Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ

Pies przyjacielem biegacza? [felieton Jacka Fedorowicza]

Bardzo lubię psy. W kwietniu tego roku byłem pod Hanowerem w dużym, lekko zdziczałym parku. Z daleka zobaczyłem przemiłe zjawisko: ogromny, młody, nieokreślonej rasy, niesłychanie rozbawiony kudłacz biegł ku mnie w radosnych podskokach, a za nim ciągnęła się długa smycz. Odruchowo ruszyłem w kierunku psiaka z podobnym entuzjazmem, tylko mniej skocznie (różnica wieku). Pies wyczuł moją serdeczność i zachęcał do zabawy – głównie zależało mu na pogonieniu za patykiem. Znalazłem solidny, zamachnąłem się, rzuciłem, pies wystartował jak rakieta.

Niestety, przedtem zdążył mi okręcić smycz dookoła kostki i jak ruszył, to wyrwał mi nogę z korzeniami. Było jak w komedii gagowej filmu niemego: pędzący pies, za nim smycz, potem moja noga i cała reszta, przez jakiś czas w powietrzu, potem gębą po trawie. Potem smycz wreszcie z kostki zeszła, pies pognał dalej; podejrzewam, że w ogóle mojego balastu nie zauważył, bo na oko ważył znacznie więcej niż ja. Patyk przyniósł i zupełnie nie rozumiał, dlaczego ja się nie cieszę.

Teraz przede mną długie tygodnie (miesiące?) regeneracji kilku ścięgien i oczywiście znów nie ma mowy w tym roku o półmaratonie w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie wciąż brak mi jednej, ostatniej, ćwiartki czteroczęściowego (sprytnie wymyślone!) medalu.

Dlaczego zacząłem bawić się z obcym psem bez obaw? Bo byłem na tzw. Zachodzie. Mam teorię wysnutą na podstawie wieloletnich doświadczeń – otóż uważam, że w krajach bogatych i cywilizowanych pies jest przyjacielem biegacza, w Polsce zaś, niestety, nie jest. Będzie, ale dopiero jak się jeszcze trochę wzbogacimy i ucywilizujemy, a następnie potrwamy w tym stanie jakiś czas.

Przetruchtałem wiele kilometrów w Australii, Nowej Zelandii, USA, Kanadzie, Francji i innych krajach, które zaliczam umownie do bogatych i cywilizowanych. Przebywałem tam oczywiście "za chlebem", co wyjaśniam, żeby mnie nikt nie traktował jako lubującego się w egzotycznych podróżach milionera. W krajach tzw. zachodnich nigdy nie spotkałem agresywnego psa. Życzliwe – nagminnie. W Stanach czasem zdarzało mi się nawet, że zupełnie obcy pies z mijanej posesji (nieogrodzonej oczywiście) podłączał się do mojej przebieżki dla towarzystwa.

Jak jest w Polsce – każdy wie. Zza murów, siatek i płotów rozlega się wściekłe ujadanie. Człowiek mija kolejnego brytana i odruchowo wypatruje, czy przypadkiem gdzieś brama nie jest uchylona, albo czy pies nie zrobił gdzieś podkopu i na które drzewo się wdrapywać w razie czego. Czujność obowiązuje zawsze, ponieważ agresywny pies może się przytrafić i w parku, i na odludziu, i na cichym osiedlu domków, i w centrum.

http://runners-world.pl/images/blogs/fedorowicz/fedorowicz17.jpg

Każdy właściciel wyprowadzający u nas na spacer psa bez kagańca uważa, że jego pies nie gryzie. Przeświadczenie to czerpie głównie z doświadczeń własnych, bo jego, właściciela, rzeczywiście ten pies jeszcze nigdy nie ugryzł. Kiedy ugryzie kogoś innego, właściciel jest niepomiernie zdziwiony. Zaraz też tłumaczy, że zawinił ten ugryziony ktoś. "Bo pan biegł, to on myślał, że pan ucieka". Albo "bo pan machnął ręką i on się przestraszył". Jeszcze częściej zdarza się, że nie tłumaczy, tylko daje do zrozumienia, że nie ma co się awanturować, bo w ryj.

Niestety. Tacy są rodacy i tak wychowują swoje psy. Mają one służyć właścicielowi za stróża, alarm i zbrojne ramię. Łagodność psów w krajach bardziej niż nasz cywilizowanych to efekt wielu tysięcy dolarów, franków francuskich, marek niemieckich, wydanych przez właścicieli na odszkodowania dla pogryzionych przechodniów. W Polsce agresywny pies wciąż się opłaca i nie stanowi zagrożenia dla stanu konta właściciela. Na Zachodzie zagrażał stanowi konta tak dalece, że musiał zniknąć jako zjawisko masowe.

Zachodnie psy karcone przez swych zachodnich właścicieli nabierały przeświadczenia, które przez pokolenia kodowało się w genach, że gryzienie przypadkowych joggerów pociąga za sobą więcej przykrości niż frajdy. W Polsce wciąż daje psu tylko frajdę, żaden właściciel nie karci, bo nie musi: wydębienie u nas należnego odszkodowania od kogokolwiek za cokolwiek jest prawie niemożliwe. Nie ma w cywilizowanym świecie sądów powolniejszych od polskich, więc na razie należy zabierać na trening dwa pojemniki (jeden może nie wystarczyć) z gazem pieprzowym i pocieszać się perspektywą, że kiedyś to się zmieni.

Niestety, pewność, że zmieni się za ich życia, mogą mieć tylko zawodniczki i zawodnicy biegający dziś w kategoriach K40, M40 i młodszych.

JF

Ten felieton był pierwotnie opublikowany w magazynie Runner's World w numerze czerwiec 2011

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij