczaiłem się do częściowego kalectwa, które na szczęście nie rzucało się w oczy.

Pewnego dnia kolejna (oczywiście nie pamiętam, jaka – mózg usunął) kontuzja w innym miejscu zmusiła mnie do przesiadki na rower. Zacząłem używać go intensywnie i nagle okazało się, że to, czego nie mogli naprawić słynni ortopedzi, naprawił rower. Niewątpliwie rower, bo to była jedyna wówczas zmiana w moim trybie życia. Po latach, gdy już nie miałem najmniejszej nadziei na poprawę, kolano odzyskało pełną sprawność. Szybko, bezboleśnie, całkowicie. I teraz pointa mająca zaświadczyć o konieczności zapisywania, bo mózg to, co przykre, z pamięci bezwzględnie usuwa. Otóż wiem, że gehenna kolanowa trwała 15 lat, bo mam zapisaną przypadkiem datę kupienia roweru. Nie pamiętam natomiast, która noga mi się nie zginała – lewa czy prawa. Dobrze chociaż, że pamiętam, iż to nie był łokieć...

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze lipiec 2015.

* Jacek Fedorowicz jest nominowany w konkursie Festiwalu Biegów na Biegowego Dziennikarza Roku. Głos na felietonistę magazynu Runner's World możesz oddać tutaj: Głosowanie na Biegowego Dziennikarza Roku!

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij