Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
2.3

Odcinek pierwszy: śniadanie [felieton Jacka Fedorowicza]

Z ogromną radością witam przejście mojego ulubionego Runner's World na cykl comiesięczny. Co prawda mamy wiele dzienników wychodzących raz w tygodniu, miesięczników raz na kwartał czy tygodników raz na miesiąc, mimo to do dwumiesięcznego RW jakoś nie mogłem się przyzwyczaić i organizm domagał się comiesięcznej porcji miesięcznika. Dostał. Cieszy się.

Nowo uzyskana comiesięczność skłania mnie do zaproponowania dziś felietonu w odcinkach. Temat jest tak rozległy, że w jednym by się nie zmieścił. Dotychczasowy cykl dwumiesięczny RW trochę odstręczał od refleksji pisanych na raty, bo kto by pamiętał cokolwiek po dwóch miesiącach. Teraz zaś, jeżeli ciąg dalszy ukaże się już po miesiącu, jest szansa, że nie będzie trzeba za każdym razem powtarzać wstępu. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Wstęp jest konieczny, bo rzecz jest śliska. Ryzykowna. Mam zamiar wygłosić kilka herezji na temat odżywiania się. Temat jest bardzo często i obficie omawiany w RW. Mój ulubiony miesięcznik poświęca mu wiele miejsca, bardzo słusznie zresztą, bo sposób odżywiania się jest niezwykle istotny dla każdego biegacza, a przy okazji dla wszystkich początkujących, czyli biegaczy in spe, którzy – co często się zdarza – zaczynają biegać nie tylko po to, by poprawić kondycję, ale by po prostu schudnąć. Chęć zrzucenia kilogramów, połączona z chęcią uniknięcia drastycznych ograniczeń w jedzeniu, jest poważnym czynnikiem zwiększającym liczbę biegaczy.

Z chęcią wypowiedzenia się na tematy jedzeniowe nosiłem się od lat. Powstrzymywałem się jednak, ponieważ moje – jak je nie bez podstaw nazwałem – herezje na ten temat tak dalece odbiegają od zasad ogólnie przyjętych i zalecanych przez autorytety fachowe, że ich wygłaszanie mogłoby spowodować podejrzenia, iż zwariowałem, a w najlepszym wypadku, że żartuję. Poza tym mógłbym usłyszeć: "Rób tak dalej idioto, pogadamy za trzydzieści lat, jak będziesz leczył choroby żołądka".

Minęło znacznie więcej. Mam 74 lata. Żołądek mam zdrowy. Prawie całą resztę też. Być może padnę już jutro, ale na razie wydaje mi się, że odczekałem wystarczająco długo, by wreszcie zabrać głos, podpierając się przykładem własnym. Herezja pierwsza, którą chcę wygłosić, brzmi: to nieprawda, że najobfitszym codziennym posiłkiem musi być śniadanie, a najskromniejszym kolacja. Ostatni raz w życiu śniadanie jadłem gdzieś tak na początku lat sześćdziesiątych.

Nie pamiętam dokładnie, w którym roku, bo od zwyczaju jedzenia śniadań odchodziłem stopniowo. Coraz częściej zamiast śniadania piłem tylko mocną kawę i coraz częściej zauważałem, że dzięki temu sprawniej działam w ciągu dnia. A na sprawnym działaniu zależało mi bardzo, bo od siedemnastego roku życia utrzymywałem się sam, studiując przy tym i nie pracując nigdzie na etacie. Prosta zasada: jak coś zrobię – zarobię. W socjalizmie to była rzadkość, ale mnie to odpowiadało, choć od samego rana wymagało intensywnego wysiłku. Z pełnym żołądkiem nie do pomyślenia.

Przyznaję – nie przypominałem ci ja Sylvestra Stallone'a, i to w stopniu wyjątkowym. Ale przecież wy, którzy chcecie schudnąć, uznajecie takie właśnie anorektyczne pokurcza za szczyt marzeń. Przyjmijcie więc moją poradę doświadczonego chuderlaka: nieważne, czy jecie coś na śniadanie, na kolację, czy na podwieczorek. Ważne, żeby tego nie było w sumie więcej niż wasz organizm spala w ciągu doby.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz15.jpg

Ot i cała tajemnica odchudzania. Wiem, co mówię. Mam 173 cm wzrostu. Ważę w granicach 59-64 kg od ponad pół wieku, więc chyba mogę się uznać za eksperta w tych sprawach?

Może tu powstać pytanie: skąd wiem, że ponad pół, bo żaden normalny młody człowiek nie żyje przecież problemami swojej wagi, nawet tak narcystyczny typ jak ja. Otóż przypadek zrządził, że kiedy miałem nieco ponad 20 lat, zważyłem się na deptaku Monte Cassino w Sopocie i zapamiętałem wynik. 60 kilo było. I tak już zostało, z niewielkimi odchyłkami, do dziś.

Tu oczywiście fachowcy powiedzą, że gdybym odżywiał się według ich wskazań, mógłbym być wspaniałym mięśniakiem, a w każdym razie sprawniejszym fizycznie, człowiekiem ogólnie znacznie zdrowszym i że nie powinienem udzielać porad podejrzanego autoramentu. Mają rację, tyle że ja nie chcę nikogo przekonywać, że moja recepta jest jedyna.

Chciałbym tylko, by tyjąca populacja zechciała przyjąć do wiadomości, iż wszystkie reguły mają swoje wyjątki i dobrze jest pamiętać o tym, że nikt nikomu zaręczyć nie może, że takim wyjątkiem właśnie nie jest. Że wiele reguł wynika z mody, tradycji, przyzwyczajenia i niechęci do poszukiwania innych sposobów, że ponadto trzeba słuchać swojego organizmu i czasem dawać mu, co chce, a czasem zmuszać, by się przystosował do czegoś, czego nie chce, a co nam jest z jakichś powodów potrzebne.

O skutecznym katowaniu organizmu w odcinku drugim, pod tytułem "Obiad". Miałem się jeszcze nie przyznawać, żeby w pierwszym odcinku za bardzo nie szokować, ale niech tam, przyznam się: obiadów też nie jadam. Za miesiąc podam, od ilu dziesięcioleci. Za to kolacje…

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze kwiecień 2011

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij