Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Opowieść o talentach [felieton Jacka Fedorowicza]

Marian Czerski, mój podwójny kolega – bo i biegacz, i aktor – opowiadał kiedyś (nie upoważniał mnie do powtarzania na łamach, ale mam nadzieję, że mi wybaczy), jak wyglądał jego pierwszy start biegowy. Doświadczeni koledzy, którzy namówili go, żeby spróbował wziąć udział w prawdziwym biegu, udzielali mu światłych porad. Wbijali do głowy, żeby nie szarpał się od razu po starcie, tylko w pierwszej fazie się oszczędzał. Bo jak przesadzisz na początku – mówili – to nie dobiegniesz, zejdziesz z trasy, albo cię zniosą.

Ruszyli. Biegł grzecznie z kolegami. Minęli półmetek. W pewnym momencie Marian spytał nieśmiało:

– Chłopaki, mogę już trochę szybciej?

– A dasz radę? – wysapał jeden.

– No pewnie!

– To zap…aj! – wykrzyknął tenże kolega może trochę nieelegancko, ale zważywszy, że gasnącym z wyczerpania wzrokiem dostrzegł obok siebie zupełnie świeżutkiego koleżkę – i tak wyraził się bardzo grzecznie.

Marian ruszył, i choć nie odrobił strat spowodowanych nadmiernym oszczędzaniem w pierwszej połowie, i tak zrobił doskonały czas. Bardzo był zaskoczony, bo po prostu nie wiedział, że jego organizm ma takie możliwości. Rok później spróbował maraton i ukończył w czasie poniżej trzech godzin. W maratonie nowojorskim w 2002 startował jako 45-latek i w swojej kategorii wiekowej był szósty. A w kategorii Open zajął 181. miejsce na 32 tysiące zawodników.

Do tego doszedł oczywiście już ciężką pracą, ale ze wszystkich opowieści w jego przypadku chyba jednak ta premierowa jest najatrakcyjniejsza. Dla mnie w każdym razie. Dlaczego? Bo jestem typowym Polakiem i nie praca mi imponuje, tylko talent z Bożej łaski. Bardzo to w sobie zwalczam, bo uważam, że takie myślenie jest szkodliwe. Nic jednak nie poradzę – podświadomie ulegam presji ogółu.

A ogół jest obrzydliwie niesprawiedliwy. Jak ktoś pracuje nad sobą, to jest kujon i pracuś, za to jeżeli nic nie robi, a mimo to ma sukcesy sportowe, ooo… Wtedy jest godny najwyższego szacunku rodaków.

Przykładem takiego podejścia był przed laty czterystumetrowiec Badeński. Nasz najlepszy na tym dystansie, zasłużony, szczególnie w efektownych pogoniach na ostatniej zmianie sztafety, brązowy medalista z Tokio. Krążyły o nim legendy, jak to – playboy jeden – pławi się w idealnie niesportowym trybie życia i te opowieści (pewnie po części zmyślone) wydatnie wzmacniały powszechny podziw.

Najefektowniejsze objawienia talentu zdarzają się oczywiście ludziom starszym. Bo nikt się po nich tego nie spodziewa, z nimi samymi na czele. Nie wiedzą, co potrafią ich organizmy. Np. Antoni Cichończuk, absolutny fenomen, kilkakrotny mistrz świata i Europy w maratonie w kategorii Masters (o nim – szerzej – innym razem, bo należy mu się cały felieton).

Inny przykład to świetny kiedyś w kategorii M70+ Stanisław Dankowski. Rocznik 1922, już nie żyje, niestety. Sam Zdzisław Krzyszkowiak powiedział mu kiedyś w najwyższym zdumieniu i z wielkim jednocześnie żalem: "Gdzieś ty był, jak przygotowywaliśmy się do olimpiady?". W tych słowach mieściło się głębokie przekonanie naszego wielkiego długodystansowca, że gdyby Dankowski objawił się wcześniej, to medali byłoby więcej.

Odpowiedź, gdzie Dankowski wtedy był, jest dosyć smętna: na Syberii był. Tam – jak mi kiedyś opowiadał – enkawudzista solennie mu przyrzekł, że żywy tamtych okolic nie opuści. Udało mu się jednak wrócić do kraju i przynajmniej miał okazję przeżyć wiele triumfów sportowych na starość. Maratony biegał i na podium stawał regularnie, aż do ostatnich dni. Niestety, nie zdołał wystartować w Maratonie Nowojorskim. Wszystko było już przygotowane, ale Stasio doszedł do wniosku, że musi się lepiej przygotować i wystartuje w przyszłym (1999) roku. No i nie zdążył.

Bardzo mi żal, że już nie spotkam nigdy na trasie tego gaduły (gęba mu się nie zamykała w czasie biegu, co budziło mój dodatkowy podziw, bo mnie – do czego już się przyznawałem – udaje się wykrztusić góra dwie sylaby; jako osobnik o pojemności płuc 2.700 wciąż toczę desperacką walkę o tlen).

O! Tu mi się przypomniało, że idealnym połączeniem możliwości danych przez Pana Boga i upartej pracy jest Robert Korzeniowski. Gdzieś wyczytałem, że pojemność płuc ma ponad 9 tysięcy. Ale obok predyspozycji, jako dziecko miał też poważne przeciwwskazania, chorował i pokonał chorobę dopiero wytrwałym treningiem [Robert Korzeniowski po zakończeniu kariery chodziarza również zaczął biegać, o czym opowiada w artykule "Biegam, bo nie mam czasu" - przyp. RW>. Kujon więc, i ale obdarowany przez naturę, więc rodacy jakoś wybaczyli mu pracowitość i (słusznie!) bardzo go lubią.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz12.jpg

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze listopad-grudzień 2010

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij