Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

O bieżniach rzewnie [felieton Jacka Fedorowicza]

Dobrze jest czasem zmierzyć sobie czas na jakimś określonym dystansie. Sprawdzić, o ile wolniej przebiega się 400 m (to w moim przypadku – człowieka leciwego), albo o ile szybciej (w przypadku Drogich Czytelników). To samo dotyczy desperatów chcących pokonać – powiedzmy – 10 kilometrów.

Można oczywiście wymierzyć sobie dystans na ścieżce rowerowej licznikiem rowerowym lub samochodowym obok ścieżki, ale wygodniej jest skorzystać z gotowego, zmierzonego dystansu, czyli z bieżni na stadionie. I tu można natrafić na kłopoty, ponieważ tak jak Japonię nazywają Krajem Kwitnącej Wiśni, tak Polska mogłaby by być nazywana Krajem Ginących Bieżni.

Po socjalizmie odziedziczyliśmy bieżni wiele, bo socjalizm budował je w nadmiarze, bez rozeznania, czy będą potrzebne, czy nie, ze względów bardziej propagandowych niż jakichkolwiek innych. Bieżnie gorsze były dostępne dla pospólstwa (bo zazwyczaj nikomu się nie chciało zamykać bram i remontować dziur w płotach), zaś te lepsze były tylko dla zawodowców (zwanych wówczas obowiązkowo amatorami; żeby ktoś przypadkiem nie pomyślał, że nie można ich wysłać na olimpiadę).

I tych lepszych, i tych gorszych bieżni było za dużo jak na zapotrzebowanie społeczne, choć trzeba przyznać, że jednak od czasu do czasu były wykorzystywane. Wtedy jeszcze było tak (młodzież nie uwierzy!), że na zawody lekkoatletyczne przychodziła publiczność. Sam – pamiętam – jeździłem z Gdyni do Wrzeszcza, żeby na stadionie Lechii oglądać Makomaskiego i Kwapienia (góral znany z tego, że świetnie biegał i na nartach, i bez).

Dwudziestolecie Niepodległej i Kapitalistycznej przyniosło stopniowy zanik bieżni, na które nie znajdywało się pieniędzy. Charakterystyczny jest tu przykład warszawskiego stadionu Spójni na stołecznym Żoliborzu. W latach 70. bieżnie były dwie: czarna, treningowa, i czerwona – reprezentacyjna. Korzystałem tylko z tej żużlowej, nie ośmielając się kalać reprezentacyjnej moją patałachowatą obecnością.

Obie zaczęły podupadać już w latach 80. Na początku 90. bez żenady korzystałem już z czerwonej, czarna zaś stopniowo zanikała pod kopytami końskimi – terenem zawładnęli koniarze. Czerwona trzymała się dzielnie jeszcze u schyłku ubiegłego stulecia. Stadion żył już z koni i tenisa, bieżnia zarastała, ale pierwszy tor był zawsze starannie wypielony. Ale jak długo lukratywni tenisiści mogli utrzymywać darmozjadów-biegaczy? Kilka lat temu dawna reprezentacyjna bieżnia została zaanektowana przez golfistów. Po czarnej nie ma nawet śladu.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz23.jpg

Degrengoladzie uległa też warszawska Skra. Też miała treningową i reprezentacyjną, z tą różnicą, że treningowa była jasna, a ta lepsza nie wiem jaka, bo nie wpuszczali. Dziś jasna jest zielonkawa, częściowo (piach), a wszystkim twardą ręką rządzą rugbiści. Łza mi się w oku kręci, jak sobie przypomnę, że na niej, już w podeszłym wieku (55 lat), udało mi się 5000 metrów przebiec w 20 minut z groszami… Ech!...

Przykłady podobnych bieżniowych pożegnań mógłbym podawać w nieskończoność, z innych miast też. Biegacze nie przynoszą zysku – trudno, musimy się z tym pogodzić. Ale biegacze są pożyteczni w ogólnym rozrachunku społecznym i bieżnie zapewniać im należy, z czego powinno sobie zdawać sprawę państwo, przynajmniej od czasu do czasu. I – uwaga, pointa będzie optymistyczna – robi to częściej niż by się wydawało.

Jestem w Ełku, niedziela rano. Mam trochę wolnego (tylko trochę, bo artyści to pracownicy niedzielni). "Pójdę na stadion" – myślę sobie. Pamiętam, gdzie był – skromny dość, z bieżnią żużlową. Dochodzę i widzę zdumionym okiem, że obok wyrósł nowy, piękny stadion z tartanową bieżnią. Brama otwarta. Nie ma żywej duszy – tylko jeden pan, warcząc, kosi trawę. Bez specjalnej nadziei pytam, czy można by się tu przebiec. A on, zamiast kazać składać podanie w dyrekcji, mówi: "Proszę, otwarte dla wszystkich!". Mało nie zemdlałem z wrażenia.

Ełk mnie zadziwił. Albo warszawska Agrykola. Stadion szkolny, własność miasta. Bieżnia czarna, przedwojenna, niezła. Po 1989 r. przez jakiś czas coraz gorsza, potem zamiana czarnej na beton (dla rolkarzy?), aż wreszcie od kilku lat najprawdziwszy tartan. Dostępny dla wszystkich! Bez proszenia, włamywania się i tłumaczenia. Zadbany i w razie potrzeby naprawiany. A potrzeba napraw polegających na łataniu ubytków zdarza się często, bo stadion jest szkolny i jak uczniowie rozgrywają mecz na płycie stadionu, to biegacze mają zakaz (który respektują). Ale wtedy, niestety, na uwolnioną od biegaczy tartanową bieżnię włażą mamusie w szpilkach i gorączkowo po niej drepczą, dopingując dziatwę...

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze styczeń-luty 2012

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij